Feminizm zabił facetów. A przynajmniej zrobił wszystko, żeby z dawnego łowcy został osobnik, który potrafi obsłużyć aplikację do zamawiania pizzy, ale z młotkiem w ręku to się czuje, jakby mu ktoś kazał zrobić operację na otwartym sercu.
Feminizm zabił męskość i z tą tezą raczej trudno się nie zgodzić, przynajmniej w kontekście niektórych wojowniczek o swoje prawa. Zanim jednak feministyczne komando wyciągnie transparenty, zacznie ostrzyć widły i zażąda mojej głowy na tacy, wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. O ile spojrzymy na XIX-wieczny feminizm, można go popierać w całej rozciągłości, bo była to walka o prawa, które wcześniej przysługiwały wyłącznie mężczyznom.
Bycie kobietą oznaczało wówczas pełne podporządkowanie, brak praw wyborczych, a nawet znacznie gorsze traktowanie i wynagrodzenie w pracy. Kobieta miała wiedzieć, gdzie jej miejsce, a jeśli przypadkiem przyszło jej do głowy, że potrafi samodzielnie myśleć, zarabiać i podejmować decyzje, to świat bardzo szybko przypominał jej, że od myślenia jest mężczyzna, a od gotowania jego obiadów, to już zdecydowanie ona. Taki porządek należało zmienić. I zmieniono. Kobiety wywalczyły sobie prawa, zaczęły zdobywać wykształcenie, zajmować odpowiedzialne stanowiska, prowadzić firmy i zarabiać własne pieniądze. Bardzo dobrze. Cywilizacja nie polega przecież na tym, żeby połowa społeczeństwa siedziała na ławie rezerwowych tylko dlatego, że urodziła się z innym zestawem biologicznym.
Przez pewien czas panował względny spokój. A potem do gry wkroczyła polityka, ideologia i cała ta europejska machina, której przedstawiciele potrafią nawet z przepisu na jajecznicę zrobić manifest walki klasowej. Nie chcę używać swojego ulubionego określenia, ale lewicująca, a może wręcz socjalizująca Unia Europejska, zaczęła podsycać nastroje kierujące kobiety w stronę całkowitej niezależności. I znowu, nie mówię, że sama niezależność była lub jest czymś złym. Problem pojawił się wtedy, gdy część ideologicznych przewodniczek duchowych, zaczęła sprzedawać kobietom wizję świata, w którym mężczyzna jest mniej więcej tak potrzebny, jak instrukcja obsługi pralki automatycznej w domu bez prądu.
W mojej ocenie potomkinie i potomkowie Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, którzy zadomowili się w europejskich instytucjach, nie tyle stworzyli problem, ile po swojemu przeinaczyli pewne idee. Zamiast równości zaczęła pojawiać się ideologiczna rywalizacja, a zamiast współpracy – podejrzliwość. Zamiast partnerstwa dano nam również przekonanie, że jedna płeć musi udowodnić swoją wartość przez wykazanie bezużyteczności drugiej.
Wmówiono części kobiet, że są dokładnie takie same jak mężczyźni, że mogą być samodzielne i, że faceci są im właściwie niepotrzebni. Oczywiście, że kobieta może żyć bez mężczyzny – udowodnił to film Seksmisja. Tak samo mężczyzna może żyć bez kobiety, ale nie wiem, jaki film może to udowodnić. Można również żyć bez przyjaciół, bez rodziny i bez sensownego celu, tylko nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat z tego ostatniego należałoby robić cywilizacyjny triumf.
Wiele kobiet uwierzyło w te utopijne myśli, napędzane przez lewicową myśl samicy Alfa, a przekonanej o własnej nieomylności. Kobiety zaczęły więc wcielać w życie hasła o samowystarczalności, wyzwoleniu i niezależności. Początkowo chodziło o zajmowanie menedżerskich i dyrektorskich stanowisk, co w wielu przypadkach wychodziło firmom na dobre. Kobiety miały własne pieniądze, zarządzały nimi całkiem rozsądnie, więc się bogaciły. Ergo, nie potrzebowały już prosić ojca, męża ani żadnego innego przedstawiciela płci męskiej o pozwolenie na realizację swoich planów. I bardzo dobrze.
Tylko że w pewnym momencie cała ta feminizacja poszła, moim zdaniem, o krok za daleko. Całkiem spora grupa kobiet doszła do wniosku, że faceci są przeszkodą w realizacji ich celów i ambicji. Nie są partnerami, nie są potencjalnymi towarzyszami życia, ale przeszkodą. Czymś, co trzeba tolerować, dopóki nie zacznie przeszkadzać w samorealizacji. Tak pojawiła nam się całkiem pokaźna grupa pań, które przebierały w kandydatach na potencjalnych mężów, niczym moja babcia w ulęgałkach. To takie gruszki, tłumaczę młodym feministkom, żeby nie musiały uruchamiać wyszukiwarki. Patrzą więc te wyzwolone damy na człowieka, oceniają, porównują, wyciągają tabelkę z wymaganiami, sprawdzają, czy zarabia wystarczająco dużo, czy ma odpowiedni wzrost, czy posiada mieszkanie i czy przypadkiem nie ma własnego zdania, które mogłoby zakłócić ich starannie zaplanowany rozwój osobisty.
Tymczasem kandydaci popatrzyli z politowaniem i zajęli się swoimi sprawami. Jest nawet taka bajka. Był sobie młodzian i spodobała mu się pewna dziewoja. Poprosił ją o rękę, ona powiedziała: nie. Wówczas młodzian stał się człowiekiem szczęśliwym, bo nie musiał zamykać klapy od kibla, mógł pić piwo z kolegami i grać w PlayStation.
I tu pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z największym sukcesem emancypacji mężczyzn w dziejach ludzkości? Kobiety wyzwoliły się z obowiązkowych małżeństw, a mężczyźni z obowiązkowego małżeństwa z kobietami. Jedni i drudzy mogą teraz robić, co chcą, tyle że w tej całej wolności, coś nam zaczyna zgrzytać. Bo jeśli największym marzeniem faceta staje się święty spokój, a największym osiągnięciem kobiety udowodnienie, że żadnego faceta nie potrzebuje, to może wszyscy wygrali, tylko nikt nie wie, w jakiej konkurencji.
A teraz przenieśmy się do epoki, w której problemy rozwiązywano nie za pomocą psychologicznych poradników, lecz solidnym kawałkiem drewna.
Kiedyś, w czasach, gdy na płaskiej ziemi żyły dinozaury, osobniki rodzaju męskiego polowały na zwierzynę, aby nakarmić swoją neandertalską laskę. Ta zaś na kamieniu smażyła łowcy i potomstwu schabowego z pterodaktyla. Podział był prosty: laski siedziały w kuchni wydłubanej w skale, a typy latały po okolicy, żeby złapać jakąś zakąskę. Nie było wtedy dyskusji o szklanym suficie, nierównościach płacowych ani o tym, kto ma wynieść śmieci. Był za to problem znacznie poważniejszy, bo jeśli łowca wrócił bez golonki z mamuta, rodzina miała powody do niezadowolenia. A jeśli nie wrócił wcale, bo po drodze coś go zjadło, jego stanowisko pozostawało nieobsadzone.
Oczywiście, ten obrazek jest historyczną karykaturą, a nie podręcznikiem antropologii. Nasi przodkowie współpracowali na znacznie więcej sposobów, niż sugeruje opowieść o mężczyźnie z maczugą i kobiecie nad kamiennym rusztem. Ale przyznajmy, że taki model ma jedną zaletę: przynajmniej wiadomo, kto miał przynieść mięso na obiad.
Wróćmy jednak do historii, bo tak było przez parę lat, czy tam stuleci, aż przyszła nowoczesność i z łowców zrobiła pizdusiów. Wtłoczyła te wychudzone chłopiny w spodnie typu rurki, odebrała im nawet umiejętność trzymania w ręku gwoździa, więc zniewieścieli młodzieńcy, którzy nie mieli już ochoty wysłuchiwać, jak to kobiety świetnie sobie radzą, poszli do gabinetów odnowy biologicznej. Dawniej facet miał siekierę, warsztat, na którym odrąbywał głowy upolowanym dzikom, i miał też jakiś plan. Dzisiaj ma aplikację, subskrypcję i terapeutę, który próbuje mu wyjaśnić, dlaczego nie powinien czuć się winny, że istnieje. Dawniej budował dom, naprawiał płot i potrafił rozpoznać, z której strony wieje wiatr. Dzisiaj potrafi rozpoznać siedem rodzajów kawy, trzydzieści dwa modele słuchawek i wszystkie ustawienia konsoli, ale kiedy w mieszkaniu cieknie kran, rozpoczyna poszukiwania hydraulika.
Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko terapeucie, kawie ani zadbanym mężczyznom. Samo dbanie o siebie nie odbiera nikomu męskości. Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek myli wygodę z bezradnością, a unikanie odpowiedzialności z dojrzałością emocjonalną.
Dobrze, wystarczająco się już nawyśmiewałem, to teraz mogę zacząć mówić poważnie, bo problem jest właśnie takiego gatunku. Gdy część wyzwolonych kobiet stwierdziła, że faceci są zbędnym dodatkiem do ich życia, w głowach mężczyzn również zaszły zmiany. Nie dlatego, że feministki posiadają magiczną moc wyłączania męskiego mózgu, ale dlatego, że społeczne oczekiwania potrafią człowieka ukształtować równie skutecznie, jak wygodne łóżko i brak jakichkolwiek obowiązków.
Mężczyzna przestał być w wielu środowiskach postrzegany jako ktoś, kto ma coś konkretnego do zaoferowania. Jego tradycyjne role zaczęto traktować podejrzliwie, a oczekiwanie odpowiedzialności niejednokrotnie przedstawiano, jako przejaw przestarzałego patriarchatu. Jednocześnie nie zniknęły oczekiwania wobec mężczyzn, bo nadal mają być zaradni, atrakcyjni, stabilni finansowo, opanowani, odważni i gotowi do działania. Tyle że coraz częściej słyszą przy tym, że ich tradycyjne atuty są niewarte szczególnej uwagi.
Niestety tutaj zaczyna się komedia pomyłek. Natura wyposażyła przeciętnego mężczyznę w większą masę mięśniową i większą siłę fizyczną, niż typową kobietę. To fakty biologiczne, choć oczywiście różnice między konkretnymi osobami bywają znaczne. Przez tysiąclecia ludzkiego życia siła fizyczna miała istotne znaczenie w polowaniu, pracy i obronie. Nie oznacza to jednak, że każdy mężczyzna musi być wojownikiem, a każda kobieta piec placek ze śliwkami. Oznacza za to, że nie ma najmniejszego sensu udawać, iż różnice między płciami nie istnieją, tylko dlatego, że ktoś mógłby poczuć się nimi urażony.
Mężczyzna nie musi nikogo bić, żeby być męski. Nie musi też udowadniać swojej wartości przez dominację nad kobietą. Powinien jednak umieć stanąć w obronie słabszego, zachować zimną krew w sytuacji zagrożenia i nie rozpływać się w powietrzu przy pierwszym poważniejszym problemie. Tymczasem coraz częściej można odnieść wrażenie, że część młodych mężczyzn została wychowana w przekonaniu, iż najważniejszą życiową umiejętnością jest unikanie konfliktów za wszelką cenę. Jeśli ktoś tupnie nogą, najlepiej się wycofać. Jeśli ktoś podniesie głos, niech przemówi specjalista. Jeśli pojawi się problem, trzeba go najpierw przepracować, opisać, omówić, a na końcu, jeśli nie uda się go rozwiązać, zaakceptować jako element własnej drogi rozwoju.
Oczywiście, to przerysowanie. Wielu młodych mężczyzn jest odpowiedzialnych, odważnych i znakomicie radzi sobie w trudnych sytuacjach. Nie każdy chodzi w rurkach, nie każdy ucieka przed odpowiedzialnością i nie każdy spędza życie przed ekranem laptopa. Ale trudno nie zauważyć, że kultura wygody, konsumpcji i nieustannego skupienia na sobie, nie sprzyja kształtowaniu charakterów gotowych do poświęceń.
A teraz dochodzimy do sprawy, w której żarty kończą się szybciej, niż piwo na męskim spotkaniu.
Europa od lat dyskutuje o bezpieczeństwie, migracji, integracji i ochronie granic. W debacie publicznej pojawiają się obrazy starć ulicznych, zamieszek i konfliktów społecznych. I można zadać niewygodne pytanie: gdzie w tym wszystkim są młodzi Europejczycy, którzy chcieliby bronić swoich społeczności, pomagać słabszym i pilnować porządku? Nie chodzi o to, by na każdą demonstrację wysyłać chłopaków z kijami, ani by z ulicy robić poligon. Nie chodzi też o to, by każdego przybysza traktować jak zagrożenie, bo pochodzenie samo w sobie nie przesądza o czyimś charakterze. Chodzi o coś znacznie prostszego: czy społeczeństwo, które nie potrafi bronić własnych zasad, jest w stanie utrzymać je przez następne pokolenia?
Wyobraźmy sobie młodego Europejczyka, który mieszka w domu kupionym na kredyt, pracuje, płaci podatki i ogląda na TikToku, jak w jego mieście dochodzi do zamieszek. Zamiast zainteresować się bezpieczeństwem sąsiadów, wesprzeć lokalną społeczność albo choćby wyjść z domu i sprawdzić, czy ktoś potrzebuje pomocy, zamyka drzwi licząc, że problem sam zniknie. W końcu od rozwiązywania problemów są służby, politycy i odpowiednie instytucje. Tylko że państwo nie jest magicznym smokiem, który pojawia się na każde wezwanie. Policjant nie może być wszędzie, strażnik graniczny nie obroni każdego metra kraju, a polityk nie stanie na każdym rogu ulicy. Bezpieczeństwo zaczyna się również od odpowiedzialności obywateli.
W mojej ocenie jednym z problemów Zachodu jest to, że zbyt często utożsamia spokój z brakiem konieczności działania. Dopóki jest ciepło, działa internet, a sklep dostarcza zakupy pod drzwi, wszystko wydaje się w porządku. Dopiero kiedy pojawia się realne zagrożenie, okazuje się, że wygodne życie niekoniecznie przygotowuje człowieka do sytuacji, w której trzeba podjąć trudną decyzję. Nie mówię, że tak jest wszędzie, bo są jeszcze narody, które potrafią stanąć w obronie swoich wspólnot, choć przychodzi im to z coraz większym trudem. Jest przecież taki kraj, który wielokrotnie pokazywał, że w sytuacji zagrożenia ludzie potrafią wyjść z domów i stanąć z pałą w ręku, aby chronić ojczyznę i własnych pobratymców.
Tak, mówię o Polsce, bo ona ma szczególną pamięć historyczną. Pamięć rozbiorów, okupacji, powstań, wojny i walki o niepodległość. Nie jest to historia, którą można sprowadzić do opowieści o szlachetnych bohaterach i zawsze odważnych obywatelach, bo bywaliśmy również podzieleni, bezradni i tragicznie nieprzygotowani. Ale przez pokolenia przetrwało to przekonanie, że ojczyzna nie jest wyłącznie adresem zameldowania, a wolność nie jest usługą świadczoną przez państwo.
Właśnie dlatego Polska bywa postrzegana jako kraj mniej podatny na niektóre formy społecznego eksperymentowania. Nie znaczy to, że jesteśmy odporni na wszystkie problemy Zachodu, ani że każdy Polak potrafi stanąć w obronie drugiego człowieka. Nie ma sensu budować kolejnego narodowego pomnika z własnego wyobrażenia o sobie. Warto jednak zauważyć, że pamięć o historii, silne więzi rodzinne i przywiązanie do wspólnoty mogą stanowić istotny fundament społecznej odporności. I tak, w Polsce istnieje również przekonanie, że nie każda granica jest wyłącznie linią na mapie, a nie każdy problem da się rozwiązać konferencją prasową.
Nie chodzi też o to, że mamy zachęcać kogokolwiek do samosądów czy porachunków ulicznych. Państwo prawa musi działać, a przemoc nie może zastępować instytucji. Jednak odwaga obywatelska, gotowość do pomocy i umiejętność obrony własnej rodziny, ale też społeczności, nie są żadnym przeżytkiem. Są fundamentem odpowiedzialnego społeczeństwa.
I pamiętajmy: jedna Polska nie da rady swoimi mężczyznami ochronić całej Europy. Zresztą nie powinna nawet próbować. Nie jesteśmy kontynentalną firmą ochroniarską, która ma za zadanie pilnować wszystkich, podczas gdy pozostali będą siedzieć na kanapie i recenzować jakość świadczonych usług. Jeżeli Europa chce być bezpieczna, musi sama odpowiedzieć sobie na pytanie, jakich obywateli wychowuje i jakie wartości rzeczywiście przekazuje młodym ludziom.
Czy wychowujemy ludzi odpowiedzialnych, czy wyłącznie konsumentów? Czy uczymy młodych mężczyzn odwagi, czy tylko tego, jak nie urazić niczyich uczuć? Czy potrafimy rozmawiać o różnicach między kobietami i mężczyznami bez natychmiastowego uruchamiania ideologicznych alarmów? Bo przecież nie chodzi o powrót do czasów, kiedy kobieta nie mogła samodzielnie dysponować własnymi pieniędzmi, a mężczyzna uważał, że jego największym wkładem w małżeństwo jest fakt, iż łaskawie wrócił do domu przed północą. Nie chodzi o odbieranie kobietom praw, zamykanie ich w kuchniach ani o przekonywanie, że ambicje zawodowe są jakimś cywilizacyjnym grzechem.
Idzie o przywrócenie równowagi, w której niezależność nie oznacza pogardy dla drugiego człowieka, a partnerstwo nie jest konkursem na to, kto potrafi udowodnić, że drugiej stronie nie jest potrzebny.
I właśnie tutaj dochodzimy do finału naszej opowieści o schabowym z pterodaktyla, bo męskość musi się odrodzić, ale w tym dobrym słowa znaczeniu. Nie jako prawo do rządzenia kobietą, nie jako przyzwolenie na agresję i nie jako konkurs na najgłośniejszego samca na dzielnicy. Męskość powinna oznaczać odpowiedzialność, odwagę, samodzielność, zdolność do podejmowania decyzji i gotowość do obrony tych, których kochamy.
Facet powinien umieć naprawić kran, ale również przyznać się do błędu. Powinien potrafić stanąć w obronie kobiety i drugiego człowieka, ale także wiedzieć, kiedy należy odpuścić. Powinien umieć zarobić na życie, ale nie mierzyć swojej wartości wyłącznie wysokością wypłaty. I przede wszystkim nie powinien potrzebować zgody internetowego komitetu do spraw poprawnej męskości, żeby wiedzieć, kim jest.
A kobiety? Niechże będą znowu kapłankami domowego ogniska, jeśli właśnie tak chcą żyć. Niech budują kariery, prowadzą firmy, zarządzają państwami i zdobywają świat, jeśli mają na to ochotę. Niech też gotują, wychowują dzieci i dbają o dom, jeżeli sprawia im to przyjemność. Nie ma w tym żadnej sprzeczności, dopóki wybór należy do nich, a nie do ideologicznej nadzorczyni przypominającej kapo, choć w kolorowych skarpetkach.
Domowe ognisko nie jest więzieniem. Może być centrum rodzinnego życia, miejscem odpoczynku, bezpieczeństwa i wychowania kolejnego pokolenia. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ktoś próbuje nam wmówić, że jedna forma życia jest moralnie wyższa od drugiej, a każda odmienna decyzja wymaga ideologicznego przesłuchania.
Może więc zamiast kolejnej wojny płci warto sobie przypomnieć, że kobieta i mężczyzna nie muszą być identyczni, żeby być równi. Nie muszą wykonywać tych samych zadań, mieć identycznych zainteresowań ani udowadniać sobie nawzajem, kto jest bardziej samowystarczalny. Mogą się uzupełniać, współpracować i tworzyć coś, czego żadne z nich nie stworzyłoby równie łatwo w pojedynkę. A jeśli ktoś nadal uważa, że mężczyzna jest całkowicie zbędnym dodatkiem do kobiecego życia, a kobieta niepotrzebnym balastem dla mężczyzny, proponuję prosty eksperyment. Niech każde z nich spróbuje samodzielnie zbudować rodzinę, wychować dzieci, zadbać o dom, pracę, zdrowie, relacje i wszystkie te drobiazgi, które codziennie składają się na normalne życie. Bez pomocy innych ludzi, bez kompromisów i bez narzekania, że świat jest niesprawiedliwy.
Teoretycznie można, ale wtedy być może okaże się także, że człowiek wcale nie musi być samotną wyspą, żeby być wolny.
A kiedyś, po wielu tysiącach lat, może nawet doczekamy się ponownego odkrycia, że schabowy smakuje najlepiej wtedy, kiedy ktoś przygotował go dla bliskich, a nie po to, żeby udowodnić światu swoją niezależność.
Na koniec pozostaje tylko jeden problem, bo pterodaktyle wyginęły, więc ktoś będzie musiał pójść do sklepu. I tu, drogie panie, drodzy panowie, kończy się filozofia, a zaczyna prawdziwy test męskości. Kto idzie na zakupy?
Bogdan Feręc
Fot. CC Stiopa


