W polityce istnieją momenty, kiedy hasła przestają być takimi, a stają się instrukcjami obsługi państwa i Niemcy właśnie zbliżają się do takiego momentu. Jeszcze niedawno scenariusz, w którym Alternative für Deutschland obejmuje władzę w Berlinie, wydawał się polityczną fantazją. AfD miała być partią protestu, wentylem bezpieczeństwa dla niezadowolonych, ugrupowaniem, które można było trzymać za politycznym murem i udawać, że problem nie istnieje.
Dzisiaj ten mur zaczyna pękać, bo 6 września 2026 roku AfD zdobyła w Saksonii-Anhalt około 44 proc. głosów, uzyskując 39 z 83 mandatów. To jeszcze nie daje jej samodzielnej władzy, ale jest politycznym trzęsieniem ziemi, bo CDU Friedricha Merza dostała zaledwie około 17 proc. Właśnie dlatego warto zadać pytanie nie o to, czy AfD jest partią dobrą czy złą, lecz o coś znacznie bardziej praktycznego: co stanie się z Niemcami, jeżeli AfD rzeczywiście przejmie władzę federalną? Odpowiedź może być znacznie poważniejsza, niż sugeruje sama zmiana w niemieckiej polityce, a jest ona wywołana nastrojami w społeczeństwie.
Można tu dodać jeszcze jedno, ponieważ Niemcy mogą stać się wyznacznikiem drogi dla całej Europy, której władze szeroko otworzyły drzwi dla nachodźców, a to zmarginalizowało tutejsze społeczeństwa, stawiając na piedestale element napływowy. Przez wiele lat poszczególne narody w milczeniu, choć z niezadowoleniem patrzyły na ten spektakl, który przygotowali politycy, jednak przykład Niemiec pokazuje właśnie, że Europa nie chce już być miejscem przyjmującym każdego, kto tylko chciałby żerować na jej podatkach.
Najpierw granice
AfD nie kryje, i tym właśnie może wygrać, że chce zasadniczej zmiany niemieckiej polityki migracyjnej. W swoim programie partia mówi o konsekwentnym odsyłaniu osób zobowiązanych do opuszczenia Niemiec, ograniczeniu mechanizmów zachęcających do pozostawania w kraju oraz rozszerzeniu polityki określanej przez nią jako „reemigracja”. Program przewiduje także wprowadzenie ułatwień wydalania cudzoziemców popełniających ciężkie przestępstwa. To nie jest jednak wyłącznie kwestia deportacji, ponieważ AfD chce również znacznie szczelniejszych granic.
W oficjalnym programie znajduje się postulat wprowadzenia ścisłych kontroli na niemieckich granicach, a także zasadniczego ograniczenia obecnego modelu europejskiej polityki azylowej. Partia postuluje również zabezpieczenie zewnętrznych granic UE i tworzenie centrów ochrony deportacyjnej poza Europą. Już w lipcu Alice Weidel mówiła, że jeśli będzie to konieczne, Niemcy powinny czasowo zamknąć swoje granice. Jednak w sierpniu poszła jeszcze dalej i opowiedziała się za opuszczeniem przez Niemcy strefy Schengen oraz wyjście ze strefy euro, o ile AfD obejmie władzę.
Jeżeli więc dojdzie do przejęcia przez AfD władzy w kraju, nie będzie to już kosmetyka, a stanie się propozycją przebudowy całego europejskiego porządku.
A potem przychodzi pytanie o Unię Europejską
Tutaj zaczyna się rzecz naprawdę interesująca, bo AfD nie jest po prostu niemiecką partią antyimigracyjną. W oficjalnym programie wyborczym partia stwierdza, że wyjście Niemiec z Unii Europejskiej jest konieczne, a obecny model UE miałby zostać zastąpiony inną formą współpracy państw. Dokument mówi o stworzeniu swoistej wspólnoty gospodarczej i interesów, czyli organizacji suwerennych państw – zamiast obecnej Unii Europejskiej. Jednocześnie AfD zaznacza, że taki proces powinien być negocjowany, a nie przeprowadzony jako nagłe zerwanie stosunków.
Tak dochodzimy do słowa, którego w Brukseli nie lubi się wypowiadać zbyt głośno: Dexit, więc niemiecki odpowiednik Brexitu, tyle że tamten był brytyjskim problemem, a Dexit stanie się problemem całej Europy. Wielka Brytania mogła opuścić Unię i zatrzasnąć drzwi, to jednak wyspa, a na dodatek jej więzi gospodarcze z kontynentem, nie były motorem napędowym dla całej Europy, choć był to kraj z dużym oddziaływaniem ekonomicznym na tę część świata.
Niemcy są natomiast jednym z filarów europejskiej konstrukcji, a jeżeli z tego sypiącego budynku wyciągnie się jeden filar, można będzie oczywiście powiedzieć, że pozostałe ściany nadal stoją, ale jak długo.
Niemcy poza Unią? To byłaby polityczna bomba
Wyobraźmy sobie więc wciąż jeszcze hipotetyczny scenariusz, że AfD wygrywa wybory federalne. Tworzy rząd i dostaje mandat do realizacji swojego programu, co wcale nie jest nieprawdopodobne. Pierwszym etapem byłoby chyba zaostrzenie polityki migracyjnej, kontrola granic i radykalne ograniczenie napływu nowych migrantów. Następnie zaczęłyby się negocjacje z europejskimi partnerami i Berlin pod rządami AfD mógłby powiedzieć, że chce odzyskać kontrolę nad swoimi granicami, ale też państwem oraz gospodarką.
Tak na tej scenie pojawiłaby się Bruksela, która zapewne rzuciłaby argument o wspólnym europejskim rynku, o swobodzie przepływu osób, a i o zasadach, których Niemcy byli konstruktorami. Jednak nie można obecnie powiedzieć, że Berlin pod zarządem AfD przyjąłby te argumenty, co skutkować może stwierdzeniem, iż ich pozostanie w strukturach wymagać będzie dogłębnych, wręcz strukturalnych zmian w całej UE.
Jednak i tu Bruksela zapewne postawiłaby swoje weto, gdyż Niemcy mają przecież asa w rękawie i AfD zapewne użyje argumentu, że Unia Europejska nadal może nią być na obecnych zasadach, ale już bez Republiki Federalnej Niemiec. To oczywiście scenariusz hipotetyczny. Nie należy przedstawiać go jako pewnego następstwa zwycięstwa AfD na poziomie krajowym, jednak wypowiedzi polityków Alternative für Deutschland, takie rozwiązanie właśnie dopuszczają jako możliwe – wręcz prawdopodobne.
Tu ważne zaznaczenie, bo nie jest to również scenariusz wyssany z palca. Sam program AfD przewiduje możliwość opuszczenia UE, a jej obecni liderzy otwarcie mówią o zasadniczym odwrocie od obecnego modelu integracji europejskiej.
Co stałoby się z Polską?
Tutaj sprawa robi się szczególnie ciekawa, bo Polska jest gospodarczo i politycznie bardzo mocno związana z Niemcami. Te są również jednym z najważniejszych partnerów handlowych naszej ojczyzny, natomiast Niemiecki przemysł powiązany jest z polskimi fabrykami, logistyką, transportem i usługami. Jeżeli Berlin zacząłby rozmontowywać obecny model Europy, skutki nie zatrzymałyby się na granicy w Świecku. Moglibyśmy zobaczyć powrót czegoś, co przez lata wydawało się reliktem minionej epoki, czyli kontrole graniczne, kolejki do odpraw, dodatkową biurokrację, problemy dla transportu i pracowników transgranicznych. Jednak stanowcze deklaracje ze strony AfD jeszcze nie padły, a można też przypuszczać, że kraje współpracujące z niemiecką gospodarką, mogłyby cieszyć się preferencyjnym traktowaniem. To też jest możliwe.
Jednak wyobraźmy sobie teraz niemiecką gospodarkę bez swobodnego przepływu ludzi i kapitału, jaki ma zastosowanie w obecnym kształcie. Niemcy nie są wyspą, to gospodarcze serce kontynentu, którego tętnice prowadzą przez Polskę, Czechy, Austrię, Francję, Holandię i inne państwa. Jeżeli ktoś zacznie zaciskać tętnice, nie można być zdziwionym, że organizm zacznie mieć problemy z krążeniem, bo może to dotknąć także same Niemcy. Przykład? Proszę bardzo – Wielka Brytania.
Największym problemem jest niemiecki przemysł
W tym miejscu może pojawić się zaś głęboka ironia całej historii, bo AfD chcąc ratować Niemcy przed europejską biurokracją, uderzy we własnych obywateli, choć przez dziesięciolecia budowały potęgę swojego przemysłu dzięki ogromnemu europejskiemu rynkowi. Te wszystkie fabryki samochodów, przemysł maszynowy, chemiczny, rozwijany sektor farmaceutyczny, a w ostatnich latach budowanie potęgi w zakresie nowoczesnych technologii i elektroniki. Do tego dołączyć należy rozwiniętą na ogromną skalę logistykę, bo przecież Niemcy w wielu dziedzinach, w tym transporcie, nie chcieli opierać się na podwykonawcach.
Jeżeli pojawiłyby się nowe bariery handlowe, problemy regulacyjne, zmiana waluty i niepewność dotycząca dostępu do rynku, przedsiębiorcy dostaliby coś, czego nie lubią bardziej niż wysokich podatków: niepewność. Wówczas odbiłoby się to zapewne na rynku kapitałowym, co może oznaczać, że inwestorzy mniej chętnie podejmowaliby decyzje o pozostaniu w Niemczech, a co bardziej dotkliwe, inwestycje zagraniczne mogłyby stracić swój impet. Dlatego najbardziej paradoksalnym skutkiem ewentualnego Dexitu może być w przyszłości to, że partia, która obiecuje przywrócić Niemcom gospodarczą siłę, doprowadziłaby początkowo do potężnego zamieszania gospodarczego.
Nie stanie się to jednak dlatego, że Niemcy nagle przestałyby produkować, ale musiałyby na nowo negocjować warunki swojego funkcjonowania.
Jeszcze jeden problem
Imigranci i tutaj polityka AfD może doprowadzić do czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego niż spór administracyjny. Do konfliktu społecznego, bo w tym kontekście należy zachować daleko idącą precyzję. Nie jest prawdą, że AfD oficjalnie zapowiada automatyczne wyrzucenie każdego cudzoziemca z Niemiec. Partia sama definiuje „remigrację”, jako działania dotyczące przede wszystkim osób zobowiązanych do opuszczenia kraju i podkreśla legalny charakter tej polityki.
Jednocześnie jej propozycje dotyczące migracji są znacznie ostrzejsze niż polityka większości niemieckich ugrupowań. Właśnie dlatego po ewentualnym krajowym zwycięstwie AfD mogłoby dojść do sytuacji, w której miliony ludzi zaczęłyby zadawać sobie pytanie: „Czy ja nadal jestem tutaj u siebie?”. To pytanie jest politycznie potężne, bo państwo może zmienić ustawę w jeden dzień, ale nie da się w jeden dzień zmienić nastrojów społecznych.
Czy Niemcy mogą się znowu podzielić?
Wschód Niemiec już teraz pokazuje, jak głęboka jest frustracja społeczna. W Saksonii-Anhalt AfD zdobyła około 44 proc. głosów, osiągając najlepszy wynik w swojej historii. Jednocześnie inne partie nadal odmawiają jej współpracy. Oznacza to, że konflikt nie jest wyłącznie starciem AfD kontra reszta. To zaczyna być konfliktem: Niemcy przeciwko Niemcom.
Jedna część społeczeństwa uważa, że AfD jest ostatnią szansą na odzyskanie kontroli nad państwem. Druga natomiast, że AfD stanowi zagrożenie dla demokracji, praw mniejszości i powojennego porządku Niemiec. Co jednak ważne, obie strony są coraz mniej skłonne słuchać siebie nawzajem i to jest niebezpieczniejsze niż sam wynik wyborczy.
A Rosja?
Tutaj również trudno nie zauważyć geopolitycznego trzęsienia ziemi. AfD prezentuje znacznie bardziej przychylną postawę wobec Rosji niż obecny niemiecki główny nurt polityczny i sprzeciwia się obecnemu poziomowi wsparcia dla Ukrainy. Wiele agencji prasowych wskazuje, że jej wzrost może być ponownie związany m.in. z wyraźnym zmniejszeniem wsparcia dla Ukrainy i bardziej prorosyjską orientacją. Jeżeli doszłoby do opuszczenia przez Niemcy UE, zmian w polityce Schengen i radykalnej zmiany niemieckiej polityki zagranicznej, głównie w kontaktach z Rosją, Europa znalazłaby się w zupełnie nowej rzeczywistości.
Obranie kursu na Moskwę, zaczęłoby rodzić pytania innych unijnych gospodarek, czy muszą cierpieć na braki energetyczne, stosować się do niewykonalnych planów klimatycznych, skoro Niemcy, choć poza Unią Europejską, mają tanią ropę naftową, gaz ziemny i węgiel? W takim przypadku mogłoby się okazać, że niemiecka AfD stałaby się dekonstruktorem tego układu, z jakim przyszło nam się mierzyć obecnie.
Czy AfD może zrobić wszystko, co zapowiada?
Nie. To jest też bardzo ważne, bo Niemcy mają Konstytucję, Federalny Trybunał Konstytucyjny, parlament, system federalny, sądy, prezydenta, instytucje europejskie i międzynarodowe zobowiązania. Rząd, nawet ten AfD, nie może po prostu któregoś dnia rano ogłosić, że „od dzisiaj nie ma nas w Unii Europejskiej”. Nawet jeżeli wygrają wybory, nawet jeżeli będą mieli większość parlamentarną, wyjście z UE wymagałoby całego długiego procesu prawnego i politycznego. Sama AfD w swoim programie zakłada natomiast negocjowanie transformacji i zmianę odpowiednich zapisów konstytucyjnych poprzez referendum.
Podobnie nie będzie w przypadku pracowników najemnych, bo nie można po prostu „wyrzucić milionów ludzi” jednym rozporządzeniem. Każdy przypadek podlegałby prawu krajowemu, europejskiemu i międzynarodowemu. Właśnie tutaj AfD może napotkać największe problemy i pojawi się najpoważniejsze zderzenie z rzeczywistością. To z kolei będzie miało pewne konsekwencje, bo jeżeli po potencjalnej wygranej w całych Niemczech AfD zacznie realizować zapowiedzi, przez pewien okres cieszyć się będzie dużym poparciem społecznym, jeżeli natomiast rozpocznie proces ich modyfikacji, ich właśni wyborcy mogą się od ugrupowania odwrócić.
AfD nie musi zrealizować wszystkiego, żeby zmienić Niemcy
I to jest chyba najważniejsza rzecz, bo jeżeli AfD dojdzie do władzy, nie musi natychmiast wyprowadzać Niemiec z Unii Europejskiej, nie musi nagle likwidować euro i nie musi od pierwszego dnia zamykać wszystkich granic. Wystarczy, że przesunie granicę tego, co w niemieckiej polityce jest możliwe, a ta granica już się przesuwa.
Sukces AfD w Saksonii-Anhalt pokazuje natomiast, że partia, która jeszcze niedawno była politycznym tabu, stała się największym ugrupowaniem w landzie. Właśnie dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi: „czy AfD jutro wyprowadzi Niemcy z Unii?”, a bardziej, „ile z obecnego europejskiego porządku przetrwa, jeżeli AfD dostanie możliwość przebudowy kraju”?
Europa po niemieckiej rewolucji
Po czymś takim prawdopodobnie powstałaby Europa bardziej narodowa, prawdopodobnie powstałyby głębokie podziały, czyli część państw usilnie dążyłoby do zachowania jedności, a inne do obrania niemieckiej drogi rozwoju. Nie można jednak wykluczyć zmiany w samych unijnych strukturach, więc może państwa odzyskałyby część kompetencji, może ograniczono by niekontrolowaną migrację i być może Bruksela musiałaby ograniczyć swoje zapędy w przejmowaniu władzy nad wszystkimi państwami UE.
Błędem byłoby jednak udawać, że wszystkie problemy, na które wskazuje AfD, są wymyślone. Kryzys migracyjny, bezpieczeństwo granic, koszty energii, konkurencyjność europejskiego przemysłu czy rosnące zmęczenie dużą częścią unijnej biurokracji są trudnościami realnymi.
Ale pamiętajmy, że polityka ma jedną starą zasadę: łatwiej coś rozebrać niż zbudować od nowa. AfD może mieć, a nawet w mojej ocenie ma rację, wskazując choroby systemu Unii Europejskiej. Jednak lekarstwo w niektórych okolicznościach, może okazać się znacznie bardziej niebezpieczne od samej choroby. Dexit oznaczałby nie tylko wyjścia Niemiec z Unii. On oznaczałby konieczność odpowiedzi na pytanie, czym właściwie miałaby stać się Europa po odejściu Niemiec?
Nowym związkiem państw? Strefą wolnego handlu? Luźną konfederacją, a może kontynentem, na którym każdy ponownie pilnuje własnego podwórka, własnej waluty, własnych granic i własnych interesów? Historia Europy zna ten model, zna go dobrze, więc może potrzebna jest nam bardziej hybryda, która połączy w jedną całość interesy państw i kontynentu?
Zwycięstwo federalne AfD byłoby czymś więcej niż niemiecką zmianą rządu
Byłaby to raczej próba odpowiedzi na pytanie, które Europa odkłada od lat: czy Unia Europejska jest jeszcze wspólnotą państw, czy stała się już państwem bez jednego narodu? AfD odpowiedziałaby zapewne, że czas cofnąć zegar. Bruksela mogłaby odparować, że zegara nie cofniemy. A miliony Europejczyków? Ci mogliby zostać pomiędzy jednym a drugim.
I być może właśnie dlatego zwycięstwo AfD w Niemczech byłoby dla Europy znacznie większym wydarzeniem niż Brexit. Brytyjczycy wyszli z europejskiego domu, który z odrapanymi ścianami, ale pozostał i wciąż spełniał swoje funkcje, ale Niemcy po wyjściu mogliby zakwestionować sam projekt jego budowy.
Z lat wcześniejszych wiemy przecież, a to też jest pewnego rodzaju zagrożenie, że kiedy Niemcy zaczynają przesuwać ściany, reszta Europy powinna przynajmniej sprawdzić, czy fundamenty są jeszcze na swoim miejscu. Bo jeśli AfD kiedyś rzeczywiście przejmie władzę w Berlinie, nie będziemy już dyskutować o tym, czy Niemcy zmienią politykę, a o tym, jak bardzo zmieni się Europa, i czy na lepsze?
A to jest już zasadnicza różnica.
Bogdan Feręc
Photo by Maheshkumar Painam on Unsplash

