Noc, w której pękła umowa społeczna
Kiedy irlandzki rząd podjął decyzję o „siłowym” rozwiązaniu problemu protestujących na ulicach, nie tylko zaczął uprzątać drogi, bo on przede wszystkim posprzątał resztki złudzeń co do natury współczesnej demokracji na Zielonej Wyspie. Wszystko zaczęło się od jednego zdania, rzuconego od niechcenia w napiętą przestrzeń publiczną przez któregoś z ministrów. Słowa te, wypowiedziane z arogancją właściwą ludziom, którzy od zbyt dawna nie musieli prosić o głosy, brzmiały jak wyrok, że o ile manifestanci nie odblokują dróg, sprawą zajmie się wojsko, które niechętnie właczyło się do działania i policja.
Wówczas zawrzało i media społecznościowe, ten współczesny Hyde Park i zarazem cyfrowa barykada, zapłonęły. Zwykli ludzie, od pielęgniarek po budowlańców, zaczęli pisać wprost, że minister odkleił się od rzeczywistości albo nie do końca przemyślał swoją wypowiedź. Przez kilkadziesiąt godzin panowała cisza – ta ciężka, lepka cisza przed burzą, którą władza błędnie zinterpretowała jako kapitulację społeczeństwa. Rząd natomiast, w swojej narastającej bezradności, uznał jednak, że najlepszym sposobem na „odkorkowanie” państwa będą ciężkie wozy wojskowe do holowania sprzętu. To był moment krytyczny, bo użycie „siły” przeciwko własnym obywatelom w kraju o tak skomplikowanej historii militarnej to stąpanie po kruchym lodzie.
Wraz z wysłaniem „wojska na ulice” zapadła decyzja ostateczna i w rejony, gdzie opór uznano za najbardziej szkodliwy, najbardziej dla wizerunku gabinetu, skierowano jednostki specjalne Gardy. Te zajęły się usuwaniem kierowców, rolników, rybaków i zwykłych obywateli, jacy gremialnie wspierali akcję protestacyjną.
Finał nastąpił w niedzielny poranek, ale co jednak istotne, cała akcja przeprowadzona była pod osłoną nocy. Zadziałano metodą, którą niegdyś z upodobaniem stosowały komunistyczne aparaty terroru – cicho, skutecznie, bez świadków, a może nawet bez litości dla procedur. Nie było dramatycznych scen, nie było krwawych bójek, które mogłyby stać się pożywką dla porannych wydań wiadomości. Ludzie po prostu odeszli, choć ich milczenie było głośniejsze niż wycie policyjnych syren. Pozostawili swoje traktory i ciężarówki w miejscach protestu, jak porzucone nadzieje na dialog, choć wrócili, jak w Dublinie, by zamanifestować swój sprzeciw. Po południu pojawiły się też uliczne protesty w innych miastach, czyli ani Cork, ani Galway, ani też inne miasta, nie były wolne od flag i ludzkich blokad.
Głosy zza zasłony milczenia
Kiedy przejrzałem wczoraj przed południem media społecznościowe, uderzył mnie nienaturalny spokój. Nie było nowych wezwań do budowania barykad, nie było płomiennych manifestów. Jednak pod tą cienką warstwą lodu płynęła rzeka żółci. Komentarze wskazywały na głęboką, niemal fizyczną nerwowość, jaka zapanowała w kraju. To nie był strach, a była to chłodna faza wyobcowania obywatela od własnego państwa.
Dlatego postanowiłem sięgnąć po telefon. Chciałem przebić się przez tę ciszę i porozmawiać z moimi irlandzkimi znajomymi, żeby wysondować nastroje u źródła. Już pierwsze rozmowy dały mi obraz, jak destrukcyjna dla autorytetu władzy była decyzja o usuwaniu blokad. Rząd, choć technicznie „wygrał” bitwę o drogi, strategicznie właśnie podpisał na siebie wyrok.
Moi rozmówcy, którzy mienią się dumnymi obrońcami Irlandii, a których oficjalna propaganda nazywa radykałami, nie bawili się w dyplomację. John, jeden z tych, którzy na protestach spędzili ostatnie dni, powiedział mi wprost: „Z nimi trzeba nareszcie skończyć”. Gdy zapytałem go, czy planują jakieś radykalne działania fizyczne, wybuchnął krótkim, suchym śmiechem.
– Nie, przyjacielu. Nie fizycznie. My ich wymażemy z politycznej mapy, nie z życia. Oni już nie istnieją, tylko jeszcze o tym nie wiedzą, bo pensje wciąż wpływają na ich konta.
Niedługo potem zadzwoniłem do Siobhan. To kobieta, która od lat stoi z boku wielkiej polityki, skupiona na prowadzeniu uroczego pensjonatu na zachodzie kraju. Jej głos, zwykle pełen energii, brzmiał teraz jak echo z głębokiej studni.
– Siobhan, jak to u was wygląda? Naprawdę jest tak spokojnie, jak mówią w Dublinie? – zapytałem.
– Spokojnie? – parsknęła.
– To jest spokój człowieka, który właśnie zobaczył, że jego domem zarządza włamywacz. Słyszałeś o tej nocy? O Gardzie wyciągającej ludzi z kabin? Mój kuzyn tam był. Nie stawiał oporu, bo co miał zrobić przeciwko wyszkolonym osiłkom? Ale wiesz, co mi powiedział? Że nigdy w życiu nie czuł się tak bardzo obcy we własnym hrabstwie.
– Myślisz, że ludzie wyjdą znowu? – zapytałem.
– Może wyjdą, a może nie. Ale jedno ci powiem, że nikt z nas nie zapomni tego munduru na tle rolniczego traktora. Fianna Fáil i Fine Gael zawsze mówiły, że są „nasze”, że wyrosły z tej ziemi. Tej nocy ta ziemia ich wypluła. Oni wysłali na nas Gardę, rozumiesz? Na ludzi, którzy chcieli tylko spokojnie pracować, zarabiać i godnie żyć. To się nie zagoi przy pomocy kolejnej obietnicy obniżenia podatku o pół procent.
Zmierzch bogów, czyli koniec duopolu
W zasadzie kolejne rozmowy toczyły się już tylko w takim kontekście. Pojawiało się coraz więcej otwartych opinii, że tą jedną decyzją, czyli użyciem siły tam, gdzie potrzebny był kompromis, Fianna Fáil i Fine Gael zakończyły swój wieloletni, historyczny rozdział sprawowania władzy. To, co obserwowaliśmy, to było właśnie polityczne harakiri, choć wykonane w białych rękawiczkach.
Próbowałem uściślić, czy moi rozmówcy mają zamiar obalić ten rząd natychmiast, czy szykuje się irlandzki wariant „szturmu na Bastylię”? O ile dobrze odebrałem ich intencje, nie szykuje nam się w kraju kolejna Krwawa Niedziela. Irlandczycy to naród cierpliwy, który nauczył się, że zemsta najlepiej smakuje na chłodno, podana w papierowej kopercie z napisem „karta do głosowania”. Ocena poczynań gabinetu pojawi się przy urnach wyborczych. Będzie to procesja milczenia, która może zakończyć się politycznym trzęsieniem ziemi.
Wiele osób podkreślało, że pozwalali tej władzy na niewyobrażalnie dużo, bo na kryzys mieszkaniowy, na degradację służby zdrowia, na ignorowanie lokalnych społeczności, ale miarka się przebrała. W irlandzkim kodzie kulturowym oznacza to tylko jedno – całkowite zerwanie lojalności. Partia, która podnosi rękę na „zwykłego obywatela” za pomocą aparatu przymusu, traci swoją legitymację.
Wielka niewiadoma 2029
To prowadzi nas do pytania, które zawisło teraz nad Irlandią niczym gęsta mgła znad Liffey. Co dalej? Skoro stary porządek dogorywa, co wyłoni się z tego chaosu?
Pewności nie może mieć nikt, ponieważ krajobraz polityczny Irlandii po roku 2029 nie będzie przypominał niczego, co znamy z ostatnich dekad. Pytanie, które jednak już teraz można postawić, brzmi: czy samodzielną władzę po wyborach w 2029 lub najpóźniej w styczniu 2030 roku przejmie Sinn Féin? Partia ta, długo trzymana w kokonie politycznego ostracyzmu, dziś wyrasta na jedyną realną alternatywę dla ludzi, których Garda wyganiała z blokad pod osłoną nocy. Ale czy Sinn Féin podoła ciężarowi oczekiwań? A może faktycznie powstanie szeroka, dotąd niespotykana lewicowa koalicja, która odsunie byłych hegemonów na boczny tor polityki na całe lata?
Tu właśnie pojawia się ten niepokojący element niepewności. Czy zmiana będzie tylko personalna, czy systemowa? Czy ci, którzy dziś krzyczą o zdradzie, jutro nie staną się takimi samymi technokratami, jakich właśnie próbują obalić? Historia Irlandii, ale nie tylko jej, uczy, że rewolucje często zjadają własne dzieci, a nowi panowie szybko uczą się numerów telefonów do komendantów Gardy.
Ja wiem teraz jedno, że dwadzieścia telefonów, które wykonałem, utwierdziło mnie w przekonaniu, że stara Irlandia właśnie przestała istnieć. Nowa natomiast rodzi się w bólach, w poczuciu krzywdy i przy dźwięku ciężkich kół sprzętu wojskowego, które rozświetlają migające „koguty” Gardy, co nigdy nie powinno było pojawić się na ulicach, przynajmniej przeciwko własnym ludziom.
Pozostaje tylko czekać, aż to głuche milczenie z X i Facebooka zamieni się w huk zamykanych urn wyborczych. Czy wtedy będziemy bezpieczniejsi? Tego nie wie dziś nikt.
Bogdan Feręc
Obraz wygenerowany przez AI

