Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Maharadża Tusk, czyli kiedy własny premier staje się pośmiewiskiem. Polityczna wojna ma jednak swoje granice

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

To może zabrzmieć dziwnie, ale będę bronił premiera Donalda Tuska. Nie napiszę, że sam nie dowierzam w to, co właśnie robię, bo nie o moje zdziwienie tu chodzi. Bardziej przeszkadza mi ilość szlamu, jaka wylała się na szefa polskiego rządu, i to, jak łatwo potrafimy zamienić każdą sytuację w kolejną odsłonę naszej narodowej wojny podjazdowej. Wojny, w której przeciwnikowi najlepiej nie tylko podstawić nogę, ale jeszcze zadbać, żeby upadł twarzą w błoto, najlepiej przed kamerami, w obecności zagranicznych gości i z odpowiednio dobranym podkładem muzycznym.

Spokojnie. Nie dostałem nagłego olśnienia, nie zapisałem się do Koalicji Obywatelskiej, a Donald Tusk nie wysłał mi żadnego zaproszenia na kawę w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Gdyby zresztą takie zaproszenie przyszło, prawdopodobnie najpierw sprawdziłbym, czy przypadkiem nie chodzi o to, żebym w ramach wizyty założył maciejówkę, a później jeszcze pochwalił wszystkie dokonania rządu. Nie ma takiej potrzeby. Potrafię krytykować premiera, robiłem to i zapewne jeszcze nie raz będę to robił.

Nie widzę jednak powodu, żeby krytyka zamieniała się w bezwarunkowy obowiązek wyśmiewania wszystkiego, co zrobi człowiek, którego nazwisko budzi w Polsce duże polityczne emocje. Można nie lubić Tuska, można uważać, że jego rząd popełnia błędy, można rozliczać go z obietnic, decyzji i zaniechań. Można nawet uważać, że niektóre jego pomysły nadają się przede wszystkim do gabinetu osobliwości. Ale czy naprawdę musimy z każdej zagranicznej wizyty polskiego premiera robić przedstawienie, w którym główną atrakcją jest to, jak zabawnie wygląda na fotografii?

Przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

Premier pojechał do Indii, a internet zobaczył czapkę

Donald Tusk pojawił się w Indiach, a wraz z jego wizytą pojawiła się cała kolekcja internetowych dowcipów. Premier w tradycyjnym indyjskim nakryciu głowy stał się wdzięcznym materiałem dla autorów memów, politycznych komentatorów i wszystkich tych, którzy z niecierpliwością czekają, aż przeciwnik dostarczy im nowej amunicji. Niektórzy wykazali się pomysłowością, inni postawili na rozwiązania tak subtelne jak młotek spadający na pustą beczkę. W końcu w polskim internecie nie chodzi o to, żeby żart był dobry. Czasami wystarczy, że jest skierowany przeciwko właściwemu człowiekowi.

Premier dostał więc nowe przezwiska, a określenie „maharadża” zaczęło żyć własnym życiem. W komentarzach pojawiły się kpiny, złośliwości i mniej lub bardziej wyszukane próby udowodnienia, że oto szef rządu kompromituje siebie, urząd, a być może nawet całą Rzeczpospolitą. Tylko że w tej całej zabawie gdzieś po drodze zgubiono pytanie podstawowe: po co premier poleciał do Indii?

Według przedstawianych założeń wizyta ma służyć zacieśnieniu współpracy z jednym z najważniejszych państw świata, zwiększeniu wymiany handlowej oraz stworzeniu nowych możliwości dla polskich przedsiębiorstw. Sam premier Tusk podkreślał również, że towarzyszą mu przedstawiciele biznesu. Nie pojechał więc wyłącznie po to, żeby obejrzeć zabytki, spróbować lokalnych potraw na jeszcze bardziej lokalnym bazarze i przywieźć znajomym pamiątkę z napisem „Greetings from India”. Taki nie jest, przynajmniej deklarowany, cel wizyty. Czy uda się go zrealizować? To dopiero pokaże czas, a przede wszystkim konkretne rezultaty. Zdjęcie w dziwnej dla nas czapie, nie jest jeszcze kontraktem, podobnie jak uścisk dłoni nie gwarantuje, że polska firma sprzeda w Indiach choćby jedną śrubkę. Polityka gospodarcza nie polega na kolekcjonowaniu fotografii z ważnymi ludźmi, lecz na przekładaniu spotkań na rzeczywiste korzyści.

I właśnie z tego należy rozliczać polskiego premiera.

Jeżeli wizyta przyniesie nowe zamówienia dla polskich przedsiębiorstw, otworzy dostęp do kolejnych rynków, zwiększy eksport i stworzy miejsca pracy, wówczas będzie można uznać ją za udaną. Jeżeli skończy się na uściskach dłoni, uroczystych kolacjach i komunikatach o historycznym przełomie, będzie to kolejna podróż, z której wrócą głównie zdjęcia oraz rachunki do zapłacenia. Ale na miłość boską, oceniajmy jej efekty, a nie wyłącznie to, czy premier dobrze wyglądał w indyjskim nakryciu głowy!

Przyznaję, że fotografia mogła rozbawić. Nie jestem człowiekiem pozbawionym poczucia humoru, a już na pewno nie zamierzam mówić, że każdy polityk powinien poruszać się po świecie z miną kamiennego posągu, w garniturze zaprasowanym tak ostro, żeby można nim było kroić chleb. Politycy też bywają uczestnikami ceremonii, podczas których zakłada się lokalne stroje, przyjmuje symboliczne upominki i przestrzega obyczajów gospodarzy.

Czy zawsze wygląda to dobrze? Nie. Czy zawsze jest konieczne? Również nie. Czy czasami wygląda nieco komicznie? Oczywiście. Tyle że między śmiechem z zabawnego zdjęcia a ogłaszaniem międzynarodowej kompromitacji jest jeszcze sporo miejsca. Warto czasami skorzystać z tej przestrzeni, zamiast z uporem godnym lepszej sprawy wciskać pedał politycznej złośliwości do samej podłogi.

„Słońce Peru” jeszcze nie zaszło

Oczywiście Donald Tusk sam nie ułatwia sobie zadania. Ma już przecież na koncie podobną historię, a przydomek „Słońce Peru”, na trwałe zapisał się w polskiej pamięci politycznej. Wystarczy przypomnieć tamtą wizytę, aby zrozumieć, dlaczego jego obecne fotografie tak łatwo stają się przedmiotem żartów.

Donald Tusk jest politykiem doświadczonym, człowiekiem, który od lat funkcjonuje na najwyższych szczeblach europejskiej i krajowej polityki. Powinien więc doskonale wiedzieć, że każda fotografia może zostać wykorzystana przez przeciwników, a każdy gest będzie analizowany, interpretowany i niekiedy bezlitośnie ośmieszany. Można zatem zapytać, czy naprawdę musiał zakładać to nakrycie głowy. Czy nie lepiej było uprzejmie podziękować, uśmiechnąć się i pozostać przy własnym garniturze? Być może. Nie znam wszystkich okoliczności tej sytuacji i nie zamierzam udawać, że wiem, jaki był jej dokładny przebieg, co ją poprzedzało i jakie znaczenie przypisywali jej gospodarze.

Wiem natomiast, że dyplomacja składa się również z gestów, które w jednym kraju są wyrazem szacunku, a w innym mogą wydawać się dziwne. W świecie, w którym politycy negocjują kontrakty, bezpieczeństwo i dostęp do zasobów strategicznych, czasami trzeba wyjść poza własne przyzwyczajenia. Nie oznacza to automatycznie rezygnacji z godności.

Zresztą, jeśli już chcemy rozmawiać o godności, proponuję zacząć od rzeczy ważniejszych niż kawałek materiału na głowie premiera. Godność państwa wyraża się w tym, czy jego obywatele mają pracę, czy przedsiębiorcy mogą rozwijać działalność, czy państwo potrafi chronić swoich interesów i czy jego przedstawiciele są w stanie doprowadzić do korzystnych porozumień. Nie mierzy się jej liczbą fotografii, na których głowa rządu prezentuje się wystarczająco poważnie, by zadowolić krajowych estetów politycznych.

Jeśli premier wróci z Indii z pustymi rękami, będzie można go rozliczać. Jeśli natomiast uda mu się otworzyć nowe możliwości dla polskiej gospodarki, wówczas niech sobie nawet przywiezie cały zestaw indyjskich nakryć głowy. Pod warunkiem oczywiście, że rachunek ekonomiczny będzie się zgadzał.

Polska potrzebuje kontraktów, inwestycji i rynków zbytu znacznie bardziej, niż kolejnego zwycięstwa w konkursie na najbardziej eleganckiego premiera w Europie.

Nie tylko Tusk zakładał dziwne rzeczy

Problem polega na tym, że w Polsce polityka coraz częściej przypomina rozgrywkę, w której nie liczy się już nawet wynik, lecz możliwość upokorzenia przeciwnika. Jeżeli premier zrobi coś dobrego, natychmiast szuka się drugiego dna. Jeżeli zrobi coś złego, krytyka jest oczywiście uzasadniona, ale po chwili również ona zaczyna żyć własnym życiem i zmienia się w festiwal personalnych wycieczek. Jeżeli zaś wydarzy się coś, co można przedstawić jako zabawne, wszyscy rzucają się na tę okazję, jakby od niej zależały losy wyborów.

Tyle że podobne zachowania nie są polską specjalnością Donalda Tuska. Politycy na całym świecie przebierają się w stroje charakterystyczne dla odwiedzanych krajów, uczestniczą w lokalnych ceremoniach, zakładają tradycyjne nakrycia głowy i przyjmują symboliczne dary. Czasami wygląda to naturalnie, innym razem nieco niezręcznie. Niekiedy można odnieść wrażenie, że ktoś właśnie przegrał zakład, którego zasad nie poznał nawet sam zainteresowany. Takie są jednak realia oficjalnych wizyt.

W polityce międzynarodowej gesty mają znaczenie, a gospodarze niejednokrotnie oczekują, że gość wykaże zainteresowanie ich kulturą. Nie zawsze chodzi o wielką symbolikę. Czasami to zwykła uprzejmość, innym razem element protokołu, a jeszcze innym gest przygotowany przez organizatorów spotkania. Oczywiście można uznać, że polityk powinien zachować umiar i nie robić z siebie atrakcji turystycznej. Zgoda. Nie ma żadnego obowiązku przebierania się za lokalnego mieszkańca, a szacunek dla gospodarzy, nie wymaga porzucenia własnej tożsamości. Jednak równie przesadne jest przekonanie, że każdy taki gest stanowi kompromitację.

Przyjmijmy więc prostą zasadę: można się pośmiać, ale nie trzeba od razu ogłaszać końca polskiej dyplomacji. W przeciwnym razie należałoby konsekwentnie wyśmiewać wszystkich przywódców, którzy kiedykolwiek włożyli na głowę coś innego, niż własny kapelusz lub mieli starannie ułożone włosy. A wtedy zabrakłoby nam czasu na rzeczywiste problemy, bo internet musiałby prowadzić całodobowy dyżur przy każdej zagranicznej delegacji.

Jan Paweł II też nosił niecodzienne nakrycia głowy

Jest jeszcze jeden przykład, który warto przypomnieć, choć oczywiście nie należy traktować go jako prostego porównania polityka z głową Kościoła katolickiego. Jan Paweł II, jeden z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na świecie, podczas swoich licznych podróży spotykał się z przedstawicielami rozmaitych kultur, społeczności i tradycji. Przyjmował charakterystyczne nakrycia głowy, uczestniczył w lokalnych uroczystościach i pozwalał się fotografować w sytuacjach, które dla części odbiorców mogły wyglądać nietypowo.

Papież bywał widywany między innymi w indiańskim pióropuszu. Czy z tego powodu utracił godność? Czy uznano, że skompromitował Watykan, obraził katolików i powinien natychmiast wracać do Rzymu, by przez kolejny tydzień przepraszać za swoje zachowanie? Nie. Przeciwnie, takie gesty były często postrzegane jako wyraz szacunku, otwartości, ciepła i zainteresowania ludźmi, do których przyjeżdżał. Oczywiście papież i premier państwa pełnią zupełnie inne funkcje, a ich wizyty mają odmienne cele. Nie zamierzam stawiać znaku równości między działalnością duszpasterską Jana Pawła II, a polityczną misją Donalda Tuska. Byłoby to porównanie nieuprawnione.

Chodzi mi o coś znacznie prostszego, bo o sam mechanizm oceniania człowieka na podstawie fotografii, która wyrwana z kontekstu może stać się przedmiotem niekończących się żartów.

Jeżeli gest papieża można było odczytywać jako próbę zbliżenia do ludzi i okazania im szacunku, to dlaczego z góry zakładać, że podobne zachowanie premiera musi oznaczać brak powagi? Dlaczego w przypadku jednego człowieka dostrzegamy symboliczny wymiar spotkania, a w przypadku drugiego natychmiast uruchamiamy fabrykę memów?

Odpowiedź jest banalna i niezbyt budująca. Bo w Polsce nie zawsze oceniamy czyn, lecz przede wszystkim człowieka, który go wykonał. Jeśli go lubimy, znajdziemy usprawiedliwienie. Jeśli nie do końca jest naszym faworytem, nawet najbardziej neutralne zachowanie może stać się dowodem na jego niekompetencję. A to już nie jest krytyka polityczna. To zwykła plemienność, tyle że ubrana w internetowy humor.

Śmiejmy się, ale nie róbmy z Polski kabaretu

Nie mam zamiaru nawoływać do tego, żeby Polacy przestali żartować z polityków. Byłby to pomysł równie rozsądny, jak zakaz narzekania na pogodę w Irlandii. Można zamknąć wszystkie portale, wyłączyć telewizory i zabrać obywatelom telefony, a i tak ktoś znajdzie sposób, żeby skomentować premiera, prezydenta czy ministra.

Politycy sami dostarczają nam zresztą wystarczająco dużo materiału. Niekiedy wystarczy posłuchać konferencji prasowej, by człowiek zaczął zastanawiać się, czy ogląda relację z poważnego posiedzenia rządu, czy próbę generalną przed występem kabaretowym. Nie trzeba nawet specjalnie montować nagrań. Humor jest potrzebny. Pozwala zachować dystans, rozładowuje napięcie i przypomina, że żadna władza nie powinna uważać się za nietykalną. Polityk, który nie potrafi znieść żartu na własny temat, prawdopodobnie nie powinien zajmować swojego stanowiska.

Jednak czym innym jest żart, a czym innym nieustanne przedstawianie własnego państwa jako zbiorowiska nieudaczników, którzy kompromitują się na każdym kroku.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy.

Nie chodzi o to, żeby w czasie zagranicznej wizyty premiera wszyscy Polacy nagle założyli biało-czerwone okulary i zgodnie ogłosili, że oto nasz przywódca zachwycił świat. Nie chodzi również o to, żeby media rezygnowały z krytyki, a komentatorzy udawali, że każda decyzja rządu jest przemyślana i korzystna. Chodzi o proporcje.

Jeżeli premier popełnia błąd, należy go opisać. Jeżeli wypowiada się niefortunnie, można to skomentować. Jeżeli wraca z zagranicy bez konkretnych rezultatów, trzeba pytać, co właściwie udało mu się osiągnąć. Jeżeli jednak uczestniczy w spotkaniu, podczas którego przyjmuje tradycyjne nakrycie głowy, naprawdę nie musimy natychmiast ogłaszać, że Polska została wystawiona na pośmiewisko. Bo kto właściwie wystawia ją na to pośmiewisko? Sam premier, który zgodził się na określony gest? Autor mema, który postanowił go ośmieszyć? A może tysiące osób, które z zapałem podchwytują żart, nie zastanawiając się nawet, czy poza zabawną fotografią, istnieje jakiś szerszy kontekst?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Wiem jednak, że w polityce międzynarodowej wizerunek państwa buduje się nie tylko działaniami jego władz, lecz także sposobem, w jaki sami obywatele opowiadają o swoim kraju. Nie oznacza to, że zagraniczni przywódcy śledzą polskie memy i na ich podstawie oceniają naszą pozycję. Nie mam zamiaru tworzyć takiej fantazji. Poważne relacje międzynarodowe zależą przede wszystkim od interesów, siły gospodarczej, bezpieczeństwa, wiarygodności i zdolności do realizowania zobowiązań. Nie od tego, czy polski internet uznał premiera za zabawnego.

Ale jeżeli sami nieustannie sprowadzamy własną politykę do personalnego cyrku, nie powinniśmy się dziwić, że coraz trudniej prowadzić poważną rozmowę o tym, co naprawdę jest dla Polski korzystne.

Nasi politycy nie muszą być święci. Wystarczy, że będą skuteczni

Nie jestem zwolennikiem bezkrytycznego patriotyzmu, w którym każdy przedstawiciel polskich władz musi być broniony niezależnie od tego, co zrobi. To byłaby droga donikąd. Politycy są zatrudniani przez wyborców, a nie wynoszeni na ołtarze. Mają wykonywać swoją pracę, a jeżeli tego nie robią, powinni ponosić konsekwencje. Dotyczy to Donalda Tuska, Karola Nawrockiego, ministrów, przedstawicieli opozycji i wszystkich tych, którzy uznali, że polityka jest najlepszym sposobem na urządzenie sobie życia.

W polskim życiu publicznym nie brakuje ludzi, którzy potrafią pięknie mówić o interesie narodowym, a następnie zaskakująco szybko przechodzą do realizowania interesu własnego środowiska. Nie brakuje również takich, którzy na każdą trudność mają gotową konferencję prasową, na każdy problem odpowiedniego winnego, a na każde pytanie odpowiedź, że przecież poprzednicy byli jeszcze gorsi.

To właśnie ich należy rozliczać.

Nie jestem też przekonany, że obecna klasa polityczna zasługuje na szczególne względy. Wiele zachowań naszych polityków można opisać słowami, których nie wypada używać w poważnym felietonie. Czasami człowiek zastanawia się, czy niektórzy z nich przypadkiem nie pomylili parlamentu z ringiem, a debaty publicznej z konkursem na najbardziej efektowną obelgę. Wiem też, że w polskim rządzie i poza nim znajdziemy wystarczająco wielu kandydatów do politycznego kabaretu. Nie zamierzam ich oszczędzać tylko dlatego, że zajmują wysokie stanowiska. Niech jednak ośmieszają się własnymi decyzjami, a nie tym, że na zagranicznym spotkaniu założyli coś, co odbiega od ich codziennego stroju.

W końcu najważniejsza jest skuteczność.

Premier może wyglądać jak maharadża, może nosić zwyczajny garnitur, a nawet pojawić się na konferencji w swetrze. Jeżeli potrafi skutecznie reprezentować interesy kraju, doprowadzać do korzystnych porozumień i rozwiązywać problemy obywateli, jego garderoba będzie miała znaczenie drugorzędne. Jeżeli natomiast nie potrafi tego robić, nawet najdroższy garnitur nie uratuje go przed oceną wyborców.

To samo dotyczy każdego innego polityka. Urząd nie jest konkursem elegancji, choć ma swój wydźwięk, ale państwo nie jest wybiegiem dla modeli i modelek, na którym można zdobywać punkty za odpowiedni ubiór.

Nie muszę lubić Tuska, żeby życzyć Polsce powodzenia

W tym wszystkim najbardziej przeszkadza mi coś jeszcze. W Polsce wciąż zbyt często uważa się, że jeśli ktoś krytykuje danego polityka, powinien krytykować go zawsze i wszędzie. Jeżeli natomiast raz stanie w jego obronie, natychmiast zostaje uznany za sympatyka, sojusznika, a najlepiej jeszcze członka sztabu wyborczego. Nie ma natomiast miejsca na zwykłą ocenę konkretnej sytuacji. Jest za to polityczny obowiązek zajęcia stanowiska, najlepiej zgodnego z tym, co myśli nasze środowisko.

Tymczasem nie widzę niczego dziwnego w tym, że można jednego dnia skrytykować premiera za jego decyzję, a następnego uznać, że w innej sprawie niesłusznie stał się obiektem ataku. To nie jest rozdwojenie jaźni. To normalne podejście do rzeczywistości, w której ludzie potrafią podejmować zarówno dobre, jak i złe decyzje. Nie muszę więc zgadzać się z Donaldem Tuskiem w sprawach krajowych, żeby uznać, że podczas zagranicznej wizyty powinien mieć możliwość zaprezentowania polskich interesów bez automatycznego przypinania mu łatki człowieka, który wszystko robi źle. Nie muszę popierać jego rządu, żeby oczekiwać, że rozmowy z Indiami przyniosą Polsce wymierne korzyści. I nie muszę nawet szczególnie lubić samego premiera, żeby życzyć Polsce powodzenia.

To ostatnie powinno być zresztą oczywiste, ale najwyraźniej w naszym kraju oczywiste rzeczy wymagają czasami osobnego komentarza.

Jeżeli premier Tusk odniesie sukces gospodarczy, skorzysta na tym Polska, a nie tylko jego partia. Oczywiście premier będzie mógł wykorzystać ten sukces politycznie. Każdy rząd próbuje przypisywać sobie zasługi, a gdy pojawiają się problemy, równie chętnie szuka winnych poza własnym gabinetem. Taka jest już natura polityki. Nie zmienia to jednak faktu, że korzystne porozumienie handlowe nie przestaje być korzystne tylko dlatego, że podpisał je polityk, którego nie lubimy. Podobnie jak niekorzystna decyzja nie staje się dobra wyłącznie dlatego, że podjął ją ktoś z naszego obozu.

Może więc zamiast zastanawiać się, czy premier wyglądał zabawnie, poczekajmy na efekty jego wizyty. Sprawdźmy, czy polskie firmy zyskają nowe możliwości, czy wzrośnie wymiana handlowa i czy deklaracje przełożą się na konkretne działania. To znacznie bardziej wymagające niż przygotowanie mema, ale też zdecydowanie bardziej uczciwe i użyteczne.

Wewnętrzne podwórko i narodowa skłonność do wzajemnego podcinania gałęzi

Nie zamierzam udawać, że jestem człowiekiem wolnym od złośliwości. Przeciwnie, uważam, że polska polityka dostarcza tylu powodów do ironii, iż czasami trudno powstrzymać się przed komentarzem. Sam również krytykuję polityków, wytykam im błędy i nie zamierzam z tego prawa rezygnować. Jest jednak różnica między krytyką a potrzebą nieustannego udowadniania, że własny kraj jest gorszy, niż jest w rzeczywistości, natomiast jego przedstawiciele nie potrafią zrobić niczego bez kompromitacji.

Nasze polityczne podwórko jest wystarczająco duże, żeby urządzać na nim wszystkie możliwe awantury. Możemy rozliczać rząd z obietnic, spierać się o podatki, gospodarkę, ochronę zdrowia, mieszkalnictwo, bezpieczeństwo i sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Możemy wypominać politykom błędy, niekonsekwencję, niekompetencję i hipokryzję. Możemy nawet urządzić im konkurs na największego politycznego błazna, bo kandydatów nie zabraknie. Ale czasami warto zastanowić się, czy naprawdę każdy pretekst jest dobry, by uderzyć we własne państwo?

Nie chodzi mi o milczenie. Nie chodzi o ochronę premiera przed śmiechem. Nie chodzi nawet o szczególną solidarność z człowiekiem, którego działania będę nadal oceniał krytycznie, gdy uznam to za uzasadnione. Chodzi o zwykłe zachowanie proporcji i o świadomość, że można być przeciwnikiem politycznym, nie stając się jednocześnie zakładnikiem własnej niechęci.

W końcu politycy przychodzą i odchodzą. Premierzy się zmieniają, partie zdobywają władzę i ją tracą, a wyborcy po latach wystawiają rachunek tym, którzy obiecywali im lepsze życie. Polska jednak pozostaje. Jej interesy gospodarcze, bezpieczeństwo i pozycja międzynarodowa nie powinny być traktowane jak element partyjnej kampanii, w której każdy sukces przeciwnika trzeba unieważnić, a każdą jego wpadkę rozdmuchać do rozmiarów narodowej tragedii.

Dlatego tym razem bronię Donalda Tuska. Nie dlatego, że nagle stał mi się bliski, ale dlatego, że nie widzę powodu, aby z jednego nakrycia głowy robić dowód na nieudolność całej polskiej dyplomacji. Jeżeli premier wróci z Indii z konkretnymi korzyściami dla Polski, będę oczekiwał, że zostanie to uczciwie odnotowane. Jeżeli nie przywiezie niczego poza wspomnieniami, fotografiami i kolejnymi deklaracjami o wielkim przełomie, również o tym powiem. I zapewne nie będę przesadnie łagodny.

Na razie jednak pozwólmy wykonać mu pracę, do której został przez Polaków powołany. A później oceniajmy ją na podstawie rezultatów, nie tylko tego, jak prezentował się przed obiektywem. Bo jeśli w przyszłości kolejny polski premier pojedzie do innego kraju, założy lokalne nakrycie głowy i spróbuje w ten sposób okazać szacunek gospodarzom, chciałbym, żebyśmy potrafili dostrzec w tym coś więcej, niż gotowy materiał do politycznego linczu.

Niech nasi politycy popełniają błędy, za które będziemy ich rozliczać. Niech czasami wyglądają śmiesznie, bo to również część publicznego życia. Niech nawet dostarczają nam powodów do złośliwych komentarzy. Ale nie róbmy z każdej fotografii narodowego dramatu, bo wówczas naprawdę zostanie nam już tylko śmiech. I to raczej przez łzy.

A na koniec jedna uwaga, już całkiem poważna. Jeżeli chcemy, żeby Polska była traktowana na świecie jako państwo poważne, sami również powinniśmy umieć odróżnić sprawy poważne od tych, które jedynie dobrze wyglądają w internetowym memie. Nie oznacza to, że mamy przestać się śmiać, a jedynie, że warto wiedzieć, kiedy śmiech jest uzasadniony, a kiedy staje się kolejnym narzędziem w wojnie, w której tak bardzo pragniemy pokonać przeciwnika, że przestajemy pamiętać, o co właściwie walczymy.

Bo można nie lubić własnego premiera. Można go krytykować, rozliczać i czekać na dzień, w którym przestanie rządzić. Ale czy naprawdę musimy przy każdej okazji udowadniać światu, że sami nie traktujemy go poważnie? Czasami warto odpuścić. Choćby po to, żeby następnego dnia mieć jeszcze siłę do krytykowania go za rzeczy, które naprawdę mają znaczenie.

Bogdan Feręc

Fot. X – Donald Tusk

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version