Wojna nie zawsze zaczyna się od huku armat, przekroczenia granicy przez czołgi i kolumn żołnierzy maszerujących na pozycje przeciwnika. Czasami zaczyna się znacznie wcześniej. Od słów, które padają w gabinetach polityków, od alarmistycznych nagłówków, od wypowiedzi ekspertów, którzy z niezachwianą pewnością przewidują przyszłość, oraz od powtarzania społeczeństwom, że konflikt jest nieunikniony. Wystarczy odpowiednio długo powtarzać, że przeciwnik szykuje się do ataku, aby w końcu nawet najbardziej pokojowo nastawieni obywatele zaczęli zastanawiać się nie nad tym, czy wojna rzeczywiście wybuchnie, ale kiedy to nastąpi.
Jak więc zaprojektować wojnę? To akurat nie jest szczególnie skomplikowane. Najpierw trzeba wskazać przeciwnika, następnie przekonać własne społeczeństwo, że jego agresja jest tylko kwestią czasu, a później konsekwentnie budować atmosferę zagrożenia. Do tego przyda się kilka odpowiednio dobranych wypowiedzi polityków, garść komentarzy przesyconych obawami, wojskowe symulacje przedstawiane jako zapowiedź rzeczywistych wydarzeń i media, które potrafią zamienić prawdopodobieństwo w niemal pewną prognozę.
Oczywiście nie oznacza to, że każda kampania ostrzegająca przed wojną jest celową manipulacją ani, że każde ostrzeżenie należy wyrzucić do kosza. Państwo ma obowiązek przygotowywać się również na niekorzystne scenariusze. Problem pojawia się wtedy, gdy przygotowanie do najgorszego przestaje być elementem odpowiedzialnej polityki bezpieczeństwa, a zaczyna przypominać społeczną tresurę, w której obywatel ma przede wszystkim nauczyć się bać.
Właśnie w tym kierunku, przynajmniej w mojej ocenie, zmierza część europejskiej debaty o bezpieczeństwie.
Polska, czyli straszenie na raty
Weźmy sobie za przykład dość dobrze znany nam kraj, czyli Polskę. Co robią premier Donald Tusk, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski i minister wojny Władysław Kosiniak-Kamysz? Od czasu przejęcia władzy przez obecną koalicję, regularnie ostrzegają przed zagrożeniem ze strony Rosji, wskazując na konieczność przygotowania państwa i społeczeństwa na możliwość konfliktu zbrojnego. W wypowiedziach polityków i debacie publicznej wielokrotnie pojawiały się krótkie horyzonty czasowe, w których Europa miałaby stanąć przed poważnym zagrożeniem militarnym. Raz mówiło się o kilku latach, innym razem o konieczności prawie natychmiastowego przygotowania na najgorsze. Z perspektywy obywatela wszystko zaczyna się jednak zlewać w jeden komunikat, czyli wojna nadchodzi, a czasu jest coraz mniej.
Tylko że, tak na marginesie, wojny w Polsce jak nie było, tak nie ma. Nie oznacza to oczywiście, że zagrożenie nie istnieje albo, że należy zrezygnować z modernizacji armii. Oznacza natomiast, że pomiędzy ostrzeżeniem przed możliwym scenariuszem a przedstawianiem go jako nieuchronnej przyszłości, istnieje pewna, całkiem istotna różnica. Politycy powinni ją rozumieć, bo od tego między innymi są politykami.
Nie można przecież bez końca podnosić alarmu, a później oczekiwać, że społeczeństwo będzie traktowało każde kolejne ostrzeżenie z taką samą powagą. Jeżeli przez lata słyszymy, że katastrofa jest tuż za rogiem, w końcu zaczynamy się zastanawiać, czy ktoś rzeczywiście widział nadciągające niebezpieczeństwo, czy może po prostu uznał, że przestraszony obywatel jest obywatelem łatwiejszym do przekonania. Przy czym nie mam specjalnie dużych pretensji do władz, że przygotowują armię, inwestują w uzbrojenie i wzmacniają obronę. To jest obowiązek państwa. Mam natomiast prawo pytać, gdzie kończy się rzeczowa informacja, a zaczyna polityczna narracja, w której każdy kolejny rok ma być ostatnim spokojnym rokiem przed wielką wojną.
Szczególnie wtedy, gdy słyszymy również, iż Ukraina chroni nas przed przesunięciem rosyjskiej obecności wojskowej na zachód. Jest w tym sporo prawdy w tym sensie, że rosyjska kontrola nad większą częścią Ukrainy mogłaby pogorszyć sytuację strategiczną Polski i innych państw regionu. Nie należy jednak udawać, że geografia zaczęła obowiązywać dopiero po lutym 2022 roku.
Z Rosją graniczymy przecież bezpośrednio przez Królewiec, a Białoruś jest zaś państwem politycznie i militarnie ściśle związanym z Moskwą. Nie potrzeba zatem żadnego podboju Ukrainy, żeby rosyjskie wojska znajdowały się w naszym sąsiedztwie. Znajdują się tam od dawna.
Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. Współczesna wojna nie przypomina już wyłącznie obrazów z podręczników historii, w których o losach frontu rozstrzygają przemarsze wielkich armii. Drony, rakiety, rozpoznanie satelitarne, cyberataki i precyzyjne uderzenia na infrastrukturę sprawiają, że zagrożenie może przybierać zupełnie inne formy niż klasyczna inwazja. Dlatego pytam: skoro mówimy o realnym zagrożeniu, to dlaczego tak rzadko oddzielamy analizę rzeczywistych zdolności militarnych – od politycznych prognoz dotyczących intencji przeciwnika?
Radar nie jest jeszcze aktem wypowiedzenia wojny
Ostatnio ponownie pojawiają się komentarze wywołujące u niektórych osób ciarki na plecach, a dotyczące rosyjskiej infrastruktury wojskowej w obwodzie kaliningradzkim. Jeżeli Rosjanie rozwijają tam systemy radarowe, a to właśnie robią, należy postępy analizować. Jeżeli zwiększają możliwości rozpoznania, trzeba brać pod uwagę konsekwencje dla bezpieczeństwa regionu. Nie ma natomiast powodu udawać, że instalacje wojskowe w pobliżu granic są czymś całkowicie obojętnym.
Ale jest też druga strona medalu, o której część komentatorów zdaje się zapominać. Radar służy do wykrywania i śledzenia obiektów. Sam w sobie nie jest bronią ofensywną, choć stanowi istotny element systemu wojskowego i może wspierać działania bojowe. Ostateczne znaczenie konkretnej instalacji zależy od jej parametrów, zasięgu, integracji z innymi systemami oraz sposobu wykorzystania. Nie można więc automatycznie zakładać, że każdy nowy radar oznacza przygotowania do ataku na sąsiadów. Rosyjskie systemy dalekiego zasięgu mogą obejmować obserwacją znaczną część europejskiej przestrzeni powietrznej, w zależności od ich możliwości i warunków pracy. Nie oznacza to jednak, że każdy z nich został rozmieszczony z myślą o jednym konkretnym państwie. Tym bardziej nie dowodzi to samo w sobie zamiaru rozpoczęcia wojny.
Czy państwa europejskie nie posiadają podobnych możliwości rozpoznania? Oczywiście, że posiadają. Dysponują naziemnymi stacjami radiolokacyjnymi, radarami mobilnymi, samolotami wczesnego ostrzegania i innymi środkami monitorowania przestrzeni powietrznej. Rozwijają również systemy obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej.
Nie twierdzę, że rosyjskie instalacje należy ignorować. Twierdzę natomiast, że nie można stosować dwóch różnych miar, więc kiedy podobne rozwiązania rozwija Zachód, nazywamy je elementem obrony, a kiedy robi to Rosja, niezwłocznie ogłaszamy kolejny dowód przygotowań do napaści. To jest zbyt prostackie, nawet jak na unijną politykę, która przecież od dawna nie wymaga od swoich przedstawicieli nadmiernego wysiłku intelektualnego.
Rosja, co wielu może zaskoczyć, ma pełne prawo rozbudowywać własne systemy obserwacji i obrony terytorium, tak jak państwa NATO mają prawo robić to samo. Pytanie nie brzmi więc, czy Rosjanie mogą budować radary, ale jakie zdolności rzeczywiście rozwijają, jakie cele im przyświecają i czy istnieją konkretne przesłanki wskazujące na przygotowania do agresji? Właśnie na takie pytania powinny odpowiadać służby wywiadowcze, analitycy wojskowi i sami politycy. Nie zaś kolejny zawodowy prorok wojny, który z pojedynczego zdjęcia satelitarnego potrafi wywróżyć przyszłość całego kontynentu.
Rosja chce zniszczyć Europę? A może na niej zarabiać?
Wróćmy do „yntelygentuf” odpowiedzialnych za ochronę kontynentu, którzy od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę ostrzegają przed dalszymi ambicjami Kremla. W europejskiej debacie regularnie pojawia się przekonanie, że Rosja stanowi egzystencjalne zagrożenie dla całego Zachodu, a jej celem jest podporządkowanie sobie kolejnych państw. Nie zamierzam twierdzić, że rosyjskie władze nie mają imperialnych ambicji, że nie próbują wywierać presji na sąsiadów albo, że nie są gotowe używać siły w realizacji własnych interesów. Wojna przeciwko Ukrainie wystarczająco dobitnie pokazuje, że takie ryzyko nie jest abstrakcją.
Nie oznacza to jednak, że każdą rosyjską decyzję należy interpretować jako element przygotowań do podboju Europy.
Osobiście znacznie bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz, w którym Moskwa dąży do odzyskania wpływów, osłabienia zachodniej jedności, wymuszenia ustępstw politycznych i uzyskiwania korzyści gospodarczych. Nie dlatego, że Rosja nagle odkryła uroki pokojowego współistnienia, ale dominacja polityczna i ekonomiczna, może przynosić korzyści bez konieczności zajmowania kolejnych terytoriów. Czołg może zdobyć miasto, ale nie gwarantuje zysku z handlu. Rakieta może zniszczyć elektrownię, ale nie stworzy stabilnego rynku zbytu. Armia może wymusić ustępstwa, lecz długotrwała okupacja oznacza wydatki, straty, sankcje, opór ludności i konieczność utrzymywania aparatu kontroli.
Imperium może zatem próbować podporządkowywać sobie inne państwa na różne sposoby, bo militarnie, politycznie, energetycznie i finansowo. Na świecie mamy wiele takich przykładów, w których zależność gospodarcza okazywała się trwalszym narzędziem nacisku, niż sama obecność żołnierzy. Dlatego nie kupuję bez zastrzeżeń opowieści, według której Kreml miałby w najbliższym czasie rzucić się na Europę, nie zważając na koszty i konsekwencje. Taki scenariusz jest możliwy, ale jego prawdopodobieństwo, nie stanowi dowodu, że właśnie do niego zmierza rosyjska polityka.
Co więcej, w debacie międzynarodowej pojawiały się wypowiedzi amerykańskich przedstawicieli, z którymi cele terytorialne Moskwy na Ukrainie, należy analizować przede wszystkim przez pryzmat Donbasu, a nie zakładać automatycznie zamiaru zajęcia całego kraju. Takie wypowiedzi nie rozstrzygają ostatecznie rosyjskich zamiarów, ale pokazują, że również na Zachodzie istnieją różne oceny tego, do czego Kreml rzeczywiście dąży.
Jeżeli natomiast ktoś twierdzi, że rosyjskim celem jest zniszczenie Europy, powinien odpowiedzieć na pytanie, co dokładnie rozumie przez owo zniszczenie. Zajęcie terytorium? Rozbicie NATO? Osłabienie Unii Europejskiej? Przejęcie kontroli nad europejską polityką energetyczną? A może wymuszenie takiego układu gospodarczego, w którym państwa europejskie ponownie staną się zależne od rosyjskich surowców? To nie są pojęcia równoważne. A wrzucanie ich do jednego worka służy bardziej budowaniu atmosfery zagrożenia, niż rzetelnej analizie.
Nawiasem mówiąc, kwestia ewentualnego powrotu do szerokiej współpracy energetycznej Rosji z Niemcami również nie jest tematem, który można zbyć wzruszeniem ramion. W niemieckiej debacie pojawiały się głosy dotyczące przyszłych relacji energetycznych z Moskwą, w tym możliwości ponownego wykorzystania infrastruktury Nord Stream. Nie należy jednak mylić medialnych spekulacji ani pojedynczych postulatów z decyzją o odbudowie gazociągów. Sam fakt, że takie dyskusje w ogóle powracają, pokazuje, jak skomplikowana jest europejska polityka. W jednym miejscu słyszymy o nieuchronnej konfrontacji z Rosją, a w innym pojawiają się rozważania o zbliżających się wielkimi krokami interesach energetycznych. Polityka nie jest bowiem zbiorem niezmiennych deklaracji, lecz grą interesów, w której dzisiejszy przeciwnik może jutro stać się partnerem handlowym.
I właśnie dlatego bardziej przekonuje mnie analiza interesów gospodarczych, niż wiara w każdą kolejną przepowiednię o nadchodzącym marszu rosyjskich wojsk na europejskie stolice.
Jak przygotowuje się społeczeństwo do wojny?
Tu dochodzimy do sedna. Nie chodzi wyłącznie o to, czy Rosja rzeczywiście zamierza zaatakować któreś z państw Unii Europejskiej. Chodzi również o to, w jaki sposób europejskie społeczeństwa są przygotowywane na możliwość takiego konfliktu i jakie konsekwencje może mieć określony sposób prowadzenia tej debaty. Każde państwo powinno posiadać plany obronne. Obywatele powinni wiedzieć, jak zachować się w sytuacji kryzysowej, a infrastruktura krytyczna musi być zabezpieczana. Nie mam z tym żadnego problemu. Wręcz przeciwnie, bo rozsądne przygotowanie, jest oznaką odpowiedzialności.
Istnieje jednak zasadnicza różnica między przygotowaniem obywateli na kryzys a przekonywaniem ich, że wojna jest nieuchronna. W pierwszym przypadku państwo przekazuje informacje, przedstawia procedury, wyjaśnia zagrożenia i pokazuje, co robi, aby ograniczyć ryzyko. W drugim buduje atmosferę permanentnego zagrożenia, w której kolejne ostrzeżenia stają się częścią codziennego życia, a pytanie o ich zasadność traktowane jest niemal jak dowód braku patriotyzmu.
Tymczasem strach jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi politycznych. Przestraszony człowiek częściej akceptuje nadzwyczajne wydatki, ograniczenia i decyzje, które w spokojniejszych warunkach wymagałyby znacznie poważniejszego uzasadnienia. Łatwiej również przekonać go, że krytyka rządu w sprawach bezpieczeństwa jest nieodpowiedzialna, bo przecież wróg czai się za rogiem. Nie oznacza to, że każdy polityk ostrzegający przed wojną świadomie manipuluje społeczeństwem. Nie trzeba jednak udowadniać istnienia złych intencji, żeby zauważyć, iż permanentne podsycanie strachu może przynosić korzyści polityczne. Powstaje wówczas niebezpieczny mechanizm. Najpierw politycy przedstawiają określony scenariusz jako poważne zagrożenie. Następnie instytucje państwowe dostosowują do niego swoje działania, media regularnie go omawiają, a obywatele przyzwyczajają się do myśli, że konflikt jest tylko kwestią czasu. W końcu każda kolejna decyzja militarna jest interpretowana jako potwierdzenie wcześniejszego ostrzeżenia.
I tak można stworzyć rzeczywistość, w której nie trzeba już nikogo przekonywać, że wojna nadchodzi. Wystarczy, że wszyscy wokół zachowują się tak, jakby była nieunikniona. W tym miejscu warto jednak zadać jeszcze jedno pytanie: czy takie podejście zwiększa bezpieczeństwo, czy może w określonych okolicznościach zaczyna je podważać?
Państwo przygotowane do obrony może odstraszać potencjalnego agresora. Państwo, które bez przerwy komunikuje nieuchronność wojny, może w ten sposób utrudniać dyplomację, wzmacniać wzajemną nieufność i zawężać pole politycznych rozwiązań. Nie jest to automatyczny skutek zbrojeń ani ostrzeżeń, ale ryzyko, którego nie wolno ignorować.
W dodatku politycy nie zawsze potrafią wycofać się z własnych deklaracji. Jeżeli przez lata przekonują obywateli, że przeciwnik szykuje się do ataku, późniejsze porozumienie może zostać przedstawione jako słabość, ustępstwo albo zdrada. W ten sposób retoryka, która miała wzmacniać bezpieczeństwo, może zacząć ograniczać możliwości zakończenia konfliktu. A przecież dyplomacja nie polega na tym, żeby rozmawiać wyłącznie z przyjaciółmi. Polega przede wszystkim na tym, żeby rozmawiać z przeciwnikami, zanim przestaną wystarczać słowa.
Prowokacja, czyli niebezpieczne igranie z ogniem
Nie mogę dziś wykluczyć, że w przyszłości nie dojdzie do działań wojennych, w które zostaną zaangażowane państwa europejskie. Nie jestem wróżbitą, nie mam dostępu do tajnych rządowych planów i nie zamierzam udawać, że potrafię zajrzeć do głów ludzi podejmujących decyzje w Moskwie, Waszyngtonie, Berlinie czy Warszawie. Nie widzę jednak podstaw, by z góry uznawać, że rosyjski atak na państwa NATO jest nieunikniony. Takie ryzyko należy brać po uwagę, a nawet analizować, ale nie można zastępować dowodów, politycznymi deklaracjami ani traktować najgorszego scenariusza jak pewności.
Zastanawia mnie natomiast inny mechanizm, o którym w europejskiej debacie mówi się zdecydowanie rzadziej, niż powinno. Chodzi o możliwość wywołania szerszego konfliktu w wyniku incydentu, błędnej oceny sytuacji lub prowokacji, której sprawca pozostanie nieznany albo, której rzeczywisty przebieg zostanie przedstawiony opinii publicznej w sposób niepełny. Nie twierdzę, że istnieje konkretny plan zorganizowania takiego wydarzenia. Nie mam na to niezbitych dowodów. Uważam jednak, że ryzyko eskalacji powinno być przedmiotem poważnej dyskusji, zwłaszcza w sytuacji, gdy relacje między Rosją a państwami NATO są obciążone wojną w Ukrainie, wzajemnymi oskarżeniami i rosnącą nieufnością. Jednak poważna dyskusja, nie powinna mieć miejsca w przestrzeni medialnej, bo tę powinni prowadzić specjaliści, czyli wojskowi, ale z udziałem rządu i prezydenta.
Historia zna przypadki, w których incydenty, błędne informacje i nieprawidłowo odczytane intencje przeciwnika prowadziły do decyzji o konsekwencjach znacznie poważniejszych, niż początkowo zakładano. Nie każdy konflikt musi być rezultatem jednego wielkiego planu. Czasami wystarczy kilka błędów, polityczna presja i przekonanie, że ustępstwo odczytane zostanie jako słabość.
Wyobraźmy sobie sytuację, w której dochodzi do poważnego incydentu na granicy jakiegoś państwa należącego do struktur NATO, będzie to np. atak na infrastrukturę krytyczną albo zdarzenie powodujące ofiary wśród ludności cywilnej. Jeżeli informacje są niepełne, emocje rosną, a politycy znajdują się pod presją natychmiastowej reakcji. Zanim śledczy ustalą sprawców i okoliczności, opinia publiczna może już domagać się odwetu. Jeżeli w takiej atmosferze pojawi się przekonanie, że odpowiedzialność Rosji jest oczywista, nawet gdy dowody pozostają niejednoznaczne, ryzyko eskalacji wzrośnie. A kiedy pierwsze wojskowe decyzje zostaną podjęte, ich konsekwencje mogą być trudne do odwrócenia.
Właśnie dlatego tak ważne są procedury weryfikacji informacji, komunikacja kryzysowa i polityczna powściągliwość. Państwo musi być zdolne do zdecydowanej odpowiedzi na agresję, ale musi również potrafić odróżnić rzeczywisty atak od incydentu, prowokacji lub błędu.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że w atmosferze permanentnego zagrożenia, każda informacja może zostać dopasowana do wcześniej przyjętej narracji. Jeżeli społeczeństwo przez lata słyszy, że Rosja lada moment zaatakuje, to kolejny incydent może zostać uznany za potwierdzenie tej tezy, zanim ktokolwiek zdąży rzetelnie zbadać sprawę.
I tu wracamy do pytania z tytułu. Czy wojnę można zaprojektować? Można projektować scenariusze, przygotowywać społeczeństwa do określonych reakcji i budować polityczne uzasadnienie dla działań militarnych. Można również wykorzystywać strach, żeby ograniczać przestrzeń dla debaty i przedstawiać decyzje podejmowane przez władzę jako jedyne możliwe. Nie wynika z tego jednak, że każda wojna jest rezultatem tajnego planu, a każdy kryzys został celowo wywołany. Czasami wystarczy, że strony tak długo przygotowują się na wojnę, aż zaczynają podejmować decyzje, które czynią ją bardziej niż prawdopodobną.
To mechanizm znacznie mniej sensacyjny od opowieść o wszechpotężnych reżyserach światowej polityki, ale właśnie dlatego wart poważnego potraktowania. Jednak, nie samą wojnę, ale jej zarzewie, zaprojektować już można, a i na to mamy przykłady, i na dodatek w polsko-niemieckiej historii.
Ekonomia nie lubi ruin
Na koniec pozostaje kwestia, której w dyskusjach o bezpieczeństwie często nie poświęca się wystarczającej uwagi. Chodzi o gospodarkę. Nie wierzę, że Rosja musi dążyć do militarnego podboju Europy, żeby próbować ją sobie podporządkować lub osłabić. Moskwa może uznawać za korzystniejsze odzyskanie wpływów ekonomicznych, wymuszanie ustępstw i budowanie zależności gospodarczych. Taki scenariusz nie wyklucza używania siły, ale wskazuje, że wojna totalna nie musi być dla Kremla najbardziej pożądanym rozwiązaniem.
Dlaczego? Ponieważ konflikt zbrojny na wielką skalę oznacza ogromne koszty, ryzyko kolejnych sankcji, zniszczenie infrastruktury, ograniczenie handlu i nieprzewidywalne konsekwencje polityczne. Nawet państwo dysponujące znacznymi zasobami, nie może bez końca prowadzić wojny, nie licząc się z jej wpływem na własną gospodarkę. Jeżeli natomiast celem jest dominacja ekonomiczna, trudno uznać za racjonalne rozwiązanie zniszczenie potencjalnych rynków zbytu i permanentne zepsucie stosunków z partnerami handlowymi. Nie oznacza to, że państwa zawsze postępują racjonalnie, to akurat wiemy. Ale ambicje polityczne, błędne kalkulacje i przekonanie o własnej sile, potrafią doprowadzić do katastrofy. Nie można więc wykluczyć wojny tylko dlatego, że byłaby kosztowna.
Warto jednak pytać, komu i w jakich okolicznościach opłaca się eskalacja, jakie cele można osiągnąć bez użycia siły i, czy istnieją możliwości ograniczenia napięcia? Bez takich pytań polityka bezpieczeństwa staje się wyłącznie rachunkiem zdolności wojskowej, choć pozbawionym szerszego kontekstu.
Nie trzeba być nawet ekonomistą, żeby zrozumieć podstawową zależność, iż zrujnowana gospodarka nie jest najlepszym narzędziem do budowania trwałych wpływów. Jeżeli Rosja rzeczywiście chce w przyszłości odbudować część relacji handlowych z Europą, to wielka wojna z państwami Unii Europejskiej, byłaby dla niej przeszkodą o trudnych do oszacowania konsekwencjach. Tyle że nie należy również popadać w drugą skrajność i zakładać, iż handel zawsze powstrzymuje państwa przed konfliktem. Rosja zaatakowała Ukrainę mimo wcześniejszych więzi gospodarczych z wieloma państwami europejskimi. Ergo, interesy ekonomiczne są ważne, ale nie stanowią gwarancji pokoju.
Dlatego właśnie potrzebujemy chłodnej analizy, a nie wiary w jeden uniwersalny scenariusz, który rzekomo tłumaczy wszystko.
Nie chcę wojny. Chcę wiedzieć, kto i dlaczego mnie nią straszy
Nie mam przekonania, że wszystkie przedstawione przeze mnie scenariusze są równie prawdopodobne. Nie mam również pewności, że którykolwiek z nich rozstrzygnie o przyszłości Europy. Obserwuję wydarzenia, słucham wypowiedzi polityków, analizuję ich decyzje i próbuję zestawiać ze sobą fakty, które nie zawsze układają się w spójną całość. Wielokrotnie przecież otrzymujemy komunikaty wzajemnie sprzeczne. Z jednej strony słyszymy, że wojna z Rosją ma być nieunikniona, z drugiej zaś, że państwa europejskie nadal analizują możliwości przyszłych relacji gospodarczych z Moskwą. Politycy mówią o konieczności odstraszania, ale nie zawsze wyjaśniają, jakie konkretne działania przeciwnika uzasadniają ich najbardziej alarmistyczne słowa.
Nie znaczy to jednak, że powinniśmy lekceważyć zagrożenie. Ale mamy prawo oczekiwać od władz czegoś więcej, niż tylko kolejnych ostrzeżeń. Mamy prawo wiedzieć, które informacje pochodzą z wiarygodnych źródeł, które scenariusze są rzeczywiście analizowane przez wojsko i wywiad, a które stanowią polityczne przewidywania. Mamy również prawo pytać o koszty podejmowanych decyzji oraz o to, jakie działania dyplomatyczne są prowadzone, aby ograniczyć ryzyko konfliktu.
Nie chcę natomiast, zapewne jak miliony Europejczyków – żyć w przekonaniu, że wojna jest nieunikniona, tylko dlatego, że politycy regularnie powtarzają mi, iż powinienem się jej spodziewać. Nie zamierzam również przyjmować bezkrytycznie zapewnień, że Rosja na pewno nie zaatakuje, ponieważ jej interesy gospodarcze przemawiają za pokojem. Prawda może być znacznie bardziej skomplikowana niż oba te stanowiska.
Nie wykluczam, że w przyszłości dojdzie do poważnego konfliktu z udziałem państw europejskich. Nie widzę jednak podstaw, aby już dziś przedstawiać go jako nieuchronny rezultat rosyjskiej polityki. Nie mam też dowodów na istnienie planu sprowokowania takiego konfliktu, choć uważam, że ryzyko prowokacji, błędnej oceny sytuacji i niekontrolowanej eskalacji należy traktować poważnie. A przede wszystkim nie wierzę, że odpowiedzialna polityka bezpieczeństwa może polegać na nieustannym straszeniu obywateli. Państwo powinno przygotowywać się na najgorsze, ale jednocześnie robić wszystko, aby do najgorszego nie doszło. To dwie strony tego samego obowiązku, a nie alternatywne strategie.
Jeżeli europejscy przywódcy naprawdę obawiają się wojny, powinni nie tylko zwiększać wydatki na obronność, lecz także wyjaśniać obywatelom, na czym opierają swoje prognozy, jakie są rzeczywiste zamiary przeciwnika i jakie drogi dyplomacji pozostają otwarte. Odwaga nie polega wyłącznie na przygotowywaniu się do walki. Czasami wymaga również prowadzenia rozmów z kimś, kogo nie darzy się zaufaniem. I właśnie tutaj pozostaję sceptyczny wobec części europejskiej polityki. Nie dlatego, że uważam Rosję za państwo niewinne, jak dziewica o poranku, ani dlatego, że wierzę w pokojowe intencje Władimira Putina. Po prostu nie przyjmuję za pewnik każdego zdania, które politycy przedstawiają jako oczywistość.
Przepraszam, ale nie wierzę w scenariusz, według którego wojna z Europą jest już przesądzona, a jej wybuch stanowi jedynie kwestię czasu. Widzę zbyt wiele sprzecznych interesów, zbyt dużo gospodarczych zależności i taką obfitość niewiadomych, aby uznać taką tezę za udowodnioną.
Niestety nie mogę zagwarantować pokoju, bo nikt rozsądny nie powinien składać takich obietnic. Mogę natomiast powiedzieć jedno: nie wolno mylić przygotowania do wojny z dowodem, że wojna jest nieunikniona. Nie wolno również traktować strachu, jako substytutu informacji, a politycznych deklaracji, jako niepodważalnych faktów. Bo jeżeli przez wystarczająco długi czas będziemy przekonywać ludzi, że wojna jest tuż, w końcu przestaną pytać, jak jej uniknąć. Zaczną pytać wyłącznie o to, jak się do niej przygotować. A wtedy ci, którzy powinni przede wszystkim szukać sposobów na utrzymanie pokoju, mogą niepostrzeżenie stać się zakładnikami własnej wojennej doktryny.
I to jest scenariusz, którego obawiam się znacznie bardziej niż kolejnej konferencji prasowej, na której ktoś z poważną miną oznajmi, że nad Europą znów zbierają się czarne chmury.
Bogdan Feręc
Photo by Lothar Boris Piltz on Unsplash – zdjęcie ilustracyjne


