Prawdziwa polityka rzadko przejawia się fanfarami, a częściej wychodzi bokiem, między zdaniami, w półcieniach konferencyjnych korytarzy. Davos było właśnie takim momentem, bo nie balem maskowym dla ambitnych, lecz rentgenem nastrojów. Kto mówił za głośno, zdradzał nerwy, a ten, który milczał, zdradził się chłodną kalkulacją. W tym pejzażu Micheál Martin nie błyszczał i właśnie dlatego należy go przeczytać uważniej, ale bez cienia zachwytu, jak i bez zbyt daleko idącej krytyki. To nie jest felieton wynoszący pod niebiosa, to zimna, momentami bezlitosna ocena stylu i skutków polityki irlandzkiego premiera i polityki, która zbyt często bywa mylona z brakiem rozsądku tylko dlatego, że nie krzyczy.
Spotkanie w Davos odkryło karty i pokazało prawdziwe polityczne nastroje, które zaprzątają głowy szefów państw unijnych. Wystąpienia prezydentów i premierów nie były zbiorem wielkich idei, lecz katalogiem lęków, głównie o konkurencyjność, o bezpieczeństwo, o przyszłość liberalnego modelu kontynentu, czy może nawet świata. Agencje informacyjne skrupulatnie to odnotowały, a Irlandia na tym tle wyglądała osobliwie. Mówiąc o Europie, bardziej mówiła o sobie, o szansach, o rozwoju, o zmianach zachodzących na świecie, ale bez bijącego w oczy wskazania, po której stronie tych zmian chce stanąć. To nie była wizja, a chyba bardziej autoprezentacja w trybie defensywnym.
Internet zrobił resztę i w komentarzach zaczęły krążyć opinie, że irlandzka delegacja, ale przede wszystkim premier Martin był zbyt wycofany, mało widoczny, że stał się swoistą zagubioną sierotką w gęstym lesie globalnej polityki. Ten obraz jest publicystycznie efektowny, ale intelektualnie upada pod naporem faktów. Krytyka w tej formie chybia celu, bo skupia się na temperamencie, a nie na metodzie. Problem z Micheálem Martinem nie polega na tym, że jest cichy, ale na tym, że ta cisza stała się poniekąd substytutem strategii.
Na krajowym podwórku zastrzeżeń do taoiseacha Martina nie brakuje i nie ma sensu udawać, że ich nie widzę, bo przecież godzinami mógłbym snuć opowieści o jego politycznych potknięciach, a nawet błędach, i pohukiwać, że premier musi odejść. W polityce wewnętrznej Micheál Martin najczęściej bywa reaktywny, ostrożny do granic paraliżu i przywiązany do administrowania zamiast do przywództwa. W polityce międzynarodowej to już całkiem ktoś inny i porusza się tam dużo sprawniej, a może tylko łatwiej mu lawirować, ale nie dlatego, że ma wizję, tylko dlatego, że unika ryzyka. Nie ma salw armatnich na jego cześć, nie ma peanów pochwalnych, nie ma wielkich narracji. Jest za to nieustanne balansowanie, które bywa mylone z dyplomatyczną finezją, ale w rzeczywistości to zgrabna polityka minimalizacji strat, nie zaś, tak do końca, maksymalizacja wpływów.
Davos było tego modelowym przykładem i Micheál Martin poleciał do Szwajcarii, lecz nie stał się postacią pierwszoplanową. Jego wypowiedzi były wyważone, momentami wręcz mdłe na tle ostrych deklaracji innych liderów. Można to uznać za przemyślaną strategię rządu, jak i samego szefa gabinetu. To jednak nie była strategia, która polega wyłącznie na niewychylaniu, bo prędzej czy później ta zamienia się w przezroczystość, a przezroczystość w polityce międzynarodowej oznacza brak sprawczości. Nie było jednak w Davos przerażenia szefa rządu, że reprezentuje niewielką wyspę gdzieś pośrodku Atlantyku, a problemem stało się chyba przekonanie, że sama ostrożność wystarczy, by utrzymać pozycję w świecie, który przyspiesza i brutalnie premiuje decyzyjność.
To również nie tak, ponieważ premier Martin po raz kolejny musiał zachować balans między dwoma kontynentami. Europa i Stany Zjednoczone to dla Irlandii nie wybór, o czym musimy pamiętać, lecz wciąż jeszcze konieczność. Wizerunek w Brukseli trzeba pielęgnować, ale wizerunek w Waszyngtonie, dziś być może jest ważniejszy i wymaga nie tylko grzeczności, ale także jasnych sygnałów. Nie chodzi wyłącznie o kontakty gospodarcze, choć te są fundamentem irlandzkiej racji stanu. W tle majaczy zbliżające się spotkanie w Gabinecie Owalnym z Donaldem Trumpem, czyli tradycyjna wizyta z okazji dnia patrona Republiki Irlandii. W takich momentach politycy gryzą się w język, by nie zepsuć atmosfery, ale premier Martin zrobił to w mojej ocenie aż za dobrze.
Nie wiemy, jakie tematy będą poruszane za zamkniętymi drzwiami Białego Domu, ale można jednak wskazać możliwe osie rozmów. Irlandia chce utrzymać współpracę ekonomiczną z USA, jednocześnie zmagając się z konsekwencjami ceł nałożonych na Unię Europejską i iluzją byłoby oczekiwać, że Donald Trump w przypływie dobrego humoru zdejmie je specjalnie dla Dublina. Realnym celem jest raczej zielone światło dla kolejnych amerykańskich inwestycji oraz zmniejszenie nacisku na amerykańskie korporacje działające na wyspie. To z kolei polityka rządu bardziej transakcyjna, nie partnerska, ale Irlandia sama ustawiła się w tej roli, więc musi ją grać do końca spektaklu.
Sytuację komplikuje niewygodne położenie geopolityczne i deklaracje solidarności, w tym otwarte poparcie dla Grenlandii ze strony Zielonej Wyspy. Był to gest bardziej symboliczny niż sprawczy, lecz symbole w polityce międzynarodowej mają swoją cenę. Daleko idących posunięć więc nie będzie, bo Micheál Martin unika decyzji, które mogłyby zostać odebrane jako stanowcze opowiedzenie się po jednej ze stron w coraz ostrzejszym globalnym sporze. To zrozumiałe, ale niekoniecznie skuteczne. Co więc przyniesie wizyta Micheála Martina w Białym Domu?
Opozycja powie, że nic nadzwyczajnego i być może będzie miała rację. Szef rządu może jednak przywieźć coś całkiem innego niż konkretne ustalenia – gesty. W polityce te także bywają ważniejsze niż kontrakty, bo sygnalizują intencje. Problem w tym, że gesty bez dalszego ciągu szybko blakną, a Irlandia potrzebuje nie tylko dobrego zdjęcia z Gabinetu Owalnego, lecz długofalowego planu, jak odnaleźć się w świecie, w którym stare modele polityczne się rozpadają, a nowe dopiero krystalizują.
Układ sił zmienia się gwałtownie, więc nikt nie zagwarantuje Szmaragdowej Wyspie, że przejdzie suchą stopą przez proces globalnych przetasowań. Bruksela z pewnością tego nie zrobi i dlatego utrzymanie dobrego klimatu współpracy ekonomicznej z jak największą liczbą partnerów handlowych jest racjonalne. Stany Zjednoczone są tu bardzo ważne, o ile nie kluczowe, ale racjonalność nie może być wymówką dla bierności. Polityka zagraniczna to nie tylko reagowanie na bodźce, lecz także ich wyprzedzanie.
Postawa Micheála Martina jest często przedstawiana jako idealnie dopasowana do potrzeb Irlandii. To uproszczenie, bo ona jest dopasowana do potrzeby przetrwania, ale w krótkim horyzoncie wydarzeń. W długim jednak pozostawia kraj bez wyraźnego głosu. Malkontenci powinni jednak patrzeć na całość działań premiera, to prawda, ale entuzjaści powinni zrobić to samo i zadać sobie pytanie, czy model permanentnego balansowania nie jest po prostu elegancką formą unikania odpowiedzialności. Buńczuczne potrząsanie szabelką jest jałowe, ale polityka sprowadzona do milczenia bywa równie pusta.
Taoiseach Martin ponad wszelką wątpliwość nie jest politycznym awanturnikiem, bo nasze czasy uczyniły go technokratą epoki przejściowej. I właśnie dlatego jego styl zasługuje na taką ocenę, a świat nie czeka. Historia nie robi przerw na ostrożność, a Irlandia…
Jeżeli chce być czymś więcej niż dobrze zarządzonym zapleczem cudzych interesów, będzie musiała w końcu powiedzieć coś bardziej konkretnego niż tylko to, że „uważnie obserwuje sytuację” i ustawiać się plecami do wiatru.
Na koniec jeszcze jedna dygresja, bo wydaje mi się, że w pewien sposób rozumiem premiera Martina, znalazł się w trudnej sytuacji, więc gra na kilku frontach wymaga niekiedy działań bardziej niż wyważonych. Z jednej strony szef irlandzkiego gabinetu ma „cesarzową” Unii Europejskiej, a z drugiej „półboga” Ameryki. W tym imadle interesów premier z zarządzanym przez siebie krajem jest więc tylko orzechem, którego jeden obrót może zgnieść irlandzką skorupę. Oczywiście wciąż jestem zdania, że Irlandia mogłaby być już jakiś czas w innej sytuacji, kraj mógłby wyraźnie przyspieszyć, gdyby wziął się w garść i podjął, nie ukrywam, radykalne decyzje.
Niezmiennie rekomenduję Republice rozwód z Unią Europejską, która ciągnie ją za sobą w odmęty upadku, a i zainteresowanie się konkretnymi rynkami, stanowiącymi o nowym porządku zmieniającego się świata. Może nie jestem do końca w temacie, ale jak już wcześniej mówiłem, podróż premiera do Chin mogła być pierwszym z kroków, jaki Irlandia postawiła na drodze do wolności gospodarczej, a wkrótce będzie można postawić kolejny, ale tym razem w Waszyngtonie. Cóż, jak lubią mówić Irlandczycy, „to nic osobistego”, a w przypadku Szmaragdowej Wyspy te kroki powinny stać się pragmatyzmem i wspierać chęć pozostania na ekonomicznym topie.
Bogdan Feręc
Fot. CC European Union

