Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Jak Kaczyński Czarnka usadził?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Od kilku lat słyszało się na pisowskich korytarzach, że poseł Przemysław Czarnek mógłby się stać naturalnym, a może mniej naturalną drogą następcą prezesa Jarosława Kaczyńskiego. To była oczywiście tajemnica Poliszynela, ale plotki pojawiały się od czasu do czasu, były następnie dementowane, a nawet wyśmiewane przez członków Prawa i Sprawiedliwości, którzy twierdzili, że obecny prezes ma w ugrupowaniu dożywcie. W polityce jednak „dożywocie” bywa pojęciem elastycznym, bo niby trwa wiecznie, ale wszyscy co jakiś czas spoglądają na zegarek.

Co prawda w mojej opinii, Pan Kaczyński powinien być już od dawna na zasłużonej emeryturze, bo w przypadku polityków, również widziałbym zasadę możliwości pracy do określonego wieku, czyli, jako zwykły poseł, powinien nabyć prawa emerytalne, jak typowy pracownik. To z kolei oznacza, że 65 lat i paszła na emeryturę. Mogliby jednak dokończyć kadencję, o ile prawa emerytalne wyniknęłyby w trakcie sprawowania mandatu posła lub senatora, ale o kolejnej turze powinni wówczas już zapomnieć. Byłaby to zresztą zdrowa zasada i w pewnym sensie elegancka, gdyż wprowadzałaby do polityki trochę tej zwyczajnej, ludzkiej logiki, która obowiązuje w większości zawodów. Lekarz, kierowca czy górnik przechodzą na emeryturę, więc dlaczego polityk miałby być wieczny jak pomnik z brązu na miejskim skwerze?

Wróćmy jednak do posła Czarnka, bo to właśnie jego nazwisko coraz częściej krążyło w politycznych rozmowach. Słyszało się, że to on mógłby silną ręką poprowadzić ugrupowanie PiS do świetlanej przyszłości, by aktualny prezes zajął się pisaniem wspomnień i został obwoźnym symbolem ugrupowania, czyli takim trochę Leninem – wiecznie żywym. Z lat dawniejszych wiemy przecież, że partie polityczne lubią mieć swoje pomniki jeszcze za życia, najlepiej takie, które można wystawić na konwencji i pokazać elektoratowi jak relikwię, czyli Jarosław Kaczyński spełnia kryteria.

Wewnętrzna walka o przywództwo w Prawie i Sprawiedliwości trwa przecież od lat, a toczy się, choć nikt tego nie przyzna, pomiędzy różnymi wizjami prowadzenia polityki przez to ugrupowanie. Jednak głębsza analiza pokazuje, że choć kierunek jest właściwie zgodny – obalić Tuska, tak metody są różne. Jedni wolą iść szybkim marszem, inni bardziej politycznym slalomem między przeszkodami.

Te właśnie różnice dały możliwość ścierania się przynajmniej dwóch frakcji wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, a na czele jednej z nich stał właśnie poseł Przemysław Czarnek. W ostatnim roku coraz częściej w szeptanych komentarzach mówiło się, że to właśnie on byłby stać się dobrym następcą Jarosława Kaczyńskiego, co z całą pewnością dotarło do prezesa. Na to musiał zareagować, bo o ile odejdzie z polityki, a i zadecyduje, że nie będzie już „wodzem prawicy”, to raczej on zdecyduje, kiedy, a nawet namaści swojego następcę.

Z wypowiedzi słyszanych w tej sprawie można było wysnuć wniosek, że Jarosław Kaczyński nie był raczej entuzjastycznie nastawiony do wyboru Czarnka. Może nie napisał listu do członków partii, jak uczynił to Lenin, który ostrzegał przed Stalinem, by odsunęli go od wszelkich stanowisk, ale sam zagrał w politycznego pokera, a to gra dla ludzi o stalowych nerwach i dobrym instynkcie.

Otóż właśnie dowiadujemy się, że Pan Przemysław Czarnek stał się kandydatem na premiera domniemanego rządu PiS, kiedy już pogoni się Koalicję Obywatelską. I tu zaczyna się prawdziwa polityczna łamigłówka. Zamiast bowiem toczyć wewnątrzpartyjne boje, prezes Kaczyński mógł zneutralizować „wroga”, dając mu zadanie do wykonania. Tym zaś jest stworzenie gabinetu, aby zająć chłopu ręce i żeby zajął się czymś, co zajmuje dużo czasu, aby przestał myśleć o stanowisku wodza dla siebie. To zresztą stara metoda polityczna i kiedy ktoś rośnie w siłę, daje mu się odpowiedzialność. Jeśli sobie poradzi, dobrze dla partii, a jeżeli nie, problem rozwiązuje się sam. Polityka bywa w takich momentach zadziwiająco podobna do naszego życia codziennego.

Nie można jednak powiedzieć z pełnym przekonaniem, że sytuacja nie jest odwrotna i nie doszło do porozumienia pomiędzy Kaczyńskim a Czarnkiem. Być może ogłaszając osobę na stanowisko Prezesa Rady Ministrów, realizuje się inny, szelmowski plan usadzenia przeciwników Przemysława Czarnka. Jest wielce prawdopodobne, że zarówno prezes Prawa i Sprawiedliwości, jak i osoby skupione blisko premiera in spe, miały na myśli łagodniejsze przejęcie władzy w partii.

Wyobraźmy sobie przecież taką sytuację, że kolejne wybory w jakiś sposób wygrywa PiS, a przynajmniej z takim poparciem, że może zaprosić do rządzenia kogokolwiek, aby powstał rząd koalicyjny. Wówczas namaszczony na szefa gabinetu Czarnek tworzy swój rząd, a Jarosław Kaczyński – z zawodu prezes, ogłasza swoje odejście z polityki po osiągnięciu założeń, jakie postawione zostały przez ugrupowanie.

Kto wówczas staje się kandydatem na fotel prezesa Prawa i Sprawiedliwości? Największe szanse będzie miał właśnie premier, czyli Przemysław Czarnek, a może też dojść do sytuacji, że ustępujący prezes wskaże swoje preferencje, więc da zielone światło, aby w partyjnym głosowaniu kandydatura nowego lidera opierała się właśnie na premierze. W polityce takie gesty mają ogromne znaczenie i czasem jedno zdanie wypowiedziane przez lidera potrafi zamknąć dyskusję szybciej niż długie partyjne narady.

Reasumując, Czarnek jest ze wszech stron wygrany, bo o ile zostanie tylko premierem, to będzie miał realny wpływ na całe państwo, ale będzie potrzebował do tego wsparcia Prawa i Sprawiedliwości, by „przepychać” wszelkie ustawy. Do tego, jakby został jeszcze prezesem PiS, to już w ogóle skupia w swoich rękach potężną władzę, czyli staje się, przynajmniej przez jakiś czas, osobą nie do ruszenia.

Dodatkowo można wspomnieć jeszcze wątek stosunków Pana Czarnka z prezydentem Nawrockim, a te są dobre. Poseł Prawa i Sprawiedliwości bardzo często w ciepłych słowach wypowiada się o aktualnej głowie państwa. Do tego obu panom jest blisko do siebie pod względem ideologicznym, co może zwiastować całkiem dobrą współpracę pomiędzy potencjalnym rządem PiS a Pałacem Prezydenckim. W polskiej polityce taka zgodność bywa rzadkością, więc gdy już się pojawia, od razu zaczyna działać jak dobrze naoliwiona maszyna. Oczywiście przyszły premier z PiS, musi pamiętać, że prezydent Nawrocki, nie jest Andrzejem Dudą, więc będzie miał własne zdanie w wielu sprawach, a to nie oznacza, że podpisze wszystkiego, co trafi na jego biurko.

Na sam koniec został jeszcze tylko prezes Jarosław Kaczyński, bo zaczynam w nim widzieć pewną przemianę. Przestał chyba już myśleć, że to on będzie władcą absolutnym, gdyż rozdawanie stanowisk i desygnowanie całkiem sprawnych polityków na eksponowane stanowiska wskazuje, iż wszedł w jesień swojego politycznego życia. Ta w polityce bywa ciekawa, bo to i liście spadają, ale drzewa wciąż stoją, a czasem właśnie wtedy, gdy wydaje się, że wszystko powoli cichnie, zaczynają kiełkować nowe ambicje, nowe układy i nowe historie, które za kilka lat ktoś znowu opisze w jakimś felietonie.

Bogdan Feręc

Fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version