Historia Irlandii rzadko była prostą opowieścią o liniach na mapie. To raczej proces długi, bolesny, ale i zaskakująco pragmatyczny. Warto się jednak zastanowić, bo rozmowy o zjednoczeniu toczą się z większą lub mniejszą intensywnością od wielu lat, czy możliwe jest nowe ułożenie relacji na wyspie i jak mogłyby one wyglądać. W debacie coraz wyraźniej rysują się dwa scenariusze: twardy i miękki. Każdy niesie inne ryzyka, inne koszty polityczne i inne tempo zmian i, co chyba najważniejsze, każdy opiera się na zupełnie innej filozofii integracji.
Twardy scenariusz jest najbardziej oczywisty, a zarazem najbardziej klasyczny w europejskiej historii państw narodowych. Zakłada przeprowadzenie referendów – osobno w Irlandii Północnej i w Republice Irlandii, których wynik doprowadziłby do formalnego zjednoczenia wyspy w ramach jednego państwa. To rozwiązanie czytelne prawnie, zakorzenione w mechanizmach Porozumienia Wielkopiątkowego i legitymizowane demokratycznie w sposób trudny do podważenia. Państwa powstawały w ten sposób od XIX wieku, więc poprzez głosowanie, traktaty i polityczne momenty przełomu.
Problem polega jednak na tym, że taki wariant działa jak chirurgiczny skalpel, ponieważ jest szybki, jednoznaczny, ale wymagający absolutnej zgody społecznej. W realiach Irlandii Północnej, gdzie tożsamość narodowa nadal bywa kwestią egzystencjalną, referendum może zamienić się z debaty politycznej w plebiscyt strachu. W dodatku zjednoczenie w trybie „decyzja i wykonanie” oznaczałoby ogromne wyzwania fiskalne, instytucjonalne i społeczne dla Dublina. Wówczas państwo irlandzkie musiałoby wchłonąć system zdrowia, administrację i gospodarkę Północy, które funkcjonują przez dekady w brytyjskim modelu finansowym.
To z kolei rodzi wiele problemów, a i nie można wykluczyć powrotu do czasów przemocy i to tej w najgorszym wydaniu.
Miękki scenariusz operuje zupełnie inną logiką – logiką ewolucji zamiast rewolucji. Zakłada, że Irlandia Północna samodzielnie odłącza się od Wielkiej Brytanii i staje się osobnym i suwerennym państwem z własnym rządem, parlamentem i działającymi obecnie instytucjami. Jednocześnie utrzymane zostają otwarte granice, pełna współpraca gospodarcza i maksymalna integracja ekonomiczna oraz stopniowe połączenie polityczne z Republiką Irlandii. W takim układzie polityka nadgania rzeczywistość, zamiast ją wyprzedzać.
To model bliższy temu, jak integrują się współczesne gospodarki. Kapitał, rynek pracy, infrastruktura i łańcuchy dostaw zaczynają funkcjonować jak jeden organizm, nawet jeśli formalnie istnieją dwa państwa. W takim świecie rodowód i miejsce zamieszkania przestaje być ważniejsze od rachunku ekonomicznego. Jeśli mieszkańcy wyspy pracują w tych samych sektorach, korzystają z tych samych rynków i żyją w tej samej przestrzeni gospodarczej, polityczne zjednoczenie może przyjść później – jako formalność, a nie jako szok i to nagły.
Ryzyko miękkiego wariantu polega jednak na czymś innym. Nowe państwo Irlandii Północnej musiałoby nie przebudować, a właściwie zbudować instytucje od zera, jednocześnie utrzymując stabilność społeczną i finansową. To ogromne wyzwanie, zwłaszcza w regionie historycznie zależnym od transferów fiskalnych z Londynu. Suwerenność bywa marzeniem politycznych romantyków, głównie w zamysłach i deklaracjach, ale bez twardych fundamentów gospodarczych szybko zamienia się w kosztowny eksperyment.
Co też jest ciekawe, bo w warunkach Szmaragdowej Wyspy oba scenariusze w praktyce nie muszą się wykluczać. Miękka ścieżka może stać się etapem przejściowym, czyli okresem, w którym gospodarka wyspy faktycznie się jednoczy, zanim zrobi to konstytucja. Twarde referendum mogłoby wtedy nastąpić w momencie, gdy większość mieszkańców uzna je za potwierdzenie istniejącej rzeczywistości, a nie za skok w nieznane.
Najważniejsza lekcja dla irlandzkiej przyszłości, która wynika z historii, jest właściwie prosta, bo przecież trwałe zmiany na wyspie zachodzą wtedy, gdy polityka podąża za społeczeństwem, a nie próbuje je wyprzedzać lub co gorsze, stara się coś narzucać, co akurat jest przytykiem skierowanym do Sinn Féin. Jeśli przyszłe zjednoczenie ma być stabilne, musi najpierw wydarzyć się w codziennym życiu, więc w pracy, w handlu, w edukacji, w mobilności ludzi i kapitału, a powiedzmy to szczerze, do tego jest jeszcze daleko. Obecnie współpraca pomiędzy Republiką Irlandii a Irlandią Północną toczy się całkiem sprawnie, ale wyłącznie na podłożu wymiany handlowej, choć opartej na zasadach wynegocjowanych podczas rozmów brexitowych. Powoduje to, że niektóre sfery ekonomiczne, nie zostały dopuszczone do otwartych ram ekonomiczno-gospodarczych i Republika traktuje Północ jako państwo trzecie. Jeżeli natomiast wszystkie te wymienione rozdziały kooperacji zostaną wdrożone, dopiero potem zjednoczenie mogłoby nastąpić w traktatach i konstytucjach.
Wyspa Irlandia przy swoich otwartych granicach od lat, a może nawet stuleci uczy Europę jednej rzeczy, że granice polityczne są trwałe tylko wtedy, gdy odpowiadają granicom wyobraźni społecznej. Natomiast wyobraźnia, jak pokazuje nam wielokrotnie historia, zmienia się wolniej niż mapy, ale za to trwalej.
Bogdan Feręc
Photo by Andre Ouellet on Unsplash

