Uwaga, zbliża się ten okres, który w Irlandii ani nie trwa długo, ani nie można użyć stwierdzenia, że upał się rozlał po wyspie, ale piętnastu stopni też nie będzie. Jak przewidują meteorolodzy, nawet ci domorośli, właśnie się on rozbudowuje, przesuwa i wkroczy. Nadciąga zjawisko równie rzadkie, co punktualny autobus w irlandzkim mieście w godzinach szczytu, a nawet poza nimi, więc nadchodzi kilka dni ciepła. Nie lato jeszcze, nie Afryka, nie Majorka, ale już taki klimat, przy którym Irlandczyk zaczyna rozważać zdjęcie t-shirtu.
To teraz do rzeczy, bo to już można zamiast felietonu uznać za news najbliższych dni, czyli nad wyspą zapanuje wyż, a to on się buduje i zbliża. Wyże mają to do siebie, że lubią przyjść, popatrzeć, stwierdzić, że to Irlandia i ominąć ją szerokim łukiem. Tym razem wyż będzie niewidomy, gdyż już teraz z prawdopodobieństwem, jakie graniczyć ma z pewnością, można mówić, że zostanie z nami przez przynajmniej pięć, a nawet osiem dni. Proszę Państwa, w irlandzkiej skali pogodowej to już nie epizod, to niemal kadencja. Człowiek zaczyna wtedy wierzyć, że życie ma sens, pranie wyschnie bez użycia suszarki kondensacyjnej, a mewy przestaną wyglądać, jakby za chwilę miały wystąpić o zasiłek na zakup parasola.
Zastanówmy się jednak, co to dla nas oznacza, bo zjawisko nie jest codzienne, a również wyczekiwane, bo lato, przynajmniej to celtyckie, do tej pory nas nie rozpieszcza. I tu zaczyna się cały teatr, cała ta piękna irlandzka pogodowa operetka, w której każdy odgrywa swoją rolę z pełnym zaangażowaniem godnym Szekspira, choć chodzi o temperaturę 22 stopnie.
Otóż na samym początku wszystkie tytuły prasowe zaczną, a właściwie już zaczęły krzyczeć, że idzie „gorąc”, że osłaniać się trzeba, nawadniać, że susza i nie należy podlewać ogrodów, bo nam wodę wyłączą i tak się skończy okres upałów. Człowiek otworzy gazetę, a tam niemal apokalipsa. „Piekielna fala ciepła”. „Eksperci ostrzegają”. „Naród powinien zachować ostrożność”. Człowiek przeczyta i przez chwilę pomyśli, że przynajmniej połowa wyspy stopi się jak masło Kerrygold pozostawione na parapecie w afrykańskim domu.
Potem wychodzi na ulicę, a tam delikatny wiaterek, słońce nieśmiało wygląda zza chmury i jest dwadzieścia jeden stopni. Ergo, dokładnie taka pogoda, przy której mieszkańcy południa Europy zaczynają zakładać lekkie kurtki i mówić, że chłodno, ale nie tutaj. Na wyspie zaczyna się wielka tekstylna migracja, bo Irlandczycy wyciągają z szaf krótkie spodenki, których nie widzieli od sierpnia zeszłego roku. Na ulicach pojawiają się częściej sandały, okulary przeciwsłoneczne i ludzie opalający się na trawnikach przed biurowcami, jakby właśnie wylądowali na Ibizie, a nie obok ronda w Cork czy Limerick.
Najpiękniejsze w tym wszystkim jest jednak to zbiorowe przekonanie, że skoro przez dwa dni nie padało, to trzeba wykorzystać każdą sekundę. Naród rzuca wszystko. Kosiarki zaczynają warczeć od świtu. Grille wyciągane są z garaży z namaszczeniem godnym wyprowadzania relikwii. Kiełbasa skwierczy. Burgery się przypalają. Sąsiad odpala muzykę z telefonu, która brzmi tak, jakby głośnik przeżył już trzy powodzie i dwa rozwody. I wtedy właśnie przychodzi ten moment absolutnie magiczny – irlandzki optymizm pogodowy. Ten szczególny rodzaj zbiorowego szaleństwa, w którym wszyscy zaczynają mówić, że „lovely weather” i wierzyć, że „może już tak zostanie”. Że oto wyspa weszła w nową erę, że klimat się zmienił, że teraz to już będą palmowe aleje i sangria na plaży w Galway.
Nie tak prędko, bo po drodze jeszcze pojawi się typowe dla wyspy dramatyzowanie, że 23 stopnie Celsjusza w niedzielę to ocieplenie klimatyczne, że w innym przypadku byłoby maksymalnie 18 stopni, więc uruchomią się wszelkiego autoramentu spece od ogrzewania planety. Telewizje zaproszą ekspertów, którzy z poważnymi minami będą tłumaczyć, że należy zachować rozwagę i nie ekscytować się zbytnio upalną pogodą, bo ona jest złem samym w sobie, a i wywołanym przez nas. W internecie pojawią się wojownicy klimatyczni oraz ich naturalni przeciwnicy, a i najstarsi irlandzcy górale, którzy stwierdzą, że ich dziadowie mówili, że „kiedyś też było ciepło”.
A zwykły człowiek? Zwykły człowiek będzie siedział w ogródku z herbatą albo piwem i próbował po prostu nacieszyć się chwilą, bo wie, że to wszystko kruche jest jak wafelek przejechany przez ciężarówkę. Jedna zbłąkana chmura znad Atlantyku i po romantyzmie. Wracamy do codzienności, w której człowiek wychodzi rano w „naprzeciwko deszczowej” kurtce, w południe ją zdejmuje, a po godzinie znowu zakłada, tylko że mokrą.
Jednak, żeby nie okazać się malkontentem, muszę przyznać, że nawet te kilka dni z temperaturami powyżej 20 stopni dadzą nam marną namiastkę lata, zrobią człowiekowi przyjemnie, a może nawet, jakbym szedł z osiem kilometrów, to i kropelka potu osunęłaby się po moim czole – rozmarzył się piszący te słowa.
Tak, nie raz i nie dwa w Irlandii normalny człowiek marzy latem o spoceniu się, a wówczas jest to chyba najwyższy poziom tęsknoty za ciepłem, którego mieszkańcy bardziej słonecznych krajów nigdy nie zrozumieją. Tutaj pot nie jest przekleństwem. To dowód, że natura jeszcze o nas pamięta, że gdzieś tam istnieje słońce zdolne ogrzać człowieka bardziej niż farelka z promocji.
I jest w tym wszystkim coś pięknego, coś starego jak świat, bo może właśnie dlatego te irlandzkie cieplejsze dni smakują lepiej niż miesiące upałów gdzie indziej. Tutaj lato nie przychodzi pewne, jak do siebie. Ono wchodzi po cichu, trochę zawstydzone, jak gość, który nie wie, czy może zostać dłużej. Przysiada na chwilę, rozświetli pubowe ogródki, wysuszy trawę, dzieci wyciągną rowery, starsi usiądą przed domami. Ktoś otworzy okno na noc i pierwszy raz od miesięcy nie usłyszy, jak deszcz wybębnia swoje atlantyckie requiem.
Nie przesadzajmy jednak w żadną ze stron, cieszmy się, bo w końcu nie wiadomo, kiedy znowu przyjdą te nasze irlandzkie upały, ale przyjdzie też nieuniknione. Szóstego dnia niebo przypomni sobie, gdzie się znajduje. Nad wyspę wrócą chmury ciężkie jak urzędowe formularze, wiatr zacznie wyginać drzewa z typową dla siebie bezczelnością, a deszcz znów będzie padał, bo pionowo najwyraźniej już mu się nie zechce dłużej czekać.
Wtedy natomiast wszyscy zgodnie stwierdzą: „No, ale te kilka dni to naprawdę było lato”. Może właśnie tyle nam trzeba. Ośmiu dni słońca. Jednej kropelki potu. Zapachu grilla unoszącego się nad osiedlem. Trawy, która choć przez chwilę wygląda bardziej jak Toskania niż mokry dywan. Chwili, kiedy człowiek siada wieczorem przed domem i myśli, że świat jednak potrafi być całkiem przyjemnym miejscem. Nawet w Irlandii.
Bogdan Feręc
Photo by CHUTTERSNAP on Unsplash

