Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Koegzystencja zamiast iluzji. Dlaczego sama rezygnacja z węglowodorów nie uratuje klimatu

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Czy zaprzestanie używania węglowodorów jest ratunkiem dla planety? Bez zbędnych wstępów – nie i właściwie na tym można zakończyć ten felieton, bo przecież dla politycznych odszczepieńców, ale też dla wojujących ekologów, którzy nie przyjmują żadnych argumentów, nie jest to rozwiązaniem, gdyż oni są na tyle zindoktrynowani, że słowa, niekiedy nawet sukcesy w skali mikro, nie trafiają na podatny grunt.

A właśnie o ten grunt chodzi, bo przygotowując się do napisania tego tekstu, przejrzałem dziesiątki filmów, przeczytałem wiele opracowań naukowych, ale i spojrzałem tam, gdzie zmiana pustkowia w żyzne tereny dała efekt w postaci powrotu życia. Co ciekawe, nie wrócili tam tylko ludzie, ale też fauna zachęcona posadzoną sztucznie florą. Zaczęło się od pomysłu, a mówię akurat o Chinach, bo tam właśnie mieszkają ludzie inteligentni, którzy zaczęli zmieniać spustynniałe tereny w krainy pokryte zielonością.

Nie zrobili tego, aby rozpocząć masową produkcję żywności, bo do tego celu, o czym już pisałem kilka tygodni temu, wykorzystali całkiem inne rejony, a teraz chodziło o przywrócenie 355 tysięcy kilometrów kwadratowych lasów, sawann i – w konsekwencji – zmianę klimatu z pustynnego, więc gorącego, w taki, który nadaje się do życia.

Pierwszą koncepcją było posadzenie drzew, które zacienią ziemię, ta natomiast zatrzyma wilgoć, by mogły wrócić tam zwierzęta i rośliny. Posadzono 66 mld drzew i czekano… na próżno, bo wyjałowiona 30 latami pustynnienia gleba nie była w stanie dostarczyć sadzonkom ani składników odżywczych, ani samej wody. Wówczas do pracy zaprzęgnięto analityków, by sprawdzili, jak jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku udawało się przetrwać roślinności na tych, nie tak dawno jeszcze zielonych, a później zmieniających się w pustynne terenach.

Jak się okazało, same rośliny to zbyt mało, aby cały system ruszył, gdyż zabrakło tam jednego elementu, czyli zwierząt. Co też ciekawe, nie mogły być one przypadkowe, a tylko dlatego, że w różny sposób pobierają pokarm. Zwierzęta uważane obecnie za gospodarskie, w tym owce, kozy i krowy, zjadają trawę i porosty najczęściej z korzeniami, co kłóciło się z koncepcją wprowadzenia roślinności najniższego piętra. Zauważono jednocześnie, że w prowincji Sinciang przez całe wieki bytowały konie Przewalskiego. Niestety w Chinach odnaleziono ich zaledwie 12 sztuk, co kazało na początku wdrożyć ideę reprodukcji tego gatunku.

Konie Przewalskiego zostały sprowadzone z całej Europy, choć głównie z Polski, aby zwiększyć pulę genetyczną i rozpoczęto ich intensywną hodowlę. Gdy uznano, że stada są już liczne, ponownie zajęto się sadzeniem roślin, ale już w inny sposób – kompleksowo, czyli na pustynie trafiły różne ich gatunki. Ludzie zajęli się też ochroną roślin, więc podlewaniem, aby wesprzeć nowe nasadzenia. Kolejnym krokiem było wprowadzenie do rachitycznego środowiska koni Przewalskiego, które zajęły się resztą. Same konie Przewalskiego ważne są na tych terenach z jednego właściwie powodu – sposobu odżywiania, albowiem zjadają wyłącznie nadziemne części roślin, pozostawiają korzenie w glebie. Dodatkową korzyścią było naturalne nawożenie, rozprzestrzenianie nasion, ale i spulchnianie zeschniętej i stwardniałej ziemi kopytami. Do tego wszystkiego, bo koń Przewalskiego jest specyficznym gatunkiem, nigdy nieudomowionym, a doskonale radzi sobie w trudnych warunkach, więc zarówno susza, upały, jak i mróz nie są mu straszne.

Właśnie połączenie tych kilku elementów dało pozytywny rezultat i nasadzenia rozwijają się już od prawie 10 lat. Tereny zielone zaczęły ekspansję na kolejne obszary pustyni, a i stada koni z każdym rokiem stają się liczniejsze. Wróciły też inne zwierzęta i są to np. zające, pojawiają się drapieżniki, a także roślinność zaczęła na tej zmianie korzystać, bo wróciły owady zapylające.

To teraz, żeby nie było, że to kolejny felieton o Chinach albo o pustyni, która porosła trawą – zamysł miałem całkiem inny, ale potrzebne było wprowadzenie i to poparte dowodami. Analizuję od ładnych kilku lat postępowanie naszej umiłowanej, acz zachowującej się jak stara, stetryczała i sklerotyczna ciotka Unii Europejskiej. Ta zaś mówi, że klimat się ociepla, że zaczyna brakować wody, a całym złem jest postęp, więc używanie przez człowieka ropy, gazu i plastiku. Nie będę udowadniał, że to durnoty pierwszej wody, bo przecież każdy myślący człowiek dobrze o tym wie, a pójdę w innym kierunku.

Przyjmijmy, że w Brukseli zmieniły się władze – z tych oszalałych na punkcie klimatycznym do granic zdrowego rozsądku, a zastąpione zostały przez Homo Sapiens. Te zaś stwierdziły, że nie ma co walczyć z przeznaczeniem, bo ropa i gaz będą nam potrzebne do zarania dziejów, o ile nie wymyślimy innych efektywnych sposobów pozyskiwania energii, więc Don Kichotem nie będą.
Wówczas posłużono się np. efektami, jakie uzyskali Chińczycy i na kontynencie zaczęto sadzić drzewa, wprowadzać roślinność piętra średniego oraz niskiego. Z ogrodów zoologicznych, które mienią się obecnie ostojami zachowania gatunków, wyłuskano zwierzęta, którym odebrano naturalne siedliska, wprowadzono szerokie programy reprodukcji i przywracania ich naturze.

Jakby tego komuś było mało, nie zakazano produkcji ubrań z plastiku, nie zmusza się nikogo do wyjmowania kominków z salonów, a i zezwolono na ogrzewanie domostw drewnem, bo nasadzili tego tyle, że lasy stały się po kilku latach ekspansywne i zaczęły wchodzić w szkodę rolnictwu.
Cóż, ten pomysł opiera się na samej naturze, która nawet lekko podtruwana przemysłowym rozwojem kontynentu, a nawet, niech będzie, że działalnością człowieka, zaczęła z nami współistnieć i czyścić z tych odpadów, których my akurat nie możemy zutylizować. Koegzystencja to takie słowo, które powinno zakorzenić się w głowach, bo nie w mózgach ekoterrorystów z Brukseli. A może za kilka lat się okaże, że ktoś odtajni pomysły Nikoli Tesli, więc produkcja prądu „z niczego” stanie się nie tylko możliwa, ale i faktycznie tania, czyli nikt nie będzie musiał nas już oszukiwać, że wiatraki to tania energia.

Z perspektywy ekologii systemowej, więc nauki badającej współdziałanie elementów środowiska wynika coś znacznie ważniejszego niż spór ideologiczny. Ekosystem nie jest zbiorem pojedynczych elementów, które można dowolnie usuwać lub zastępować. Jest siecią zależności: gleby, wody, mikroorganizmów, roślin, zwierząt, lokalnego klimatu i przemysłu. Natomiast zerwanie jednego choćby ogniwa powoduje reakcję łańcuchową.

Dlatego realna ochrona klimatu nie polega na prostym zakazie technologii, lecz na odbudowie naturalnych procesów i wspieraniu zdolności planety do samoregulacji. Historia pustynniejących terenów Azji pokazuje, że tam, gdzie człowiek współpracuje z naturą, a nie próbuje jej zastąpić ideologią, pojawia się stabilność środowiskowa. Wówczas to właśnie może być prawdziwa lekcja dla przyszłej polityki klimatycznej Europy i świata.

Bogdan Feręc

Photo by Hanna Lazar on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version