Kiedy na półkuli północnej ludzie rozkuwali zamki spod lodu i sprawdzali, czy samochód w ogóle odpali przy temperaturach sięgających –20°C, a miejscami jeszcze niższych, świat meteorologii ogłosił coś, co dla przeciętnego człowieka brzmi jak żart z gatunku czarnego humoru. Styczeń 2026 roku, żeby nie było niedomówień, według oficjalnych danych, miał być jednym z najcieplejszych w historii pomiarów.
Tegoroczny styczeń zaskoczył nawet samych meteorologów. Globalnie był piątym najcieplejszym w historii pomiarów, podała Służba ds. Zmian Klimatu Copernicus. Średnia temperatura powierzchni Ziemi wyniosła 12,95°C, czyli o 0,79°C więcej niż średnia ze stycznia z lat 1991–2020. Jednocześnie był o 0,28°C chłodniejszy niż rekordowy styczeń 2025 roku.
I tu zaczyna się dysonans poznawczy, o ile nie nazwać tego robieniem z ludzi debili. W Europie był to najzimniejszy styczeń od 2010 roku, ze średnią temperaturą –2,34°C. Na półkuli północnej, w tym w USA, notowano ekstremalne mrozy, a cały obraz „ratowały” upały w Australii i Chile. Oficjalna narracja brzmi: klimat potrafi generować skrajności jednocześnie w różnych regionach świata.
Dla wielu wygląda to jak eleganckie wytłumaczenie wszystkiego i niczego zarazem.
Coraz więcej osób zaczyna mówić wprost, że poziom manipulacji w sprawie klimatu osiąga historyczne maksimum. W komentarzach pojawia się już pełne przekonanie, że mamy do czynienia z oszustwem klimatycznym najwyższego ze znanych poziomów i narracją, która dopasowuje interpretację do wcześniej ustalonej tezy. Potwierdzać to może manipulacja danymi klimatycznymi w Holandii i Wielkiej Brytanii, gdzie zmieniono historyczne dane o temperaturze, aby dostosować je do bieżących potrzeb politycznych.
Co ciekawe, równolegle istnieją dane, które rzadziej przebijają się do debaty publicznej. Wraz ze wzrostem stężenia dwutlenku węgla obserwuje się globalny wzrost roślinności. Już w 2016 roku publikacje oparte na danych satelitarnych wskazywały, że w okresie 1982–2015 ilość roślinności na świecie wzrosła o około 25%. Dane te opierały się między innymi na obserwacjach satelitarnych i były szeroko komentowane w środowisku naukowym.
Dwutlenek węgla pozostaje podstawowym „pokarmem” roślin w procesie fotosyntezy, a w uproszczeniu, więcej CO₂ w wielu warunkach oznacza szybszy wzrost biomasy w skali globalnej. Zielona planeta niekoniecznie wpisuje się w katastroficzny obraz pustynniejącego świata, który często pojawia się w medialnych przekazach i półprawdach płynących z ust polityków.
Dzisiejsza debata klimatyczna coraz rzadziej przypomina naukową dyskusję, a coraz częściej – starcie narracji. Jedna operuje globalnymi średnimi, druga pokazuje lokalne doświadczenie ludzi marznących w domach i płacących coraz wyższe rachunki za energię.
Historia uczy, że kiedy nauka zaczyna brzmieć jak slogan polityczny, społeczne zaufanie topnieje szybciej niż arktyczny lód w telewizyjnej prezentacji.
A mróz? Mróz jak był, tak jest i będzie zawsze.
Jeśli patrzeć szerzej, klimat to system chaosu z pamięcią, a średnia globalna temperatura to bardzo specyficzne narzędzie statystyczne, które bywa mylące dla intuicji. Jednocześnie fizyka atmosfery jest bezlitosna dla uproszczeń – zarówno katastroficznych, jak i całkowicie negujących zmiany. W takich tematach najciekawsze rzeczy zwykle ukrywają się w niuansach, nie w nagłówkach.
Do tego wszystkiego na biegunie północnym zanotowano przyrost masy lodowej, co zadaje kłam twierdzeniom, że Arktyka topnieje.
Bogdan Feręc
Photo by Rodion Kutsaiev on Unsplash

