Obecne zawieszenie broni pomiędzy Iranem, Stanami Zjednoczonymi a Izraelem, a nawet zapowiedzi podpisania porozumienia, które zakończyć ma wojnę, to nic innego jak ordynarna przerwa techniczna. Każdy, kto posiada choćby szczątkową umiejętność analitycznego myślenia i nie karmi się papką serwowaną przez wielkie agencje prasowe, widzi wyraźnie, że mamy do czynienia wyłącznie z manewrem zwodzącym. Strony tego konfliktu nie zasiadły do stołu negocjacyjnego w poszukiwaniu trwałego pokoju, lecz po to, by w warunkach chwilowego wyciszenia operacyjnego dostosować koncepcję walki, przegrupować siły i zmodyfikować doktryny militarne. Wszystko to służy jednemu celowi, czyli wyprowadzeniu w kolejnych krokach uderzenia ostatecznego, które trwale zredefiniuje układ sił na Bliskim Wschodzie.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest dziecinnie prosta, bo Państwo Żydowskie wcale nie zrezygnowało z fundamentalnej dla swojej doktryny politycznej i religijnej idei stworzenia tak zwanego Wielkiego Izraela. Projekt ten zakłada bezpardonowe zagrabianie terytoriów sąsiadów oraz całkowitą hegemonię w regionie, ale wymaga jednak potężnego zaplecza finansowego i logistycznego, a także permanentnego osłabiania regionalnych rywali. Toczące się obecnie negocjacje to jedynie teatr dla gawiedzi, cynicznie reżyserowany spektakl, którego jedynym zadaniem jest zaszczepienie w zachodnich społeczeństwach złudnej nadziei, że sytuacja geopolityczna zmierza w dobrym kierunku.
Tymczasem wojna wcale nie znajduje się w stanie wygasania. Przeciwnie – pod fasadą dyplomatycznych uśmiechów i pustych deklaracji, machina wojenna pracuje na pełnych obrotach, a prawdziwe cele tej rozgrywki leżą głęboko pod ziemią i na dnie mórz.
Żeby w pełni zrozumieć dramaturgię i bezwzględność tego starcia, należy natychmiast przenieść wzrok na drugi akt tego samego spektaklu. Pod osłoną zabójczych działań wojennych, które absorbują uwagę opinii publicznej i dominują na czołówkach gazet, w ciszy gabinetów oraz pod osłoną militarnych eskort realizowany jest gigantyczny projekt infrastrukturalny. Mowa o gazociągu łączącym Izrael z Europą. Ten strategiczny korytarz energetyczny docelowo będzie miał możliwość dostarczania na Stary Kontynent 10 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie, co stanowi około jednej piątej wolumenu, jaki Europa przed rokiem 2022 kupowała od Federacji Rosyjskiej. Co więcej, plany zakładają szybkie podwojenie tej przepustowości.
Izraelski gazociąg już teraz przecina dno Morza Śródziemnego, biegnie przez Włochy i ma swój ostateczny punkt docelowy w Niemczech, czyli w gospodarczym sercu kontynentu. Kluczowe pola gazowe zaangażowane w ten gigantyczny projekt zostały bezwzględnie zintegrowane i włączone do sieci Eastmed Posejdon. Ta potężna magistrala prowadzi od wybrzeży Cypru, przez Kretę, bezpośrednio do Grecji, skąd surowiec płynie do Włoch, a następnie rozlewa się na niemal całą Europę. Pierwsza nitka tego projektu, licząca bez mała tysiąc dziewięćset kilometrów długości, powstaje pod całkowitą, żelazną kontrolą Waszyngtonu oraz Tel Awiwu.
Złoża, które będą bezlitośnie eksploatowane w ramach tego przedsięwzięcia, formalnie należą do Cypru oraz Izraela, a mowa tu o gigantycznych polach takich jak Lewiatan, Tamar, Karisz oraz Aphrodite. Łącznie kryją one w sobie zapasy błękitnego paliwa szacowane na długie dziesięciolecia, co w praktyce oznacza generowanie kolosalnych, trudnych do wyobrażenia wpływów do zaledwie kilku wybranych korporacyjnych i państwowych kas. Warto w tym miejscu zadać kluczowe, arcyniewygodne pytanie: do kogo tak naprawdę należą te zasoby, a dokładniej, kto posiada realną władzę operatorską nad tymi polami? W tym momencie kurtyna opada całkowicie, a na światło dzienne wychodzą najpotężniejsze korporacje ze Stanów Zjednoczonych, z Chevronem i ExxonMobil na czele. Żeby nie pozostawiać złudzeń co do skali powiązań i pośpiechu, w jakim sankcjonowano ten układ, wystarczy przypomnieć, że pod koniec ubiegłego roku Chevron podpisał z rządem w Tel Awiwie strategiczną umowę opiewającą na astronomiczną kwotę około 35 miliardów dolarów.
W tym kontekście pora porzucić naiwność i zastanowić się rzetelnie, czy Izraelowi oraz Stanom Zjednoczonym, które za pomocą opisanych wyżej narzędzi bezpardonowo przejmują kontrolę nad wydobyciem i dostawami paliw kopalnych na Bliskim Wschodzie, ale też, czy zależy im na jakichkolwiek konkurentach? Odpowiedź brzmi: absolutnie nie.
Teokratyczny i militarny Iran był dla tego tandemu śmiertelnym zagrożeniem i bezpośrednim rywalem rynkowym. Nie można zatem wykluczyć, a wręcz należy przyjąć jako wysoce prawdopodobną hipotezę, że wojna kinetyczna z Teheranem stała się jedynie pretekstem do fizycznego zniszczenia irańskich możliwości wydobywczych oraz przetwórczych w zakresie węglowodorów. Chodziło o to, by najpierw wyeliminować przeciwnika z gry, zabezpieczyć własny monopol, a w dłuższej perspektywie stworzyć dogodne warunki do ewentualnego, siłowego przejęcia bajecznie bogatych irańskich złóż. Wychodzi więc na to, że program atomowy Iranu, był jedynie pretekstem, jak np. operacja „Pustynna Burza” w Iraku.
Jeśli jednak ta nowo powstająca nitka gazociągu, która właśnie zaczyna swój geopolityczny żywot, okaże się sukcesem, kto zagwarantuje, że pozostanie ona jedyną, że surowiec płynąć będzie z innych kierunków? Imperialna logika pokazała już wielokrotnie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, czyli kolejne magistrale mogą powstać po to, by zaopatrywać w gaz i ropę dynamicznie rozwijające się w szybkim tempie Chiny. W ten sposób Waszyngton zyskałby ostateczne, „atomowe” narzędzie nacisku ekonomicznego – możliwość zakręcania kurka z energią dla Państwa Środka, co pozwoliłoby w pełni kontrolować chińską gospodarkę. A na tym amerykańskim jastrzębiom zależy dziś najbardziej na świecie.
Powróćmy jednak do samej istoty wojny z Iranem. Państwo to od lat stało na drodze do swobodnej realizacji tych dalekosiężnych, anglosasko-syjonistycznych planów. Co niezwykle istotne z punktu widzenia czystej ekonomii, Iran posiadał znacznie większe, a przede wszystkim drastycznie tańsze możliwości budowy gazo- i ropociągów na Stary Kontynent. Geografia sprzyjała Teheranowi, który mógł z łatwością poprowadzić swoje magistrale drogą lądową przez terytorium Turcji – bezpośrednio do Europy Wschodniej, gdzie niezbędna infrastruktura przesyłowa w dużej mierze już istnieje. Taki krok drastycznie obniżyłby koszty inwestycyjne całego przedsięwzięcia i pozwoliłby na elastyczne, rynkowe kontrolowanie cen obu kluczowych paliw dostarczanych europejskim odbiorcom.
Dla strategicznego duetu USA-Izrael ten scenariusz był nie do zaakceptowania. Prawdziwym celem wojny z Iranem nigdy nie była obrona demokracji, prawa człowieka czy likwidacja rzekomego zagrożenia nuklearnego. Chodziło i nadal chodzi o bezwzględną eliminację najgroźniejszego konkurenta ekonomicznego. Jednak, aby projekt Wielkiego Izraela mógł się ziścić, państwo to musi zostać trwale i niezależnie zabezpieczone w stabilne, gigantyczne źródła dochodu, a z kolei Stany Zjednoczone, które już teraz czerpią pełnymi garściami z geopolitycznego i gospodarczego odcięcia Federacji Rosyjskiej od sprzedaży ropy i gazu do połowy świata, zamierzają te zyski zwielokrotnić.
Waszyngton cierpi na strukturalny deficyt odbiorców i nie pozwoli, aby jakikolwiek inny podmiot na Bliskim Wschodzie uszczuplał jego imperialne dochody. W tej bezwzględnej strukturze dominacji nie można również wykluczyć, że tradycyjne monarchie arabskie, cieszące się dotychczas względną swobodą sprzedaży swoich paliw kopalnych, zmuszone będą do przejścia pod bezpośredni, twardy protektorat USA oraz Izraela. Będzie to cena, jaką zapłacą za zachowanie choćby szczątkowych i fasadowych wpływów na globalnym rynku węglowodorów.
Idąc dalej w tych rozważaniach, nie sposób nie spojrzeć z głębokim ubolewaniem na nasz własny kontynent. Unia Europejska chyba właśnie w tej chwili zaczyna z przerażeniem rozumieć, jak potworny, wręcz samobójczy błąd popełniła, bezrefleksyjnie angażując się w konflikt na Ukrainie i ślepo realizując wytyczne płynące zza Atlantyku. Warto na moment cofnąć się pamięcią do czasów sprzed pandemii, więc okresu, w którym realna gospodarka Europy, ze szczególnym uwzględnieniem niemieckiego motoru przemysłowego, trzymała się jeszcze nadzwyczaj dobrze. Działo się tak z jednego, fundamentalnego powodu, więc europejski przemysł rósł i konkurował z resztą świata tylko dlatego, że miał stały, bezpieczny dostęp do taniej ropy i gazu z Rosji.
Kiedy brukselska eurokracja, pod dyktando amerykańskich strategów, postanowiła demonstracyjnie stanąć za plecami Kijowa, naprędce przygotowano fałszywą, emocjonalną narrację o tym, że agresywny Putin zaraz „pójdzie” na Europę i nie zatrzyma się na Bugu. Jak się jednak dzisiaj okazuje, prawdziwy wróg, który dokonał udanej inwazji na europejską suwerenność gospodarczą, zaatakował z zupełnie innej, niespodziewanej flanki. Co najciekawsze, ten agresor nie ma wcale czerwonej gwiazdy ani sierpa i młota na czole.
Stany Zjednoczone i Izrael, kiedy już ostatecznie i bezpowrotnie uzależnią Europę od swoich drastycznie droższych dostaw skroplonego gazu oraz innych surowców z Bliskiego Wschodu, zaczną zapewne w pełni i bezwzględnie dyktować warunki cenowe. Ustalą je na poziomach, które będą celowo utrzymywać Stary Kontynent na granicy biologicznej i finansowej wytrzymałości. Co to oznacza w praktyce? Stuprocentową, zewnętrzną kontrolę nad rozwojem cywilizacyjnym Europy. Waszyngton i Tel Awiw nigdy więcej nie pozwolą, aby Unia Europejska wyrosła na podmiotową, suwerenną i konkurencyjną potęgę ekonomiczną na arenie międzynarodowej, czyli zostaniemy zredukowani do roli posłusznego, zubożałego wasala.
Kiedy lata temu publicznie i głośno powtarzałem, że „Ruscy” to wprawdzie trudny i cyniczny partner, któremu bezwzględnie trzeba patrzeć na ręce, którego należy bezustannie kontrolować, ale z którym ze względów czysto pragmatycznych wciąż trzeba i należy współpracować – moraliści i internetowi eksperci prześcigali się w obelgach. Nazywano mnie pogardliwie „ruską onucą”, agentem wpływu Kremla i sabotażystą. Dzisiaj jednak, w obliczu nieubłaganych faktów gospodarczych i geopolitycznych, wychodzi ponownie na moje. Prawda okazała się naga i wyjątkowo bolesna, bo najbardziej niszczycielski atak ekonomiczny na Europę nie przyszedł z Moskwy, ale od tak zwanych przyjaciół z Waszyngtonu, z którymi rzekomo łączyły nas nierozerwalne, transatlantyckie więzi braterstwa i wspólnoty wartości. Dzisiaj te pięknie brzmiące więzi na naszych oczach zamieniają się właśnie w pęta.
Co w tym wszystkim najgorsze, w wyniku naszej własnej, bezgranicznej naiwności i politycznego dyletanctwa unijnych elit, te pęta już dawno przesunęły się z kostek prosto na naszą szyję, powoli odcinając dopływ tlenu do europejskiej gospodarki.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

