Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Maski, manewry i maszyniści, czyli polska gra wyborami

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Czy Donald Tusk może zagrać trochę jak Magiar lub razem z Orbanem zrobili na Węgrzech? To pytanie nie jest ani prowokacją, ani publicystyczną fanaberią, lecz raczej chłodnym rozpoznaniem reguł gry, w której emocje są tylko dekoracją, a prawdziwa rozgrywka toczy się gdzieś za kulisami, w półmroku strategii, gdzie nazwiska są ruchome, a role przypisane wcześniej niż wyborca zdąży przeczytać program ugrupowania. Jednak istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że kampania już trwa, bo Donald Tusk wie przecież doskonale, że ma całkiem potężny elektorat negatywny, a i w końcu chyba zrozumiał, dlaczego Kaczyński nie pcha się w prezydenturę, ale i nie ma oficjalnych ambicji zasiąść na fotelu premiera. To natomiast nie jest kwestia ambicji, lecz rachunku politycznego, gdzie suma lęków i uprzedzeń wyborców potrafi być ważniejsza niż najbardziej błyskotliwy program.

Zabieg nie jest nowy, więc lokomotywa ciągnie wagony, węgiel wciąż się w nią sypie, ale przed samą stacją wymienia się maszynistę i palacza na nową ekipę. To metafora stara jak polityka sama w sobie, ale wciąż zadziwiająco skuteczna, czego przykładem mogą być nasze „bratanki”. Węgry to trochę skomplikowany przypadek, jednak Orban nie musiał się wcale obawiać, że Magiar zmieni całkowicie węgierski kierunek, czyli kampania może i była ostra, ale zamienił stryjek siekierkę na kijek, o czym boleśnie przekonała się już Unia Europejska. W tej pozornej zmianie kryje się istota współczesnych kampanii, bo wyborca ma odczuć świeżość, ma uwierzyć w przełom, a tymczasem fundament pozostaje nienaruszony, jakby ktoś tylko przemalował fasadę domu, zostawiając te same ściany, te same pęknięcia i te same fundamenty.

Na naszym podwórku wcale nie jest inaczej, bo przecież wystarczy popatrzeć, co robił sternik pisowskiego okrętu, więc ani nie pcha się natarczywie na premierostwo, a i odpuścił trzy kadencje prezydenckie. To nie jest przypadek ani skromność, lecz precyzyjnie skalkulowany i przemyślany ruch. W czasach, gdy polityk staje się symbolem, a symbol celem ataku, lepiej schować się krok za sceną i pozwolić, by reflektory oświetlały kogoś innego. Za pierwszym razem Kaczyński wystawił człowieka znikąd, czyli Andrzeja Dudę, co okazało się strzałem w dziesiątkę i ludzie dali się złapać na ten lep. To była operacja niemal podręcznikowa, więc kandydat bez wielkiego bagażu, bez twardych skojarzeń, bez ciężaru wcześniejszych decyzji. Czysta karta, na której można było zapisać dowolną narrację.

Druga akcja wyborcza Dudy miała całkiem inny wydźwięk, więc poszło o ideologię i walkę o konserwatywną lub centrolewicową Polskę. I tutaj widać już zmianę tonu, jakby orkiestra nagle przeszła z lekkiej uwertury w ciężką symfonię. To nie był już wybór człowieka, lecz wybór świata, wybór tożsamości, wybór wręcz emocjonalny, który nie tyle przekonuje, co mobilizuje. W tej fazie polityka przestała być zarządzaniem państwem, a stała się opowieścią o tym, kim jesteśmy i kim chcemy być. Niestety takie opowieści mają to do siebie, że nie potrzebują faktów, a wystarczy im wiara.

Później jednak przyszedł szczęśliwy koniec kadencji Andrzeja Dudy, by ponownie zastosować manewr zwodzący, a to z kilku przyczyn. Tusk i Kaczyński mają tylko swój twardy elektorat, ale znacznie większy jest ten, który organicznie nie znosi prezesa PiS i szefa KO, czyli wyborcza przegrana tego drugiego, musiałaby skończyć się zmianami na szczycie pisowskiej władzy. Tego akurat szeregowy poseł chciał uniknąć, a skoro miał pod ręką gotowy i sprawdzony scenariusz, postawił na Karola Nawrockiego. To ruch, który można by nazwać klasycznym unikiem i zamiast wystawić własną twarz na strzał, wystawia się tarczę, która jednocześnie udaje miecz.

Co ciekawe, Nawrocki był jeszcze mniej znany od Dudy, ale jakimś cudem porwał tłumy i wygrał wyścig o fotel w Pałacu Prezydenckim. Stwierdzenie „jakimś cudem” brzmi niewinnie, ale w polityce cudów nie ma, bo jest wyrafinowanie i kalkulacja. Są też dobrze przygotowane scenariusze, odpowiednio dawkowane emocje i precyzyjnie dobrane komunikaty. Współczesny wyborca nie tyle szuka lidera, co projektu, w którym może się odnaleźć. Jeśli kandydat jest wystarczająco „przezroczysty”, łatwiej go w ten projekt wpisać. Im mniej własnych konturów, tym więcej miejsca na projekcje.

Idąc tą drogą, właśnie tak samo stać się może w zbliżających się wyborach parlamentarnych w Polsce, więc Donald Tusk może postawić na kogoś z „gminu”, aby, jak Kaczyński, wywieźć w pole wyborców. To zdanie, choć brzmi ostro, trafia w sedno pewnej logiki, ponieważ wyborca nie lubi być pouczany, ale lubi być zaskakiwany. Z Rafałem Trzaskowskim mu nie wyszło, więc wie, iż powinien mieć w zanadrzu czarnego konia, który „z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo”. To określenie jest niemal poetyckie, a zarazem brutalnie trafne, więc kandydat bez wyrazistej tożsamości staje się lustrem, w którym każdy może zobaczyć coś dla siebie.

Wówczas jest całkiem prawdopodobne, że taki kandydat będzie miał znacznie większe szanse, aby przekonać wyborców do siebie i do oddania głosów na Koalicję Obywatelską. Przedstawi się go, jako przyszłego premiera, jako człowieka odpowiedzialnego za zmianę wizerunku i prowadzenie Polski do świetlanej przyszłości. I znów wracamy do starej jak świat opowieści o odbudowie, o nowym otwarciu, o świcie po długiej nocy. Problem polega na tym, że te świty w polityce często przypominają bardziej sztuczne światło, czyli jasne, ale zimne, i gasnące szybciej, niż zapanował sam świt.

Przyjmijmy, że taki kandydat dociągnął, a wówczas, a po ewentualnie wygranych wyborach, premier Tusk zrobi go swoim Piętaszkiem, czyli albo wicepremierem albo, jak Jarosław, kierować będzie nim z tylnego fotela. Obraz staje się wtedy niemal literacki, przywołujący relację mistrza i ucznia, ale w polityce ta relacja bywa bardziej jednostronna. Władza, raz zdobyta, rzadko bywa oddawana bez walki, nawet jeśli formalnie przechodzi w inne ręce. Rządzenie z tylnego siedzenia to nie jest natomiast oznaka słabości, lecz dowód na to, że ktoś zrozumiał mechanikę władzy lepiej niż inni.

Spójrzmy jeszcze na jedną kwestię, czyli przygotowujących się do wyborów parlamentarnych szefów ugrupowań, więc ani Tusk, ani tym bardziej Kaczyński, nie wypowiadają się teraz jakoś specjalnie w tych kwestiach, czyli mają już swoje strategie, które wdrożą w życie, o ile już tego nie zrobili. Cisza w polityce rzadko oznacza brak działania, a częściej jest to cisza przed ruchem, moment skupienia, w którym decyzje formalnie zapadły, ale jeszcze nie zostały ogłoszone. To jak w partii szachów, gdzie najważniejsze ruchy wykonuje się w głowie, długo przed tym, zanim pionek dotknie planszy.

Która z koncepcji wygra? Czy Tuska z zespołem, który niedawno przedstawił, czy może Kaczyńskiego, który wysunął Czarnka na szefa gabinetu? Obie metody są pokrętne, obie mają szanse powodzenia, ale też obie, mają w sobie elementy szwindla, bo Tusk i Kaczyński, władzy oddawać nie chcieli i nie chcą. I tu dochodzimy do sedna, które nie jest ani eleganckie, ani szczególnie optymistyczne. Polska polityka, podobnie jak węgierska, coraz częściej przypomina teatr, w którym zmieniają się aktorzy, ale scenariusz i reżyser pozostaje taki sam. W tym teatrze wyborca jest widzem, który czasem ma wrażenie, że wpływa na przebieg spektaklu, podczas gdy w rzeczywistości jego rola kończy się na oklaskach lub ich braku.

Węgierska lekcja pokazuje, że można przeprowadzić zmianę bez zmiany, że można odświeżyć system, nie naruszając jego fundamentów. Polska scena polityczna zdaje się iść w tym samym kierunku, gdzie najważniejsze nie jest to, kto stoi na scenie, lecz kto pisze scenariusz i kto trzyma reflektor.

Może właśnie w tym jest największy paradoks naszej demokracji, że im bardziej wierzymy w wybór, tym częściej wybieramy tylko warianty tej samej opowieści. A politycy, ci starzy wyjadacze tej gry, wiedzą o tym aż za dobrze. Dlatego zmieniają maski, przesuwają pionki, wymieniają maszynistów tuż przed stacją, a pociąg i tak toczy się dalej, dokładnie po tych samych torach.

Bodgan Feręc

Fot. CC Chancellery of the Prime Minister of Poland

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE – chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version