Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Między pamięcią głodu a lękiem jutra. Spojrzeć w lustro komentarzy

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jest coś osobliwego w czytaniu setek krótkich, poszarpanych zdań pod jednym filmem na TikToku, bo to trochę jak podsłuchiwanie rozmów w pubie po północy, gdzie miesza się chaos, emocje, półprawdy, gniew, a czasem nawet zaskakująca wszystkich refleksja. Ten felieton powstał na podstawie komentarzy spod jednego konkretnego filmu. Jednego, co trzeba podkreślić. Nie wszystkich, bo są ich setki i nie wybierałem wyłącznie tych najbardziej skrajnych. Czytałem wpisy po kolei, zgodnie z tym, jak się pojawiały.

Wówczas wyłonił się z nich obraz społeczeństwa rozdartego między pamięcią o własnej emigracji a strachem przed zmianą.

Część komentujących mówiła ostro, wręcz brutalnie i bez filtrów, a padały określenia o „niesprawdzonych ludziach z trzeciego świata”, pojawiały się też hasła „Irlandia dla Irlandczyków”, strach przed utratą kultury, „setkami migrantów zarobkowych” wpływających na rynek mieszkaniowy, przed utratą kraju, który „za 20 lat ma być nie do poznania”. W tych głosach słychać bardzo pierwotny lęk o Irlandię – ich własny dom, o tożsamość, o to, czy państwo jeszcze działa na rzecz własnych obywateli. W tle z kolei przewija się narracja o przeciążonej służbie zdrowia, bezdomności, o rządzie, który według części komentujących bardziej troszczy się o przyjezdnych niż „o własnych ludzi”.

Oczywiście nie pojawiają się we wpisach wyłącznie głosy z gatunku złości lub nawet swoistej nienawiści, bo często to głosy niepewności, chociaż również ubrane w ostre słowa. Tym samym, równolegle, ale jawi się druga Irlandia, ta zbudowana z pamięci, która przypomina Wielki Głód, emigrację do Ameryki, Australii i do Wielkiej Brytanii. Komentujący piszą niejednokrotnie: „jak możemy zamykać drzwi, skoro sami przez wieki pukaliśmy do cudzych”? Ktoś zauważa, że Irlandczycy genetycznie i historycznie są mieszanką Normanów, Celtów, Wikingów, Anglików i Szkotów. Ktoś inny apeluje o gościnność, ale z lepszą kontrolą migracji, choć nie jest to jednak głos za całkowitym otwarciem granic, czemu akurat się nie dziwię.

Pojawia się też argument lustra, że jeśli inne kraje powiedziałyby kiedyś „nasz kraj tylko dla nas”, „gdzie bylibyśmy dziś, jako Irlandczycy”?

W tych komentarzach jest też trzeci ton – bardziej geopolityczny i całe akapity o wzajemności. Skoro Australia czy USA są „dla swoich”, to dlaczego Irlandia miałaby być wyjątkiem? Wówczas wyspa stałaby się światem systemu zamkniętych ogrodów, a nie wspólnego pola. Najciekawsze jest jednak coś innego, więc ogromna wewnętrzna sprzeczność, bo ten sam wątek potrafi w jednym komentarzu wzywać do chrześcijańskiej solidarności, a w drugim… do zamknięcia granic. Ten sam użytkownik potrafi pisać o historii irlandzkiego cierpienia, a zaraz potem o konieczności zatrzymania innych u „raju” bram.

Ocenię to jednak w ten sposób, że TikTok nie jest sondażem, nie jest reprezentatywny, a jest raczej barometrem emocji w Irlandii. Pokazuje temperaturę, nie strukturę społeczeństwa, pokazuje też, co ludzie mówią, kiedy nie siedzą w swoim domu i nie odpowiadają ankieterowi, tylko piszą spontanicznie, czasem w złości, czasem w strachu, czasem z autentycznej troski. Jeśli coś łączy te komentarze, to nie jest zapewne ideologia. To bardziej poczucie, że świat przyspieszył bardziej, niż wielu ludzi było gotowych taki stan rzeczy zaakceptować.

I jak to wszystko spuentować? Irlandia stoi dziś między dwiema opowieściami, oboma o sobie. Pierwsza mówi, że jesteśmy narodem emigrantów i powinniśmy rozumieć innych. Druga zaś, że wreszcie mamy własny dom i boimy się, że ktoś nam go zmieni bez pytania. A prawda, cóż, ta jak zwykle, prawdopodobnie leży gdzieś między tymi tiktokowymi historiami. Jednak jedno wydaje się pewne, że rozmowy o migracji w Irlandii nie są tylko tymi o migrantach, a bardziej o tym, kim Irlandczycy chcą być w XXI wieku.

Jeśli natomiast spojrzeć na historię Europy jak na długą opowieść, która rozpoczęła się setki lat temu, migracje są jej stałym bohaterem, zmieniają się tylko kierunki i emocje, które jej towarzyszą.

Przyznam się do czegoś, co przychodzi mi z trudem, bo dawno nie czułem takiego chłodu pod skórą, ale on jednak wrócił. Po przeczytaniu komentarzy, z których niewielką część wykorzystałem w tym tekście, poczułem znajome już wcześniej ukłucie obcości. Jestem tu przecież tylko gościem, migrantem na Zielonej Wyspie i po raz pierwszy od bardzo dawna miałem wrażenie, że słowa pisane w internecie nie są już tylko hałasem, ale wymierzone są także bezpośrednio we mnie.

Byłem przekonany, że to już przeszłość, że to etap, który zostawiłem za sobą razem z tamtym strachem, z tamtym wysiłkiem pierwszych lat, z tą cichą walką o miejsce przy wspólnym stole. Wydawało mi się, że wrosłem w tę ziemię, że stałem się jej częścią, że byłem już bardziej u siebie tutaj, niż czasami w Polsce. Jednak jak się okazuje, po tylu latach, po tej całej pracy, po budowaniu życia, po dokładaniu swoich kolejnych cegiełek do tego kraju, wciąż mogę być postrzegany nie jako wartość, ale bardziej jako ciężar. Jak ktoś, kogo zaledwie się toleruje, ale kogo się tak naprawdę nie chce. I to boli bardziej, niż chciałbym się do tego przyznać.

Dziś natomiast mogę powiedzieć coś, czego chyba nie chciałem, całkiem niedawno jeszcze przyznać, że te lata mogły zostać zmarnowane, że być może nigdy nie wpisywałem się i nie byłem częścią tej wyspy, że może nigdy nie byłem postrzegany jak jej stały element. Że irlandzka gościnność i otwartość mogły być tylko fasadą, a pod nią kryje się coś znacznie chłodniejszego, bardziej zamkniętego, bardziej surowego – w pewnym sensie nienawiść do drugiej osoby, a tylko dlatego, że nie jest stąd.

Czy krzywdzę tym osądem rdzennych mieszkańców wyspy? Zapewne wielu z nich tak, ale felieton jest uogólnieniem. Emocje też nim są, a mimo to potrafią być prawdziwe. Boleśnie prawdziwe.

Więc kim mam tu być? Źródłem odprowadzanych podatków? Tymczasowym zastępstwem, dopóki ktoś „swój” nie wróci i nie odbierze mi pracy i domu? Kimś zbędnym? Kimś, komu przypisuje się jedno zdanie: „Irlandia dla Irlandczyków”? Być może to też jest prawdą, że Irlandia jest dla Irlandczyków, ale czy tylko dla nich? I czy naprawdę każdy migrant jest taki sam?

Dziś mam wrażenie, że odpowiedź już padła, że poniekąd wrzucono mnie, jak i wielu innych do jednego worka. Do migracyjnego worka. Worka, który znów staje się mentalnym więzieniem. Jednak najgorsze jest to, że tym razem drzwi do Irlandii zatrzasnęły się ciszej niż kiedykolwiek i nachodzi mnie pytanie, czy kiedykolwiek ponownie się otworzą… Dla mnie otworzą.

Bogdan Feręc

Photo by jake stahl on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version