Ulice Belfastu, Derry/Londonderry i mniejszych północnoirlandzkich miasteczek przez ponad dwa stulecia spływały krwią w imię nienawiści, która wydawała się wieczna i niemożliwa do zasypania. Konflikt między katolikami a protestantami, między republikanami dążącymi do zjednoczenia wyspy a lojalistami wiernymi brytyjskiej koronie, stanowił jądro tożsamości tego skrawka ziemi. Przez dekady okresu określanego nieco eufemistycznie jako „The Troubles”, najmocniej od lat sześćdziesiątych do końca lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, sąsiedzi strzelali do sąsiadów, bomby niszczyły budynki, a nienawiść przekazywana była z pokolenia na pokolenie.
Gdy w 10 kwietnia 1998 roku podpisywano Porozumienie Wielkopiątkowe, świat odetchnął z ulgą, wierząc, że oto nastał pokój. Był to jednak pokój pozorny, wynegocjowany na szczytach władzy, który nie zdołał natychmiast wykorzenić wzajemnej wrogości zwykłych ludzi. Przez kolejne ćwierćwiecze trwała tam cicha wojna podjazdowa, a napięcia społeczne eksplodowały regularnie każdego lata, chociażby podczas tradycyjnych przemarszów Oranżystów, przypominających katolikom o ich historycznej podległości.
Jednak w ostatnich dniach na irlandzkiej wyspie doszło do pęknięcia, które całkowicie burzy dotychczasowy porządek polityczny i społeczny. To, czego nie potrafiły dokonać traktaty pokojowe, wspólny europejski rynek ani wspólne kryzysy ekonomiczne, stało się faktem pod wpływem jednego, ale warto zaznaczyć, że brutalnego impulsu. Zapalnikiem, który ruszył tę lawinę, było dramatyczne wydarzenie z udziałem migranta z Senegalu, który podjął nieudaną na szczęście próbę odcięcia głowy młodemu człowiekowi. Ten zwyrodniały atak na Stephena Ogilviego przelał czarę goryczy i stał się katalizatorem dla skumulowanej wściekłości mieszkańców. Belfast zapłonął natychmiast, a tłumy mieszkańców wyległy na ulice miasta, demonstrując swój kategoryczny sprzeciw wobec samej zezwierzęciałej napaści, jak i przeciwko dotychczasowej polityce państwa.
W tym samym momencie, gdy na ulicach dogasały pierwsze pożary, do akcji wkroczyły machiny medialne głównego nurtu. Mainstreamowi nadawcy, działając według dobrze znanego, politycznie przygotowanego i jedynie poprawnego klucza, natychmiast uruchomili narrację potępienia. Protestujący nazwani zostali rasistami, ksenofobami i prymitywnymi bandytami, którzy wywołują zamieszki wyłącznie z chęci niesienia bezmyślnej destrukcji i atakowania migrantów. W oficjalnych komunikatach próbowano sprowadzić ten potężny zryw społeczny do poziomu zwykłego chuligaństwa i rozrób w stylu najgorszego elementu nizin społecznych. Oczywiście, w tej oficjalnej narracji kryje się cząstka prawdy, ponieważ w ferworze walk ulicznych ucierpiało także mienie prywatne, w tym zniszczono samochody, domy oraz sklepy, z których część należała do samych Północnych Irlandczyków. Jednak skupianie się wyłącznie na stratach materialnych służy mediom głównego nurtu do ukrycia o wiele ważniejszego, wręcz rewolucyjnego zjawiska, które za wszelką cenę próbuje się zataić przed opinią publiczną.
Prawdziwy przełom dokonuje się bowiem w sferze, nad którą tzw. liberalne elity nie mają pełnej kontroli – w mediach społecznościowych. To tam zaczęły masowo krążyć nagrania wideo dokumentujące fakt, który jeszcze kilka lat temu wydawał się absolutnie niemożliwy i sprzeczny z naturą tego regionu. Potomkowie dawnych bojowników, ludzie wychowani w tradycji walki republikańskiej oraz lojalistycznej, podali sobie ręce, a katolicy i protestanci z Irlandii Północnej ogłosili oficjalny, czterdziestoośmiogodzinny rozejm. To nie jest żart, internetowa mistyfikacja ani nadinterpretacja faktów przez radykalnych publicystów. To namacalna rzeczywistość, więc dwie skrajnie wrogie sobie dotychczas grupy zawiesiły broń, aby wspólnie walczyć o jedność Irlandii Północnej i bronić jej przed masowym, niekontrolowanym zalewem migracji z państw trzecich.
To niespodziewane połączenie sił okazuje się w głębszym sensie powrotem do swoistej, historycznej tradycji walki o własną niezależność, która w części społeczeństwa, tej najmłodszej, zaczęła zamierać. W tym nowym rozdaniu nie chodzi już o dawne spory ideologiczne, o niepodległościowe dogmaty czy prawno-państwowe niuanse dotyczące tego, czy nad Belfastem ma powiewać flaga brytyjska, czy trójkolorowy sztandar Republiki. Obydwie strony zrozumiały, że te dawne spory tracą na znaczeniu w obliczu fundamentalnego zagrożenia egzystencjalnego. Celem stała się obecnie obrona własnej ziemi i tożsamości przed ludźmi, którzy ze względu na swoją ogromną liczbę i odmienność kulturową, poniekąd odbierają Północnym Irlandczykom ich własny kraj.
Zjawisko to stanowi w prostej linii reaktywację metod i filozofii oporu, które niegdyś charakteryzowały Irlandzką Armię Republikańską (IRA), a walczącą z brytyjską okupacją. Współczesnym wyrazem tej ewolucji jest utworzenie nowej struktury o nazwie New Republican Movement – Nowy Ruch Republikański. Grupa ta, czerpiąc z historycznych wzorców bezkompromisowości, wystosowała już niezwykle wyraziste ostrzeżenie, które przez wielu obserwatorów oraz klasę polityczną odbierane jest jako bezpośrednia groźba. Adresatami tego manifestu są politycy zarządzający wyspą, którzy bezrefleksyjnie wpuścili na jej terytorium tysiące migrantów. Nowy Ruch Republikański bez ogródek podkreśla, że na Szmaragdowej Wyspie przebywa obecnie ogromna masa młodych, silnych mężczyzn zdolnych do walki. Nie można też wykluczyć, że nie byli do takiej przygotowywani, bo przecież nikt właściwie nie sprawdził, co robili wcześniej. Są to też ludzie posiadający całkowicie odmienny kod kulturowy, często fundamentalnie sprzeczny z europejskimi i chrześcijańskimi wartościami pielęgnowanymi przez Irlandczyków z obu stron granicy. NRM głośno więc mówi to, co politycy próbują przemilczeć, bo brutalny atak na Ogilviego to nie odosobniony incydent, ale bezpośrednia konsekwencja otwarcia granic dla ludzi z zupełnie innego świata.
Choć Nowy Ruch Republikański stara się jeszcze ważyć niektóre słowa w swoich oficjalnych komunikatach, przekaz jest czytelny i pozbawiony złudzeń. Organizacja wprost wskazuje na niektóre społeczności imigrantów jako bezpośrednich przeciwników, przed którymi należy bezwzględnie bronić terytorium Irlandii. W oświadczeniach grupy pojawiają się otwarte zapowiedzi, że przygotowywana jest szeroko zakrojona konfrontacja siłowa z tą częścią migrantów, która nie jest mile widziana na wyspie i, która odmawia asymilacji. NRM stawia sprawę jasno i oskarża rządy w Londynie, Belfaście oraz Dublinie o celowe sprowadzanie – „importowanie” elementów problematycznych oraz destrukcyjnych dla tkanki społecznej. Sformułowanie o napływie tak zwanych azylantów w „wieku poborowym” powtarza się w tych manifestach jak mantra, stanowiąc diagnozę sytuacji jako ukrytej formy kolonizacji.
Każdy, kto choć odrobinę zna burzliwą historię Irlandii – bez względu na to, czy mowa o suwerennej Północy, czy o Republice na Południu – doskonale wie, że ten wyspiarski naród posiada unikalny gen sprzeciwu. Irlandczycy od pokoleń, w obliczu zagrożenia zewnętrznego, potrafili organizować bezwzględny opór przeciwko narzucanej im władzy i obcym wpływom. Tradycja ta, która przez lata napędzała działania paramilitarne IRA skierowane przeciwko brytyjskiej koronie, dzisiaj ulega jednak głębokiej transformacji. Dawny wróg z Londynu schodzi na dalszy plan, a jego miejsce zajmuje nowa rzeczywistość demograficzna. Tradycja walki przetrwała, jednak wektor uderzenia został przekierowany w stronę niechcianych migrantów oraz znienawidzonych elit, które sankcjonują ich pobyt.
W przestrzeni internetowej mnożą się nagrania publikowane przez zwykłych, prostych obywateli, którzy bez lęku przed cenzurą deklarują, że na ich oczach dokonuje się historyczny przełom, jakiego na tej wyspie nie widziano od setek lat. Wspomniane zawieszenie broni i odłożenie na bok historycznych urazów religijnych oraz politycznych między katolikami a protestantami niesie za sobą potężne konsekwencje. To jasny sygnał, że gigantyczny problem będą mieli nie tylko imigranci, ale przede wszystkim politycy establishmentu, którzy zlekceważyli głos własnego suwerena i prowadzili politykę otwartych drzwi. Materiały wideo krążące w sieci nie są już tylko wyrazem bezsilnej frustracji, to otwarte nawoływanie do buntu przeciwko dotychczasowemu porządkowi prawnemu i politycznemu.
Dla elit politycznych, które rządzą w Dublinie, Londynie i Belfaście najbardziej przerażający jest chyba jednak fakt, że proces ten zmierza w kierunku instytucjonalizacji. W kuluarach i na poziomie oddolnym mówi się już o powołaniu do życia stałego, szerokiego frontu jedności, który ma przyjąć symboliczną nazwę „UNITY”. Liderzy i autorytety lokalnych społeczności katolickich oraz protestanckich usiedli bowiem przy jednym stole, aby skoordynować działania. Pierwszym krokiem było ogłoszenie krótkiego zawieszenia broni, ale intencją obu stron jest jego przedłużanie po kolejnych rundach rozmów. Cel jest jeden, czyli stworzenie wspólnego mechanizmu obrony przed zagrożeniami migracyjnymi.
Determinacja północnoirlandzkiego społeczeństwa, by samodzielnie zaprowadzić porządek i odzyskać kontrolę nad własnym terytorium, jest bezprecedensowa. Sytuacja, w której dwie grupy od dwustu lat definiujące swoją tożsamość poprzez śmiertelną walkę z tym drugim sąsiadem, nagle odnajdują wspólny język, co oznacza, że tradycyjne podziały polityczne straciły właśnie rację bytu, więc ani protestanci nie zamierzają atakować katolików, ani katolicy protestantów. Tworzą teraz jeden, zwarty i niebezpieczny dla systemu front przeciwko tym, których otwarcie nazywają „najeźdźcami”.
To zjednoczenie zrodzone z poczucia wspólnego zagrożenia zewnętrznego oraz wewnętrznego – uosabianego przez skorumpowane politycznie i ślepe na realia społeczne elity władzy, niechybnie zmieni bieg historii Szmaragdowej Wyspy, przynajmniej taką mam nadzieję. Co warto dodać, Irlandczycy z Republiki wcale nie patrzą na tę zmianę biernie, bo i oni ośmieleni wydarzeniami z Irlandii Północnej, ponownie zaczęli w mediach społecznościowych mówić, że i dla nich ten czas, czas walki o swój kraj nadszedł.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

