Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Europejczycy zostali okłamani?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jest takie powiedzenie, że najłatwiej znaleźć winnego daleko od siebie. Kiedy gospodarka zwalnia, przedsiębiorstwa zamykają hale produkcyjne, a Europejczycy z miesiąca na miesiąc coraz dokładniej liczą każde wydane euro, zawsze znajdzie się wygodny kozioł ofiarny. Tym razem znowu padło na Chiny.

Od miesięcy słyszymy tę samą melodię, że Chińczycy zalewają Europę tanią produkcją, że europejski przemysł przegrywa, trzeba ratować naszych przedsiębiorców, trzeba walczyć z nieuczciwą konkurencją i trzeba chronić rynek. Brzmi pięknie, chociaż problem polega na tym, że za tymi hasłami kryje się coś zupełnie innego. Nie jest to wciąż ratowanie europejskiej gospodarki, nie jest to podyktowane odbudową konkurencyjności, nie ma tu wsparcia dla przedsiębiorców, lecz mamy do czynienia z kolejnym sposobem na sięgnięcie do kieszeni zwykłego obywatela.

To właśnie jest największe szachrajstwo współczesnej Europy, w którym politycy opowiadają o walce z Chinami, podczas gdy w praktyce walczą przede wszystkim z własnymi konsumentami. Wprowadzając opłatę 3 € od każdego zakupionego poza UE produktu, Komisja Europejska właśnie podniosła jego cenę, co z kolei ma nas zniechęcić do zakupów.

Zastanówmy się przez chwilę, czym właściwie jest nakładanie kolejnych podatków i opłat na towary sprowadzane spoza Unii Europejskiej? Czy naprawdę ktoś wierzy, że zapłaci je Pekin? Że rachunek otrzyma chińska fabryka? Oczywiście, że nie. Jak zawsze, zapłaci tę daninę Europejczyk. Politycy doskonale wiedzą, że gospodarka nie działa według zasad propagandy. Każdy importer wkalkuluje nowe koszty w cenę. Każdy pośrednik zrobi dokładnie to samo. Każdy sklep doliczy swoją marżę, a na końcu zostanie klient. To on usłyszy przy kasie, że produkt kosztuje więcej i nie dlatego, że poprawiono jego jakość. Nie dlatego, że producent zarabia więcej i nie dlatego, że europejska gospodarka stała się silniejsza.

Wyłącznie dlatego, że ktoś w Brukseli uznał, który sam wcześniej był współtwórcą, iż kolejne obciążenie fiskalne rozwiąże problemy. I tutaj dochodzimy do najbardziej przemilczanego elementu całej tej historii. Media, w tych od miesięcy słyszymy, że Komisja Europejska broni europejskich producentów przed chińskim zalewem.

Naprawdę?

To proponuję prosty eksperyment, w którym nie potrzeba ekonomicznych analiz ani raportów liczących setki stron. Wystarczy wejść do pierwszego lepszego sklepu. Weźcie do ręki lampkę, czajnik, ładowarkę, zabawkę, przedłużacz, kubek termiczny, śrubokręt, suszarkę do włosów, bluzę, sukienkę albo dekorację świąteczną. Spójrzcie na etykietę, a tam pojawi się napis „Made in China”. Praktycznie wszędzie widnieje Made in China, Made in China i jeszcze raz – Made in China.

To nie jest wyjątek, to jest już codzienność europejskiego rynku. Przez ostatnie trzy dekady Europa z zachwytem przenosiła produkcję do Azji. Wielkie korporacje liczyły zyski. Politycy bili brawo globalizacji. Koszty pracy malały, a słupki giełdowe rosły. Nikt wtedy nie protestował, nie mówił o zagrożeniu, nikt nie opowiadał o konieczności obrony europejskiego przemysłu, a dzisiaj…

Dzisiaj ci sami politycy udają zaskoczonych, jakby obudzili się po trzydziestu latach i odkryli, że większość produktów powstaje właśnie tam. Naprawdę trudno o większą hipokryzję, a jeszcze bardziej zadziwia reakcja części mediów głównego nurtu, bo zamiast zadać najprostsze pytanie – kto ostatecznie zapłaci za nowe regulacje – wolą powtarzać polityczne komunikaty o ochronie rynku. Nie tłumaczą natomiast mechanizmu przerzucania kosztów, nie pokazują skutków dla konsumentów, nie przypominają, że importer nie prowadzi działalności charytatywnej.

Każde nowe obciążenie zostanie doliczone do ceny, bo tak działa gospodarka, tak było zawsze i tak będzie. Tym samym, to nie tylko osoby kupujące na chińskich platformach sprzedażowych zapłacą więcej, bo zapłacimy więcej wszyscy i nie trzeba będzie wcale kupowac na Temu, Shein czy jakimś innym AliExpress.

Można oczywiście opowiadać bzdury, że wszystko odbywa się w imię ratowania europejskiego przemysłu. Tylko gdzie jest ten przemysł? Spójrzmy na statystyki, więc ile fabryk zamknięto w ostatnich latach? Ile zakładów przeniosło produkcję poza Europę? Ile energochłonnych przedsiębiorstw ograniczyło działalność, bo koszty energii stały się absurdalne? To są pytania, których jakoś wyjątkowo nie słychać podczas konferencji prasowych. Łatwiej natomiast wskazać palcem Chiny, a znacznie trudniej spojrzeć w lustro, bo prawdziwy problem Europy nie zaczął się w Szanghaju ani w Shenzhen.

Zaczął się w gabinetach polityków, którzy uwierzyli, że gospodarką można zarządzać za pomocą kolejnych regulacji, zakazów, nakazów i podatków. Za każdym razem słyszymy tę samą obietnicę, że postawimy mur taniej produkcji, że walczyć będziemy z wykorzystywaniem młodocianych pracowników, że tak należało zrobić. Nikt jednak nie mówi, że problem jest bliżej, że to koszty, a nie Chiny prowadzą do upadku firm na Starym Kontynencie.

Europa staje się coraz mniej konkurencyjna, jej produkcja ucieka poza blok, a wraz z fabrykami ucieka kapitał. Uciekają inwestorzy, ale jest jedna rzecz, która zostaje. To podatki, które z każdym rokiem stają się wyższe, dotykają coraz szerszej sfery naszego życia, więc tylko czekać, jak wprowadzą podatek od powietrza. A nie, przepraszam, już go wprowadzili, bo czym innym jest „opłata klimatyczna”?

Najbardziej zdumiewa jednak to, że odpowiedzialności za te decyzje praktycznie nie ponosi nikt. Jeżeli przedsiębiorca popełni serię błędów prowadzących firmę do bankructwa, ponosi konsekwencje. Jeżeli menedżer źle zarządza spółką, może zostać zwolniony. Jeżeli zwykły obywatel nie zapłaci podatku, państwo potrafi być bezwzględne. A politycy? Oni po kolejnych nieudanych pomysłach przechodzą do następnych.

Nigdy też nie słyszymy słowa „przepraszam”, nigdy nie widzimy rozliczenia, nigdy nie oglądamy rachunku za błędne decyzje. On natomiast przychodzi do nas w wyższych cenach, rosnących opłatach, podnoszonych i nakładanych podatkach i w horrendalnie wysokich kosztach życia.

Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego, bo coraz częściej społeczeństwo przyzwyczaja się do tego mechanizmu. Przyjmuje kolejne podwyżki jak zjawisko atmosferyczne, jakby były prawem natury. Nie są. Każda z tych podwyżek jest wynikiem konkretnej decyzji konkretnego człowieka. Każdą można było podjąć inaczej. Każdej można było uniknąć. Dlatego największym zagrożeniem nie są dziś ani Chiny, ani tanie platformy sprzedażowe. Największym zagrożeniem jest polityka, która coraz częściej próbuje zastąpić zdrowy rozsądek propagandą, a tej zawsze potrzebne są media gotowe powtarzać wygodne hasła bez zadawania trudnych pytań.

Dlatego nowa kara, jaką wprowadziła na kupujących Komisja Europejska, nie skończy się na chińskich platformach zakupowych, ona za chwilę, bo już przy kolejnych dostawach trafi na sklepowe półki ze wszechobecną „chińszczyzną”.

Może więc przy kolejnych wyborach – nieważne, czy samorządowych, parlamentarnych czy europejskich – warto przypomnieć sobie nie piękne slogany z billbordów i uśmiechnięte, acz kłamliwe gęby polityków, lecz przypomnijmy sobie, żeby spojrzeć we własny portfel. Bo to właśnie on najuczciwiej wystawi ocenę politykom. I tej oceny nie da się zagłuszyć żadną konferencją prasową ani najbardziej przychylnym materiałem w wieczornych wiadomościach, gdy na stole leży niezapłacony rachunek za prąd, a niegdyś tanie buty z dyskontu, zaczęły mieć cenę o kilka euro wyższą. Wszystko jednak po to, żeby walczyć z Chinami, których wyroby nie znikną z naszych sklepów.

Bogdan Feręc

Graf. Wygenerowana przez AI

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version