Są takie historie, które zaczynają się banalnie, ale po chwili można odnieść wrażenie, że ukrainizacja Polski jest na bardzo wysokim poziomie. Kilkunastu nastolatków, boisko, piłka, emocje, przepychanki. Ot, scena znana od pokoleń. Chłopcy grają, ktoś fauluje, ktoś się zdenerwuje, padają mocniejsze słowa. Za chwilę wszyscy wracają do domu i tak wyglądało to przez dziesięciolecia.
W Suwałkach wydarzyło się jednak coś znacznie poważniejszego. Według relacji przedstawionej w materiale posła Sławomira Mentzena, podczas gry między polskimi i ukraińskimi nastolatkami doszło do gwałtownego konfliktu. Kiedy szala zwycięstwa przechylała się na naszą stronę, ukraiński zespół wprowadził do gry znacznie ostrzejsze elementy, więc pojawiły się faule. Jeden z polskich chłopaków został popchnięty i kiedy schylał się po okulary – uderzony. Trafił do szpitala z poważnymi obrażeniami twarzoczaszki, w tym złamaniem kości dna oczodołu i wstrząśnieniem mózgu. Z relacji rodziny wynika natomiast, że leczenie i powrót do zdrowia trwały długo.
I właśnie tutaj zaczyna się historia, która powinna zainteresować nie tylko mieszkańców Suwałk, bo każdego, komu jeszcze zależy na tym, aby państwo działało według jednej, prostej zasady: najpierw ustalamy, co się wydarzyło, a dopiero potem szukamy winnych. Jednak według relacji przedstawionej w filmie stało się coś odwrotnego.
Pobity chłopak i bardzo dziwne pytania
Rodzina zgłosiła pobicie. Świadkowie zostali na miejscu, czekali na karetkę i policję. Z kolei według przedstawionej relacji ukraińscy uczestnicy zdarzenia oddalili się z boiska. Potem jednak pojawił się drugi wątek: zarzut znieważenia na tle narodowościowym, a tu już zaczyna się prawdziwy problem.
Rodzice oraz świadkowie opowiadają, że policja zaczęła interesować się przede wszystkim tym, czy polscy chłopcy obrażali Ukraińców. Padały pytania o wyzwiska, o rzekome zachowania z elementami ksenofobii, natomiast rodziny miały odnieść wrażenie, że kwestia samego pobicia zeszła na plan dalszy. W materiale jeden ze świadków mówi wręcz, że zamiast zostać potraktowany jako świadek pobicia, poczuł się po prostu podejrzanym.
I to jest właśnie ten moment, w którym zapala się czerwona lampka. Nie dlatego, że zarzut ksenofobii należy ignorować. Tego nie można robić, bo jeżeli ktoś rzeczywiście popełnia przestępstwo z kategorii nienawiści narodowościowej, powinien za nie odpowiadać, a niezależnie od tego, czy jest Polakiem, Ukraińcem, Niemcem, Francuzem, Irlandczykiem, czy kimkolwiek innym. Jednak prawo nie może działać jak polityczny termometr, który zmienia wskazania w zależności od narodowości osoby stojącej po drugiej stronie.
Jeżeli doszło do pobicia, trzeba ustalić sprawcę. Jeżeli doszło do znieważenia, trzeba ustalić, czy rzeczywiście miało miejsce. Jeżeli natomiast nie ma dowodów, nie można tworzyć dowodów z samego faktu, że jedna strona coś twierdzi. To jest fundament cywilizowanego państwa. Tu zadam pytanie: czy naszego?
Najbardziej niepokojąca scena nie rozegrała się jednak na boisku
Rozegrała się w domach. Według relacji rodziców, do polskich nastolatków przychodzili kuratorzy. Wypytywali o sytuację rodzinną, warunki mieszkaniowe, dochody, wykształcenie, relacje między rodzicami i dziećmi. Padały nawet pytania o to, czy rodzice kochają swoje dzieci. Co w tym wątku istotne, rodzice nie kwestionują samej idei wywiadu środowiskowego. Wątpią jednak punkt w wyjścia, bo dlaczego rodzina dziecka, które było ofiarą albo świadkiem pobicia, zaczyna być prześwietlana tak, jakby to właśnie w niej należało szukać źródła problemu? A to jest bardzo ważne pytanie.
Państwo ma oczywiście prawo kontrolować środowisko nieletniego, jeżeli istnieją ku temu przesłanki. Państwo ma też obowiązek reagować na przemoc i demoralizację, ale jeżeli rodzic po całym zdarzeniu zaczyna słyszeć pytania o to, czy kocha swoje dziecko, czy w domu jest czysto i ile zarabia, podczas gdy jego czternastoletni syn dochodzi do siebie po poważnym pobiciu, trudno się dziwić, że pojawia się poczucie absurdu.
Wtedy, mówiąc całkiem serio, państwo, a obecnie pod rządami ekipy premiera Donalda Tuska, przestaje być tarczą dla obywatela, a zaczyna przypominać dodatkowy ciężar.
Ksenofobia jako tarcza? To trzeba udowodnić, a nie założyć
Autor filmu, którym jest poseł Mentzen, stawia bardzo mocną tezę, że zarzut ksenofobii mógł zostać wykorzystany jako strategia obrony przed konsekwencjami pobicia. W materiale pojawia się wypowiedź rodzica, według którego matka ukraińskiego chłopca miała stwierdzić, iż pomysł z zarzutem znieważenia był sugestią adwokata. Podobną interpretację przedstawia też adwokat Szymon Harkiewicz, występujący w materiale jako pełnomocnik pobitego Polaka.
Zaznaczmy, że to są bardzo poważne twierdzenia i właśnie dlatego trzeba zachować w całej sprawie ostrożność. Nie wolno przecież zamieniać dziennikarskiej relacji w prawomocny wyrok.
Jeśli rzeczywiście złożono fałszywe zawiadomienie, istnieją odpowiednie procedury i odpowiedzialność prawna. Jeśli natomiast doszło do znieważenia, należy to udowodnić. Jedno i drugie wymaga dowodów. Problem polega na tym, że według materiału i niezależnych świadków potwierdzających rzekome wyzwiska – tych nie przedstawiono. Co więcej, sama rozmowa z przedstawicielką Związku Ukraińców w Suwałkach pokazuje, że również ona nie była świadkiem zdarzenia i nie potrafiła jednoznacznie powiedzieć, czy do znieważenia osoby lub osób rzeczywiście doszło. Istotne jest jednak, że intensywnie uczestniczy w całym procesie dochodzenia do prawdy.
To z kolei zmienia perspektywę całej sprawy, bo jeżeli mamy dwie wersje wydarzeń, zadaniem państwa nie jest wybór tej, która lepiej pasuje do aktualnego klimatu politycznego. Zadaniem państwa, a przede wszystkim organów ścigania, jest ustalenie faktów.
Absurdem jest nie konflikt narodowościowy, lecz logika podwójnych standardów
W materiale pada zdanie, które brzmi brutalnie, ale warto się nad nim zastanowić: Czy gdyby tego chłopca pobił inny Polak, pojawiłby się wątek narodowościowy?
Pojawia się więc prawda w sensie logicznym, która nie oznacza jednak automatycznie, że państwo „faworyzuje Ukraińców”. Tego sam materiał nie dowodzi. Pokazuje natomiast coś innego: pojawienie się komponentu narodowościowego, a ten uruchamia dodatkowe przepisy i procedury.
Dlatego właśnie trzeba spojrzeć na ów przypadek, a może bardziej na problem, może nawet w ujęciu całego kraju, szerzej. Artykuł 257 Kodeksu Karnego przewiduje odpowiedzialność za publiczne znieważenie osoby lub grupy, między innymi z powodu przynależności narodowej. W materiale zwrócono uwagę na pytanie, czy każda sprzeczka między nastolatkami, tutaj akurat na boisku, automatycznie spełnia przesłanki takiego przepisu – i to pytanie jest zasadne. Bo między zwykłą awanturą nastolatków a przestępstwem motywowanym nienawiścią istnieje różnica. Ogromna różnica.
Jeżeli chłopak krzyknie do drugiego: „ty głupi Ukraińcu”, ponieważ ten przed chwilą kopnął go w kostkę, nie możemy automatycznie przyjmować, że głównym motywem była nienawiść narodowa. Być może było to zwykłe, prymitywne wyzwisko wynikające z emocji, ale jeżeli ktoś systematycznie obraża drugą osobę właśnie dlatego, że jest Ukraińcem, to mamy zupełnie inną sytuację. Prawo musi jednak rozróżniać te przypadki, inaczej sprawiedliwość staje się bezdusznym automatem, który wagę Temidy ma za nic.
Na scenę wkracza polityka
W drugiej części filmu pojawia się rozmowa z Anną Samoilenko, przedstawioną jako szefowa Związku Ukraińców w Suwałkach. Jej stanowisko jest zdecydowanie odmienne od opinii rodzin polskich chłopców. Padają tezy o rosnącej w Polsce ksenofobii, rosyjskiej propagandzie, zazdrości Polaków wobec Ukraińców, a nawet o tym, że niechęć do Ukraińców ma być szczególnie silna wśród ludzi z niższych warstw społecznych. W rozmowie pojawia się również przekonanie, że polskie dzieci przejmują poglądy swoich rodziców, a nawet inspirowane są propagandą płynącą z Moskwy.
W tym miejscu, oczywiście moim zdaniem, film dotyka bardzo niebezpiecznej granicy. Można przecież mówić o rosyjskiej dezinformacji. Można badać jej wpływ. Można też wskazywać na realne operacje propagandowe, ale przypisywanie niemal każdego słowa krytyki Ukraińców i Ukrainy rosyjskiej propagandzie, jest intelektualnym oszustwem.
Polacy mają własną pamięć historyczną, mają własne interesy gospodarcze, mają własne problemy mieszkaniowe, mają własne doświadczenia związane z migracją. Mają więc prawo pytać o politykę państwa wobec Ukrainy, mają prawo pytać o Wołyń, mają prawo pytać o handel, rolnictwo, granicę, świadczenia, rynek pracy i bezpieczeństwo. Ale do cholery! Nie każda osoba, która zadaje te pytania, jest agentem Moskwy. To byłoby obraźliwe dla milionów polskich obywateli.
Najgorsze, co możemy zrobić, to zbudować dwa plemiona
Jedno plemię mówi: „każdy Ukrainiec jest problemem”. Drugie zaś odpowiada: „każdy Polak krytykujący Ukrainę jest produktem rosyjskiej propagandy”. Obie narracje są równie niebezpieczne, bo człowiek nie jest narodowością. Sprawca nie jest „Ukraińcem, który pobił Polaka”, gdyż jest, a przynajmniej powinien być dla prawa, człowiekiem podejrzewanym o pobicie.
Ofiara nie jest natomiast „Polakiem, którego trzeba chronić przed Ukraińcami”, jest człowiekiem, który doznał obrażeń. A świadek? On też nie jest „potencjalnie ksenofobicznym Polakiem”, jest świadkiem, którego zeznań trzeba wysłuchać i zweryfikować. Tak powinno działać państwo.
Państwo nie może bać się własnego prawa
W końcowej części materiału pojawia się wizyta posła Sławomira Mentzena na policji i rozmowa dotycząca procedur. Właśnie ta część jest chyba najciekawsza, bo pokazuje, że sprawa może być bardziej skomplikowana niż prosty obraz, że „policja nic nie robi, bo chłopak był Ukraińcem”.
Z relacji funkcjonariuszy wynika, że oba zawiadomienia zostały przyjęte, a w przypadku nieletnich sprawa trafia do sądu rodzinnego. Policja wskazuje również, że jej zadaniem było zebranie materiału i przekazanie go dalej, natomiast decyzje dotyczące dalszego postępowania podejmuje Sąd Rodzinny. To bardzo ważne, bo być może problem nie polega wyłącznie na złej woli funkcjonariuszy, być może tkwi w procedurach. Być może system jest skonstruowany tak, że po przyjęciu zawiadomienia, policja musi wykonać pewne czynności, a dopiero Sąd Rodzinny ma określone możliwości.
Ale właśnie dlatego trzeba pytać i nie po to, żeby urządzać polowanie na policjantów, a dlatego, żeby sprawdzić, czy system działa racjonalnie. Bo jeżeli procedura prowadzi do sytuacji, w której czternastoletni pobity chłopak i jego koledzy zaczynają bać się państwa bardziej niż sprawcy, to znaczy, że coś wymknęło się spod kontroli i wymaga natychmiastowej naprawy.
Nie chodzi o Ukraińców. Chodzi o zasadę
Tak dochodzimy do sedna. Nie jestem zainteresowany tym, żeby z tej historii zrobić kolejną polsko-ukraińską wojnę. Nie chcę natomiast, aby jakiś Polak był obrażany dlatego, że jest Polakiem. Nie chcę też, aby jakiś Ukrainiec był obrażany dlatego, że jest Ukraińcem. Nie chcę, aby pobicie było usprawiedliwiane wcześniejszymi wyzwiskami i nie chcę, aby wyzwisko było automatycznie uznawane za dowód ksenofobii tylko dlatego, że w jego treści pojawiła się nazwa narodowości. Chcę czegoś znacznie prostszego.
Chcę równego prawa!
Jeżeli Ukrainiec pobił Polaka – odpowiada za pobicie. Jeżeli Polak pobił Ukraińca – odpowiada za pobicie. Jeżeli Polak znieważył Ukraińca z powodu jego narodowości – odpowiada też za to, a jeżeli Ukrainiec znieważył Polaka z powodu jego narodowości – również on powinien stanąć przed wymiarem sprawiedliwości. Bez gwiazdek. Bez przypisów. Bez narodowościowego cennika odpowiedzialności. Bez taryfy ulgowej. Bez specjalnej taryfy karnej dla kogokolwiek.
Państwo może stracić najważniejszą rzecz: zaufanie
Najbardziej chyba przejmujące w całej historii nie są nawet złamane kości oczodołu. Nie jest nią policyjna interwencja, nie jest nią nawet rozmowa z przedstawicielką ukraińskiej organizacji. Odnoszę wrażenie, że poruszające do głębi stało się zdanie rodzica, który nie potrafi wytłumaczyć własnemu dziecku, dlaczego po tym, jak zostało pobite, nagle z ofiary, stało się domniemanym sprawcą?!
Dziecko, nawet nastolatek, powinno rozumieć jedną rzecz, że jeśli ktoś je skrzywdził, państwo go ochroni. Nie powinno się zastanawiać, czy przypadkiem nie zostanie potraktowane jak winny. A jeżeli państwo dopuści do takiego odwrócenia perspektywy, przestaje być autorytetem.
O tym jednak nasze władze chyba zapomniały, bo kiedy młody obywatel, na początku swojej życiowej drogi przestaje ufać państwu, zaczyna szukać sprawiedliwości gdzie indziej. W mediach społecznościowych, na ulicy, w politycznych plemionach i w emocjach, a wtedy zaczyna się prawdziwy chaos.
Dlatego sprawa z Suwałk powinna zostać wyjaśniona do ostatniego szczegółu i nie dlatego, że sprawcą miał być Ukrainiec. Nie dlatego, że Polak był ofiarą. Tylko dlatego, że prawo nie może mieć narodowości.
Jeżeli na tym boisku ktoś pobił człowieka, powinien za to odpowiedzieć. Jeżeli ktoś fałszywie oskarżył drugiego człowieka, również powinien ponieść konsekwencje. Jeżeli zaś wszystkie procedury państwa zostały przeprowadzone prawidłowo, trzeba to obywatelom wyjaśnić. Aparat państwa powinien przecież wiedzieć, że kraju demokratycznym, a takim jest przecież Polska, nie wystarczy powiedzieć: „takie są procedury”. Trzeba jeszcze umieć odpowiedzieć na pytanie: dlaczego te procedury sprawiają, że pobity człowiek zaczyna czuć się jak oskarżony?!
To jest pytanie, którego nie wolno zagłuszyć ani słowem „ksenofobia”, ani słowem „Ukrainiec”, ani też słowem „Polak”. Państwo ma być ślepe na narodowość, ma widzieć człowieka, czyn i dowód, a cała reszta jest już tylko polityką. Natomiast sprawiedliwość, jeśli ma jeszcze coś znaczyć, powinna stać od tej polityki możliwie daleko.
Link do filmu posła Sławomira Mentzena>>>
Bogdan Feręc
Fot. YouTube – Sławomir Mentzen

