Są słowa, które dzielą. Są słowa, które ranią. Są też takie, które z premedytacją mają odebrać ludziom prawo do własnych poglądów. Niestety coraz częściej można odnieść wrażenie, że właśnie ten ostatni sposób prowadzenia debaty publicznej staje się domeną części elit politycznych, medialnych i akademickich. Zamiast rozmowy mamy etykietowanie. Zamiast argumentów – pogardę. Zamiast dyskusji – oskarżenia.
Nie jest to zjawisko nowe, ale w ostatnich latach wyraźnie przybrało na sile. Każdy, kto odważy się powiedzieć, że granice państwa powinny być chronione, że kultura narodowa ma znaczenie, że bezpieczeństwo obywateli powinno stać ponad polityczną poprawnością, bardzo szybko otrzymuje łatkę „skrajnego nacjonalisty”, „ksenofoba”, „populisty” albo jeszcze gorzej. Wystarczy kilka słów, aby zamknąć komuś usta i zwolnić się z obowiązku rzeczowej polemiki. To jednak nie jest demokracja, a próba wytresowania społeczeństwa poprzez strach przed publicznym napiętnowaniem.
Od inkluzywności do stygmatyzacji
Przez lata wmawiano Polakom, że muszą być inkluzywni, otwarci na inne nacje i kultury, a kiedy ci się obudzili i prezentują dumę narodową i chcą bronić ojczyzny przed zalewem obcokrajowców, nazywa się ich „skrajnymi nacjonalistami”. Te słowa dobrze oddają paradoks współczesnej debaty. Przez całe lata promowano przekonanie, że patriotyzm powinien ustąpić miejsca kosmopolityzmowi, że granice są reliktem przeszłości, a tożsamość narodowa stanowi przeszkodę w budowie nowoczesnej Europy. Dziś jednak coraz więcej ludzi mówi: dość.
Nie dlatego, że nagle przestali lubić inne narody. Nie dlatego, że odrzucili współpracę międzynarodową. Po prostu zaczęli zadawać pytania. Pytania o bezpieczeństwo. O przyszłość własnych dzieci. O zachowanie kultury, która przez stulecia budowała europejską cywilizację.
I właśnie za te pytania coraz częściej spotyka ich publiczne napiętnowanie, na co nie można reagować obojętnością.
Demokracja nie polega na obrażaniu obywateli
Takie słowa padają w Polsce coraz częściej, a dzieje się tak za sprawą opcji, która mieni się demokratyczną, liberalną i jest niestety całkowicie podporządkowana pomysłowi wymiany etnicznej w Europie. Niezależnie od tego, jak ocenia się politykę migracyjną Unii Europejskiej, jedno powinno pozostawać niezmienne. Obywatele mają prawo wyrażać swoje obawy bez ryzyka, że zostaną publicznie obrażeni czy sprowadzeni do roli ludzi kierujących się nienawiścią.
Demokracja i wolność wyrażania poglądów nie kończy się przecież tam, gdzie kończą się poglądy wygodne dla establishmentu. Wręcz przeciwnie. To właśnie wtedy zaczyna się jej najtrudniejszy egzamin. Jeżeli część społeczeństwa mówi, że nie zgadza się z kierunkiem zmian, odpowiedzią powinny być argumenty, a nie wyzwiska i połajanki.
Nie chodzi o ludzi. Chodzi o zasady
I znowu, bo już słyszę, jak rąbią drewno i przygotowują dla mnie stos, bym stał się w rozumieniu historycznym czarownicą, a tę należy wypalić żywym ogniem, nie mam żadnego problemu z osobami, które przybywają na Stary Kontynent, aby tu mieszkać, pracować i płacić podatki. To jest w moim rozumieniu bardzo ważne rozróżnienie, które zbyt często jest świadomie pomijane.
Można, co nie ulega wątpliwości, jednocześnie szanować ludzi przyjeżdżających legalnie do Europy oraz krytykować politykę migracyjną państw i instytucji europejskich. Można popierać legalną migrację zarobkową, a sprzeciwiać się rozwiązaniom, które zachęcają do niekontrolowanego napływu osób nieposiadających prawa pobytu.
To nie jest sprzeczność, to jest elementarna różnica między oceną człowieka a oceną politycznych, często bezsensownych decyzji.
W tym wszystkim idzie o coś całkiem innego, więc te wszystkie hordy najeźdźców socjalnych, jakich wpuszcza się do naszych miast, gwarantuje zakwaterowanie, rozdaje hojnie pieniądze z naszych podatków, by sprowadzić rodowitych mieszkańców Europy do roli cichych obserwatorów własnego upadku. To właśnie wokół takich ocen toczy się dziś spór debaty publicznej w wielu krajach Europy. Jedni uważają, że obecny model migracyjny wymaga zasadniczej korekty, a inni twierdzą, że należy go kontynuować. Jednak niezależnie od stanowiska warto pamiętać, że krytyka polityki publicznej sama w sobie nie jest przejawem nienawiści i nawet, jak mówią słowa jednego z profesorów, „skrajnego nacjonalizmu”.
Największym sprzymierzeńcem złych decyzji jest bierność
To wszystko, gdyby jednak odrzucić to unijne niszczenie europejskiej kultury, jej tożsamości i zdobyczy, wynika jednak z naszej własnej niechęci do działania. Otóż, staliśmy się na tyle leniwi, na tyle indoktrynowani – przynajmniej młodsze pokolenia, że nie widzimy już zagrożeń, a może nawet się do nich przyzwyczailiśmy, chowając we własnych domach.
To gorzka diagnoza, ale skłania do refleksji nad naszą własną aktywnością obywatelską. Historia Europy, ale nie tylko jej, wielokrotnie pokazywała, że społeczeństwa rezygnujące z uczestnictwa w życiu publicznym oddają pole tym, którzy chętnie podejmą decyzje za nich. Demokracja, którą coraz częściej przywołuję, wymaga aktywności. Nie tylko w dniu wyborów, bo również wtedy, gdy trzeba głośno powiedzieć, że z czymś się nie zgadzamy.
Kto ma się dostosować?
Spójrzmy na obraz naszych państw, jak dalece zmusza się nas do okazywania szacunku obcym, jak dalece pozwala się, aby kultura ludów napływowych była z każdym dniem widoczniejsza na naszych ulicach. Jak bardzo zmieniło się traktowanie nas, rodowitych Europejczyków, jako elementu, który powinien przyjmować wszystko w milczeniu.
Niestety druga strona, więc ten cały migracyjny tygiel, nie mają, a i nie muszą stosować się do takich obostrzeń, nie stosują się do nakazów, jakimi my musimy się kierować, a i nie mają oporów, żeby ignorować nasze zwyczaje i tradycje. Integracja nie może więc oznaczać jednostronności. Każde państwo posiada własne prawa, własne normy społeczne i własną kulturę. Od osób, które decydują się zamieszkać w danym kraju – obcym kraju, oczekuje się przestrzegania obowiązującego prawa i poszanowania lokalnych zwyczajów. Jest to standard obecny w wielu państwach świata i sam w sobie nie jest czymś nadzwyczajnym.
Spójrzmy na siebie. Czy pojawiając się na Zielonej Wyspie, Polacy zaczęli zmieniać Irlandię? Czy odrzucili tutejsze prawa? Niekiedy niechętnie, czasami ze zdziwieniem, ale w zasadzie je przyjęliśmy i się im podporządkowujemy. A jesteśmy dokładnie takimi samymi migrantami, jak osoby z Indii, Afryki czy Bliskiego Wschodu. Tu chodzi jednak o coś całkiem innego, więc o kod kulturowy, bo Irlandczycy i my, wywodzimy się z jednego kręgu. Tym samym, nie musimy wprowadzać na wyspę naszych zasad, bo one istnieją tu od wieków, są łudząco podobne do polskich. Pozwala to, abyśmy weszli na wyspę i zaczęli stosować irlandzkie prawa.
Inaczej, może trudniej jest zaakceptować to rodowitym mieszkańcom innych części świata, tym, których z Europa łączą jedynie statki i samoloty. Bo ich kod kulturowy, ich wychowanie, różni się na tyle, że nie są praktycznie w stanie przystosować się do naszych praw i naszej kultury. To jest inne wychowanie, inne wartości i inne spojrzenie na otaczający nas świat.
Europa to nasz wspólny dom
Czy tak powinna wyglądać Europa? W mojej ocenie nie, bo to jednak my jesteśmy na tym kontynencie, a przynajmniej powinniśmy być, gospodarzami, którzy przyjmą każdą osobę, jaka chciałaby tutaj zamieszkać, ale pod warunkiem, że będzie przestrzegała naszych praw. To przecież bardzo prosta zasada, czyli gościnność nie wyklucza odpowiedzialności. Otwartość nie oznacza natomiast rezygnacji z własnej tożsamości.
Jest przecież prosty przykład, bo kiedy przychodzą do naszych domów znajomi i chcą przestawiać nam meble, czy pozwalamy im na to? Może niekiedy wysłuchamy opinii, ale z czystym sumieniem możemy ją zignorować, bo to cały czas jest nasz dom i możemy w nim urządzać się tak, jak tylko uważamy za stosowne. Ta metafora dobrze pokazuje sposób myślenia wielu obywateli Europy. Państwo jest wspólnym domem jego mieszkańców, a zapraszanie gości nie oznacza przekazania im prawa do decydowania o wszystkim. Wzajemny szacunek działa przecież w obie strony.
Nie wolno odbierać ludziom godności
Nazywanie więc kogokolwiek z Europejczyków nacjonalistą nie dość, że leży w mojej ocenie w złym tonie, to prowadzi również do swoistego „ostatecznego rozwiązania kwestii europejskiej”. To wyjątkowo mocna teza, ale zwraca uwagę na coś bardzo istotnego. Słowa mają znaczenie, a w moim przekonaniu, chwilami godzą w Polaków i w Europejczyków i bezpośrednio we mnie. Może i jestem nacjonalistą, bo przecież definicja mówi, że osobą, która przedkłada interes własnego narodu, ponad interes innych nacji. Ale tak, chcę być tego typu człowiekiem, ale bardziej w wydaniu europejskim i w dobrym tego słowa znaczeniu. Właśnie to znaczenie, czyli nacjonalizm, a mówiąc jeszcze prościej, miłość do swojej ojczyzny i kontynentu, na którym mieszkam, musi być dla mnie i wszystkich Europejczyków – „najwyższym nakazem”.
Tego komentatorzy, a nawet część polityków nie rozumie, choć podczas składania polskiej przysięgi poselskiej mówi: „Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej”. Jeszcze głębiej dotyka tej problematyki rota naszej przysięgi prezydenckiej, gdzie padają następujące słowa: „Dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.
Jeżeli ktoś był pilnym uczniem, z pewnością wie, że odczłowieczanie przeciwnika zawsze prowadziło do coraz głębszych podziałów. Gdy zamiast rozmawiać zaczynamy przypisywać ludziom najgorsze cechy i jeszcze gorsze intencje, bardzo szybko przestajemy widzieć w drugim człowieku współobywatela. A przecież ogromna część osób wyrażających krytyczne opinie o obecnej polityce migracyjnej – nie tylko w Polsce, bo w całej Europie, nie nawołuje do przemocy ani nienawiści. Domagają się po prostu prawa do wyrażania własnego stanowiska bez ryzyka, że zostaną publicznie napiętnowani.
Profesorowie także odpowiadają za swoje słowa
Cóż, tym samym słowa wypowiedziane przez ludzi reprezentujących świat nauki, stanowiący elitę kraju, komentatorów politycznych i samych polityków, są w mojej ocenie niczym innym, jak obrazą dla Polaków, którzy właśnie wstali z kolan i nie chcą być sługami Brukseli i rządów, jakie w jej imieniu rządzą lub będą rządzić w Polsce. Osoby publiczne, zwłaszcza profesorowie i komentatorzy życia politycznego, mają pełne prawo do własnych ocen. Jednocześnie ich wypowiedzi niosą szczególny ciężar, ponieważ wpływają na sposób prowadzenia debaty publicznej. Z tego względu warto, aby formułowane przez nich sądy pozostawiały przestrzeń do rzeczowej dyskusji, zamiast sprowadzać całe grupy obywateli do obraźliwych etykiet.
Szacunek jest fundamentem demokracji
Można różnić się niemal we wszystkim. Można mieć odmienne poglądy na Unię Europejską, migrację, politykę społeczną czy przyszłość Polski, a nawet Irlandii. Taki jest sens demokracji. Nie wolno jednak doprowadzić do sytuacji, w której miliony obywateli przestaną być traktowani jak partnerzy do rozmowy tylko dlatego, że nie wpisują się w obowiązującą narrację. Naród, który odzyskuje poczucie własnej godności, nie staje się automatycznie narodem nienawiści. Społeczeństwo, które chce decydować o przyszłości swojego państwa, nie przestaje być demokratyczne. Patriotyzm sam w sobie nie jest zagrożeniem dla Europy. Wręcz przeciwnie – przez stulecia był jednym z fundamentów państw, które tę Europę budowały.
Jeżeli więc chcemy zachować wspólnotę, zacznijmy od najprostszej rzeczy, przestańmy obrażać własnych obywateli. Bo państwo, którego elity gardzą narodem lub nie chcą działać dla jego dobra, wcześniej czy później przestaje być wspólnotą. Zostaje już tylko administracją zarządzającą coraz bardziej podzielonym społeczeństwem. A żadna wspólnota nie przetrwa długo, jeśli zamiast wzajemnego szacunku jej spoiwem stanie się pogarda.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

