Pamiętacie jeszcze artykuł z soboty, w którym główną postacią stała się cicha i niemal wycofana z życia politycznego Pani prezydent Catherine Connolly? Punktem wyjścia był wtedy Pakt Migracyjny, ale także proces przyspieszenia nadawania obywatelstw migrantom, więc proces, który może budzić uzasadnione zastrzeżenia i rodzić pytania o przyszły kształt irlandzkiego społeczeństwa.
Tym razem jednak nie chodzi wyłącznie o sam pakt i nie będzie też o samej Pani prezydent, choć jej wybór przyjąłem z pewnym, acz umiarkowanym zadowoleniem, głównie dlatego, że zablokował możliwość objęcia urzędu przez jej kontrkandydatkę. Już wtedy pojawiła się jednak wątpliwość, czy lewicowe poglądy Catherine Connolly nie obrócą się przeciwko samej Irlandii. Dziś widać pierwszy polityczny sygnał nowej głowy państwa, a sygnał, który może stać się zarzewiem społecznego niezadowolenia.
Sprawa jest poważniejsza, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, bo nie dotyczy jedynie jakiegoś tam dokumentu, jednej decyzji administracyjnej czy jednego środowiska politycznego. Dotyczy kierunku, w którym podąża, czy też będzie podążać to państwo. Dotyczy tego, czy irlandzka polityka migracyjna będzie jeszcze kształtowana z uwzględnieniem interesu społecznego i realnych możliwości państwa, czy też stanie się jedynie wykonaniem szerszego projektu politycznego, którego centrum decyzyjne znajduje się poza Dublinem.
Patrzę na to jednak z jeszcze jednej strony i jak zwykle tworzę scenariusze przyszłości, tej niedalekiej, bo związanej z nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi. W mojej ocenie Irlandczycy, a szerzej mieszkańcy kraju posiadający prawo do głosowania, znaleźli się w politycznym potrzasku.
Dlaczego? Ponieważ układ sił politycznych prowadzi dziś do sytuacji, w której wyborca niezadowolony z obecnej polityki państwa nie widzi realnej alternatywy.
Fianna Fáil oraz Fine Gael, czyli dwa ugrupowania od lat dominujące na irlandzkiej scenie politycznej, utraciły znaczną część zaufania społecznego. Narasta zmęczenie ich sposobem rządzenia, a obywatele coraz głośniej deklarują, że nie chcą już oddawać na nie głosu. Powodów jest wiele, czyli kryzys mieszkaniowy, presja inflacyjna, rosnące koszty życia, przeciążenie usług publicznych, a także poczucie, że władza przestała reagować na społeczne obawy związane z migracją.
Naturalne wydawałoby się więc zwrócenie ku alternatywie, jaką jest Sinn Féin, a w prostej linii partii, która od lat buduje swoją pozycję jako główny przeciwnik establishmentu. Jednak i tutaj pojawia się poważny problem. Ugrupowanie Mary Lou McDonald nie jest formacją prawicową ani nawet do końca centrową, choć wciąż próbuje przedstawiać się w taki sposób. W programie i wypowiedziach jej polityków wyraźnie obecne są odniesienia lewicowe, a część przedstawicieli tego ugrupowania mówi otwarcie, że ideowo bliżej im do lewego skrzydła. To nie jest detal polityczny, lecz istotna informacja dla tych wyborców, którzy oczekują zasadniczej zmiany kursu w sprawach społecznych i migracyjnych.
Co wydaje się też ważne, Sinn Féin bardzo rzadko wypowiada się jednoznacznie za ograniczeniem migracji. Raczej lawiruje w tej kwestii, unikając zdecydowanych deklaracji. Taka ostrożność może być odbierana jako polityczna kalkulacja, ale może też prowadzić do prostego wniosku, że migracja nie jest dla tej partii problemem wymagającym zdecydowanej korekty.
W tym miejscu rodzi się więc zasadnicze pytanie: czy Sinn Féin stanie się lub może być prawdziwą alternatywą dla proeuropejskich Fianna Fáil i Fine Gael? W obecnym układzie trudno odpowiedzieć twierdząco. Jeżeli bowiem alternatywa polityczna nie oferuje realnej i widocznej na pierwszy rzut oka zmiany w jednym z najważniejszych obszarów napięcia społecznego, staje się jedynie alternatywą personalną, a nie programową. Zmieniają się nazwiska, zmienia się retoryka, ale kierunek strategiczny pozostaje ten sam.
To jednak nie koniec politycznego dylematu, bo na scenie obecne są także ugrupowania typowo lewicowe, takie jak Partia Pracy i Socjaldemokraci. Oba środowiska liczą zapewne na polityczne wzmocnienie wynikające z wyboru na głowę państwa Catherine Connolly. Jeżeli ten kapitał polityczny przełożyłby się na wyższe wyniki wyborcze, moglibyśmy mieć do czynienia z budową szerokiego bloku lewicowego.
Nie należy oczywiście zakładać ich samodzielnego zwycięstwa, ale lewicowa koalicja stałaby się realnym scenariuszem. W takim natomiast układzie presja na pełne wdrażanie unijnych rozwiązań migracyjnych mogłaby być jeszcze silniejsza.
Pamiętajmy jednak, że nie chodzi tutaj o publicystyczne hasła, lecz o bardzo konkretną konsekwencję polityczną, czyli ograniczenie krajowej autonomii w obszarze migracji i dalsze podporządkowanie polityki wewnętrznej decyzjom podejmowanym na poziomie unijnym. Właśnie dlatego osoby posiadające prawa wyborcze w Irlandii mogą wkrótce stanąć przed wyborem wyjątkowo trudnym. Nie dlatego, że nie będzie na kogo głosować, ale dlatego, że żaden z głównych kierunków politycznych nie daje dziś gwarancji zasadniczej zmiany. To sytuacja szczególnie niebezpieczna dla demokracji, ponieważ rodzi frustrację, poczucie bezsilności i przekonanie, że niezależnie od wyniku wyborów podstawowe decyzje pozostaną niezmienne.
Konkludując, to właśnie w takich warunkach narasta napięcie społeczne.
Jednym z najważniejszych obszarów tego napięcia jest przecież kwestia migracji i nie dlatego, że społeczeństwo z zasady odrzuca ludzi z zewnątrz, lecz dlatego, że rośnie obawa przed utratą kontroli nad skalą oraz tempem zmian, czytaj podmiany społecznej. W debacie publicznej zbyt często pomija się fakt, że problemem nie jest samo zjawisko migracji, lecz sposób nim zarządzania. Państwo, które nie kontroluje procesów migracyjnych, naraża się na konflikty społeczne, pogłębiający kryzys usług publicznych i osłabienie zaufania obywateli do instytucji.
Właśnie dlatego pojawiają się głosy ostrzegające przed niekontrolowanym napływem ludności z różnych obszarów świata, które mogą radykalnie zmienić strukturę społeczną kraju. To temat trudny i niewygodny, ale i nie wolno go ignorować.
Piszę o tym również z pełną świadomością, że patrzę na sytuację z perspektywy migranta. To fakt i nie zamierzam go ukrywać, że sam jestem elementem tego całego ruchu migracyjnego, sam korzystam z możliwości, jakie dała nam, Polakom w 2004 roku otwarta Europa. Jednak istnieje w tym zasadnicza różnica, na którą zwracają uwagę sami Irlandczycy. W licznych rozmowach słyszę, że nie mają problemu z Polakami, Słowakami, Węgrami, Niemcami, Francuzami czy Hiszpanami, a gdy pytam, dlaczego, odpowiedź brzmi bardzo podobnie: „Jesteśmy z tego samego kręgu kulturowego, mamy podobne wychowanie, podobną historię i rozumiemy zasady, które obowiązują w Europie”.
To nie jest slogan ani uproszczenie, to wyrażenie realnego społecznego odczucia, które powinno być przedmiotem poważnej analizy politycznej. Wspólnota kulturowa, podobne normy społeczne i zbliżone wzorce funkcjonowania mają znaczenie dla procesu integracji. Im większy dystans kulturowy, tym większe wyzwania dla państwa, administracji i lokalnych społeczności. Ignorowanie tego faktu w imię poprawności politycznej prowadzi do błędnych decyzji. Nie dlatego, że różnorodność jest zła, lecz dlatego, że każda polityka migracyjna wymaga realizmu.
Irlandia stoi dziś przed wyborem nie tyle partyjnym, ile cywilizacyjnym i, czy zachowa zdolność samodzielnego określania granic własnej polityki społecznej, a także migracyjnej, czy też będzie biernie akceptować procesy, których skutki odczuje całe społeczeństwo.
Niepokój społeczny, który dziś jest jeszcze rozproszony, może wkrótce przybrać bardziej zdecydowaną formę. Nie dlatego, że społeczeństwo staje się radykalne, ale dlatego, że brak realnego wyboru politycznego zawsze prowadzi do destabilizacji nastrojów.
Odnoszę wrażenie, że najtrudniejszy wybór Irlandczyków jest właśnie przed nimi i nie będzie to wybór między partiami, lecz wybór między utrzymaniem wpływu na kierunek własnego państwa a pogodzeniem się z polityką, na którą obywatele mają coraz mniejszy wpływ. Właśnie dlatego najbliższe decyzje polityczne mogą okazać się jednymi z najważniejszych w najnowszej historii Irlandii.
Żeby jednak założyć klamrę domknięcia, tego typu propozycje mają wpływ na mnie i to zanim weszły w życie lub rozpoczęły swoją drogę legislacyjną. Jakiś czas temu rozpocząłem proces naturalizacji, więc nieśpiesznie, ale starałem się o irlandzkie obywatelstwo. Teraz natomiast muszę się zastanowić, czy chcę być obywatelem państwa, które rozdawać będzie swoje paszporty na prawo i lewo. Zapyta ktoś, czy mam prawo oceniać, kto w Irlandii powinien dostać obywatelstwo? Nie, takiego prawa na szczęście nie mam, ale zawsze mogę wyrazić swoją opinię i właśnie to zrobiłem, gdyż może nie tylko ja zastanawiam się, czy mój irlandzki paszport, miałby znaleźć się w grupie ludzi z innych, dalekich od europejskich kultur.
Bogdan Feręc
Photo by Aaron Burden on Unsplash

