Dzisiaj podejmę próbę wyjaśnienia tego, co od dawna dzieje się w Europie, ale zrobię to w taki sposób, żeby nawet najbardziej zatwardziali wyznawcy centrolewicy zrozumieli, w czym rzecz. Wiem, zadanie postawiłem sobie trudne. Być może nawet syzyfowe, bo trudno przekonać człowieka, który uznał, że wszystkie pomysły jego politycznych idoli są genialne, a każdy, kto ma inne zdanie, jest wrogiem postępu, demokracji i ludzkości. Spróbujmy jednak. W końcu od myślenia jeszcze nikomu nie ubyło, choć obserwując europejską politykę, można czasem dojść do wniosku, że niektórym mogłoby ono wręcz zaszkodzić.
Zacznijmy od rzeczy podstawowej. Europa nie jest eksperymentem społecznym, a jej mieszkańcy nie są materiałem do dowolnego przekształcania według politycznych fantazji ludzi zasiadających w gabinetach Komisji Europejskiej. Nie jest również własnością brukselskich urzędników, którzy najwyraźniej coraz częściej mylą mandat do administrowania wspólnymi sprawami z prawem do decydowania o przyszłości kilkuset milionów ludzi. Demokracja, którą wciąż jeszcze, choć bardziej w formie szczątkowej mamy, nie polega na tym, że polityk otrzymuje stanowisko, a następnie przez kilka lat urządza społeczeństwo według własnego uznania. Ozancza, że władza pozostaje pod kontrolą obywateli, podlega ograniczeniom, a jej decyzje można zakwestionować, odwrócić i rozliczyć. Tymczasem w Europie coraz częściej obserwujemy coś niepokojącego, więc polityczne projekty przedstawiane są, jako konieczność dziejowa, a sprzeciw wobec nich traktowany jest niemal jak zbrodnia przeciwko cywilizacji.
Nie. Nie każda nowinka jest postępem. Nie każda reforma jest mądra. Nie każda decyzja podjęta w eleganckim gabinecie staje się rozsądna tylko dlatego, że jej autor posługuje się słowami „wartości europejskie”, „solidarność” i „wspólna przyszłość”. Historia zna wystarczająco wiele przykładów polityków przekonanych o własnej nieomylności. Niektóre z ich pomysłów kończyły się katastrofą, a rachunek za tę nieomylność płacili zwykli ludzie.
Wielkie Zastąpienie czy wielka nieodpowiedzialność?
Pomysł, że Europa potrzebuje napływu ludzi z zewnątrz, nie narodził się wczoraj. Już w drugiej połowie XX wieku państwa zachodnioeuropejskie zaczęły sprowadzać pracowników z innych części świata, ponieważ rozwijające się gospodarki potrzebowały rąk do pracy. Wówczas dominowała argumentacja ekonomiczna. Potrzebowano robotników, pracowników przemysłu, usług i transportu. Migracja miała pomóc zaspokoić potrzeby rynku pracy. Z czasem jednak sytuacja stała się bardziej skomplikowana. Migracja zarobkowa przestała być jedynym elementem polityki migracyjnej. Doszły do niej łączenie rodzin, migracja humanitarna, azylowa, swobodny przepływ osób oraz decyzje podejmowane pod presją kryzysów międzynarodowych. Zmieniały się także potrzeby gospodarki i oczekiwania samych migrantów.
Czy w tym procesie popełniono błędy? Oczywiście. Czy niektóre państwa przez lata lekceważyły problemy integracji, dostępności mieszkań, presji na usługi publiczne i napięć społecznych? Tak i takie pytania są całkowicie uzasadnione. Czy politycy przedstawiali korzyści migracji, milcząc o kosztach i ryzyku? Również tak. Właśnie dlatego nie zamierzam przyjmować na wiarę ani uspokajających opowieści polityków, ani najbardziej sensacyjnych interpretacji ich działań. Interesują mnie fakty, decyzje i ich konsekwencje.
Pojęcie „Wielkiego Zastąpienia” funkcjonuje w debacie publicznej jako określenie obaw związanych ze zmianami demograficznymi, migracją i przyszłością europejskich społeczeństw. To trochę Ne tak, bo o ile do niedawna można było mówić o teorii, tak obecnie, wydaje się to skoordynowanym planem zastąpienia rdzennych Europejczyków.
Zastanówmy się jednak, dlaczego europejscy przywódcy przez lata tak chętnie mówili o korzyściach płynących z migracji, a znacznie mniej przekonująco tłumaczyli, jak zamierzają zapewnić skuteczną integrację, przestrzeganie prawa i odpowiednią infrastrukturę? Dlaczego w niektórych państwach dostępność mieszkań, szkół i świadczeń publicznych nie nadążała za wzrostem liczby mieszkańców? Dlaczego tak długo unikano otwartej rozmowy o napięciach kulturowych, przestępczości, nieudanej integracji i problemach z egzekwowaniem decyzji o opuszczeniu kraju?
To są pytania, na które obywatele mają prawo usłyszeć odpowiedzi. Nie można ich uciszać zarzutem ksenofobii i rasizmie tylko dlatego, że komuś nie podobają się wnioski. Nie można też sprowadzać każdego krytyka polityki migracyjnej do człowieka, który nienawidzi cudzoziemców. Można szanować drugiego człowieka, a jednocześnie uważać, że państwo powinno ograniczać napływ ludności, kontrolować swoje granice i wymagać przestrzegania prawa. Można pomagać uchodźcom, a zarazem sprzeciwiać się systemowi, w którym procedury azylowe stają się przewlekłe, natomiast decyzje administracyjne bywają trudne do wyegzekwowania. To nie jest sprzeczność. To jest elementarna odpowiedzialność państwa.
Naród nie jest przeszkodą w postępie
Przyjrzyjmy się teraz Europie jako wspólnocie narodów. Nie jest ona jednolita. Nigdy nie była. Mamy różne języki, tradycje, religie, kuchnie, zwyczaje, systemy prawne i historyczne doświadczenia. Polak nie jest Irlandczykiem, Irlandczyk nie jest Hiszpanem, a Hiszpan nie jest Finem. Nie musimy jednak udawać, że pomiędzy europejskimi narodami nie istnieją wspólne doświadczenia i podobieństwa kulturowe. Istnieją, choć w różnym stopniu i w wielu wymiarach.
Przez stulecia europejskie społeczeństwa rozwijały własne instytucje, prawo, szkolnictwo, filozofię, naukę i formy organizacji państwowej. Kontynent przechodził przez wojny religijne, rewolucje, konflikty narodowe i okresy brutalnych podbojów. Wytworzył przy tym zarówno tradycje wolności, jak i mechanizmy opresji. Europejska historia nie jest lanszaftem z uroczymi kwiatkami, który należałoby powiesić na ścianie i trzeba go podziwiać bez krytyki. No, właśnie. Może idealna nie jest, jednak jest naszym dziedzictwem, a dziedzictwo zobowiązuje do jego poznania, a nie do pogardy.
Narody nie są bowiem przestarzałym wynalazkiem, który należy usunąć z drogi do świetlanej przyszłości. Stanowią jedną z najważniejszych form wspólnoty politycznej. To w ich ramach ludzie uczą się języka, poznają historię, przejmują obyczaje i budują poczucie odpowiedzialności za miejsce, w którym żyją. Państwo narodowe nie gwarantuje automatycznie mądrych rządów, sprawiedliwości ani dobrobytu, bo może być skorumpowane, opresyjne i źle zarządzane. Ma jednak zasadniczą zaletę, ono daje obywatelom określone ramy, w których mogą rozliczać władzę, współdecydować o prawie i bronić własnych interesów.
Dlatego tak niepokoją mnie polityczne ambicje zmierzające do dalszej centralizacji Unii Europejskiej. Współpraca europejska ma sens wtedy, kiedy służy państwom i ich obywatelom. Przestaje być zdrowa, gdy sama staje się celem, a każdą różnicę zdań traktuje się jako problem do usunięcia. Nie potrzebujemy przecież Europy, w której wszystkie narody mają myśleć tak samo, głosować tak samo i przyjmować te same rozwiązania, niezależnie od swoich lokalnych warunków. Potrzebujemy Europy, która potrafi współpracować bez odbierania państwom prawa do samodzielnego decydowania o sprawach, które mogą rozstrzygać u siebie.
Jedność nie oznacza jednolitości, a współpraca nie oznacza podporządkowania.
To powinno być motto każdego europejskiego polityka. Niestety, zbyt często mam już pewność, że część brukselskich elit chciałaby, aby państwa narodowe zachowały flagi, hymny i folklor, ale straciły realną możliwość kształtowania własnej polityki.
Demografia nie wybacza politycznej naiwności
Jest jeszcze jeden problem, którego nie da się rozwiązać za pomocą kolejnego dokumentu pełnego wzniosłych deklaracji. To demografia. Europa się starzeje. W wielu państwach rodzi się zbyt mało dzieci, aby zapewnić prostą zastępowalność pokoleń. Wydłuża się przeciętne trwanie życia, rośnie presja na systemy emerytalne i ochronę zdrowia, a liczba osób w wieku produkcyjnym w stosunku do liczby emerytów staje się poważnym wyzwaniem.
Politycy znaleźli na to wygodne wyjaśnienie, bo skoro rodzi się mniej Europejczyków, należy uzupełniać niedobory pracowników migracją. Tyle że to nie jest pełna odpowiedź. To zaledwie jeden z możliwych instrumentów polityki gospodarczej, który sam w sobie nie rozwiązuje problemu starzenia się społeczeństwa.
Migracja może zwiększać podaż pracy, wspierać gospodarkę i pomagać w niektórych sektorach. Jej skutki zależą jednak od kwalifikacji przyjezdnych, ich aktywności zawodowej, struktury wiekowej, sytuacji mieszkaniowej, systemu podatkowego i wielu innych czynników. Nie każdy napływ ludności automatycznie oznacza poprawę finansów publicznych. Ale, użyję eufemizmu, nie każda osoba przyjeżdżająca do Europy podejmuje pracę. Nie każdy problem rynku pracy da się rozwiązać przez zwiększanie liczby mieszkańców.
Tu pojawi się ważne stwierdzenie, bo przede wszystkim, nie można traktować migracji jako zamiennika rozsądnej polityki rodzinnej. Jeżeli młodzi Europejczycy nie mają stabilnego zatrudnienia, nie mogą kupić mieszkania, nie stać ich na wychowanie dzieci, a koszty życia pochłaniają znaczną część dochodów, to nie wystarczy sprowadzić kolejnych pracowników i ogłosić sukcesu. Trzeba odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie odkładają rodzicielstwo, dlaczego młode rodziny żyją pod presją finansową i dlaczego w niektórych krajach posiadanie dzieci stało się przedsięwzięciem wymagającym niemal ekonomicznego podboju państw ościennych.
Europa potrzebuje polityki, która pozwoli jej mieszkańcom zakładać rodziny bez strachu, że narodziny kolejnego dziecka oznaczają finansową katastrofę. Potrzebuje dostępnych mieszkań, stabilnej pracy, sprawnych usług publicznych i systemów podatkowych, które nie karzą ludzi za aktywność zawodową. Nie twierdzę jednocześnie, że wystarczy zwiększyć samą liczbę urodzeń, aby zniknęły wszystkie problemy demograficzne. Rezultaty polityki rodzinnej pojawiają się z opóźnieniem, a część zmian jest trudna do odwrócenia. Nie zwalnia to jednak państw z obowiązku podejmowania działań. Nie wolno więc dopuścić do sytuacji, w której odpowiedzią na każdy problem demograficzny staje się wyłącznie zwiększanie migracji, podczas gdy przyczyny niskiej dzietności pozostają nierozwiązane.
Jeżeli Europa nie potrafi stworzyć warunków, w których jej własne społeczeństwa mogą się rozwijać, to nie jest to dowód na konieczność demograficznego eksperymentu. Jest to dowód na porażkę części dotychczasowej polityki. I właśnie za tę porażkę należy rozliczać rządzących.
Wielokulturowość nie jest magicznym zaklęciem
Przejdźmy do wielokulturowości, słowa, które w europejskiej polityce bywa używane tak często, jakby samo jego wypowiedzenie rozwiązywało wszystkie problemy. Wielokulturowość może oznaczać współistnienie ludzi o różnych korzeniach, religiach i obyczajach. Może też opisywać społeczeństwo, w którym grupy żyją obok siebie, lecz nie budują wspólnoty. To nie są takie same sytuacje. Zróżnicowanie kulturowe w swojej podstawie nie przesądza o powodzeniu ani porażce społeczeństwa. Istotne są reguły współżycia, zaufanie społeczne, równość wobec prawa, znajomość języka, dostęp do pracy, jakość funkcjonowania instytucji i gotowość do przestrzegania wspólnych zasad.
Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy politycy udają, że różnice kulturowe nie mają żadnego znaczenia, a każda próba ich omówienia jest moralnie podejrzana. Otóż mają znaczenie. Mogą dotyczyć roli religii w życiu publicznym, praw kobiet, wolności słowa, stosunku do osób o innych poglądach, relacji między jednostką a rodziną, czy granic akceptowalnego zachowania. W tych sprawach mogą występować rzeczywiste konflikty wartości. Nie można natomiast z całkowitą pewnością powiedzieć, że każdy migrant wyznaje te same poglądy, ani że człowiek pochodzący z innego kontynentu, nie może stać się lojalnym obywatelem państwa europejskiego. Oznacza natomiast, że integracja nie może polegać na udawaniu, iż wszyscy przyjeżdżają z identycznym bagażem doświadczeń.
Kto chce mieszkać w Europie, powinien mieć możliwość zachowania własnej tradycji, religii i języka. Ale równocześnie musi respektować prawo państwa, w którym mieszka, a jego zwyczaje, nie mogą dominować nad lokalnymi. Wolność religijna nie daje prawa do narzucania innym własnych przekonań. Tradycja nie usprawiedliwia przemocy. Pochodzenie nie zwalnia z odpowiedzialności za przestępstwo. To nie są wymagania skierowane przeciwko konkretnej rasie, narodowości czy wyznaniu. To powinny być zasady obowiązujące wszystkich.
Nie ma również powodu, aby Europa rezygnowała z własnych przekonań, obyczajów i tradycji w obawie, że ich pielęgnowanie kogoś urazi. Europejczycy mają prawo do własnej historii, świąt, języków, literatury i sposobu życia. Nie muszą przepraszać za to, że chcą przekazać je swoim dzieciom. Nie widzę więc żadnego powodu, dla którego zachowanie europejskiej tożsamości miałoby być uznawane za coś podejrzanego, podczas gdy pielęgnowanie tradycji społeczeństw napływowych, przedstawia się jako wartość godną ochrony. Szacunek powinien działać w obie strony.
Europa może być przecież otwarta, nie będąc bezbronna. Może być tolerancyjna, nie rezygnując z zasad. Może przyjmować ludzi potrzebujących ochrony, a zarazem kontrolować skalę migracji i egzekwować swoje prawo. Nie trzeba wybierać między nieograniczoną migracją a zamknięciem kontynentu. Istnieje jeszcze coś takiego jak rozsądna polityka państwowa.
Brytyjskie ostrzeżenie i lekcja, której nie wolno ignorować
Wielka Brytania jest przykładem, który warto analizować, choć nie należy robić z niej jednowymiarowego obrazu katastrofy. Przez dziesięciolecia zmieniała się tam struktura ludności. Migracja miała różne źródła, obejmowała ludzi przyjeżdżających do pracy, studentów, członków rodzin i osoby ubiegające się o ochronę. Powstały społeczności, które może nawet wniosły wkład w gospodarkę, naukę, kulturę i życie społeczne. Równocześnie w niektórych miejscach pojawiły się problemy z integracją, segregacją przestrzenną i napięciami społecznymi.
Nie można uczciwie twierdzić, że wszyscy przyjezdni tworzą zamknięte enklawy. Ale nie można też zaprzeczać, że takie enklawy istnieją. Nie można też z góry uznać, że każde napięcie społeczne wynika z migracji. Właśnie tego oczekuję od europejskich władz uczciwej analizy, a nie propagandy sukcesu. Tę znam i potrafię ją rozpoznać.
Jeżeli polityka migracyjna działa, pokażcie wyniki. Jeżeli nie, trzeba ją zmienić. Jeżeli określone rozwiązania prowadzą do koncentracji ubóstwa, problemów z bezpieczeństwem albo trwałego wykluczenia, nie udawajcie, że wszystko jest w porządku. Obywatele nie są publicznością, której należy opowiadać wyłącznie optymistyczną wersję wydarzeń. A jeśli jakaś polityka okazuje się nieskuteczna, nie wystarczy zmienić jej nazwy i przedstawić ponownie jako wielkiego projektu modernizacyjnego.
Ursula von der Leyen i granice brukselskiej władzy
W tym miejscu dochodzimy do sedna problemu, czyli do sposobu sprawowania władzy w Unii Europejskiej. Ursula von der Leyen, jako przewodnicząca Komisji Europejskiej, stała się jedną z najważniejszych twarzy projektu głębokiej wymiany mieszkańców. Jej politykę można i należy oceniać na podstawie konkretnych działań, propozycji legislacyjnych oraz sposobu wykonywania kompetencji Komisji. Nie ma powodu, aby traktować ją jako postać stojącą poza zasięgiem krytyki.
Jednak, czy jej działania, nie noszą w pewnych warunkach znamion swoistego unicestwienia Europejczyków i wdrażania świadomego planu likwidacji tożsamości narodów? Mniej lub bardziej oficjalne propozycje i działania, nie oznaczają jednak, że mamy akceptować każdą inicjatywę Komisji Europejskiej. Wręcz przeciwnie. Jeżeli Komisja proponuje rozwiązania, które mogą ograniczać samodzielność państw, zwiększać ich zależność od instytucji wspólnotowych albo utrudniać obywatelom wpływanie na decyzje, należy je poddawać kontroli. Jeżeli europejskie elity chcą dalszej federalizacji, powinny otwarcie powiedzieć, jakie kompetencje zamierzają przenieść na poziom unijny i jakie będą tego konsekwencje.
Nie wystarczy stale powtarzać, że większa integracja jest konieczna, bo świat się zmienia. Świat zmieniał się zawsze, ale czy te zmiany muszą oznaczać więcej władzy dla Brukseli? Dlaczego nie można współpracować w sprawach bezpieczeństwa, handlu, infrastruktury czy ochrony granic, pozostawiając państwom większą swobodę w dziedzinach, w których ich społeczeństwa mają odmienne potrzeby? Dlaczego różnorodność polityczna ma być przedstawiana jako przeszkoda, a nie jako naturalna cecha kontynentu?
Komisja Europejska nie jest rządem całego kontynentu, nie jest też właścicielem europejskiej przyszłości. Jej kompetencje wynikają z traktatów, a nie z przekonania jej przedstawicieli, że wiedzą lepiej od wszystkich innych. Unia ma działać w granicach przyznanych jej uprawnień, z poszanowaniem zasady pomocniczości i demokratycznej odpowiedzialności.
Jeżeli natomiast obywatele uważają, że zakres tych uprawnień stał się zbyt szeroki, mają prawo domagać się zmiany kursu. Nie ma w tym nic rewolucyjnego. Rewolucyjne jest raczej oczekiwanie, że społeczeństwa będą bez końca akceptować kolejne transfery kompetencji tylko dlatego, że ich autorzy nazywają je historyczną koniecznością.
Od demokracji do dyktatury
Demokracja nie jest systemem doskonałym. Bywa powolna, hałaśliwa, nieprzewidywalna i męcząca. Ma jednak tę zaletę, że pozwala obywatelom zmieniać władzę bez rozlewu krwi. Właśnie dlatego tak ważne jest, aby decyzje podejmowane na poziomie europejskim pozostawały czytelne i podlegały realnej kontroli. Im bardziej skomplikowany staje się proces decyzyjny, tym łatwiej rozmywa się odpowiedzialność. Komisja może wskazywać na państwa, państwa na unijne zobowiązania, a obywatele pozostają z poczuciem, że nikt tak naprawdę nie odpowiada za skutki. To nie jest zdrowa sytuacja.
Jeżeli polityka migracyjna prowadzi do problemów, należy wskazać, kto za nią odpowiada. Jeżeli przepisy są nieskuteczne, trzeba je zmienić. Jeżeli instytucje przekraczają swoje kompetencje, powinny zostać poddane kontroli i karze. Nie można natomiast budować Europy, w której najważniejsze decyzje są coraz bardziej oddalone od obywateli, a sprzeciw wobec nich przedstawia się jako przejaw niewiedzy lub zacofania.
Niepokoi mnie również przekonanie, że problemy społeczne można rozwiązać przez osłabienie więzi narodowych. Wspólnota nie jest wyłącznie zbiorem jednostek zamieszkujących określone terytorium. Opiera się także na zaufaniu, poczuciu odpowiedzialności i przekonaniu, że ludzie potrafią działać razem. Jeżeli państwo traci zdolność do budowania wspólnych reguł, a jego instytucje nie potrafią skutecznie egzekwować prawa, nie powstaje w ten sposób żadna nowa, doskonalsza demokracja. Powstaje przestrzeń dla frustracji, konfliktów i politycznych radykałów.
Nie twierdzę, że wielokulturowość musi prowadzić do rozpadu społeczeństwa. Twierdzę, że żadne społeczeństwo nie może bez końca ignorować znaczenia wspólnych zasad, zaufania i odpowiedzialności. Jeśli chcemy zachować demokrację, musimy chronić jej fundamenty, zamiast zakładać, że utrzymają się same.
Odzyskać Europę dla Europejczyków
Nadszedł czas, aby powiedzieć kilka rzeczy bez owijania ich w bawełnę.
Po pierwsze, państwa europejskie mają prawo kontrolować własne granice. Prawo do ubiegania się o ochronę nie oznacza automatycznego prawa do osiedlenia się na zawsze w dowolnie wybranym kraju. Procedury azylowe powinny być sprawne, decyzje podejmowane terminowo, a prawo egzekwowane. Osoby wymagające ochrony powinny ją otrzymać zgodnie z przepisami. Osoby, których wnioski zostały odrzucone, które nie mają innej podstawy pobytu, powinny podlegać zgodnym z prawem procedurom bezdyskusyjnej deportacji.
Po drugie, migracja musi być przedmiotem demokratycznej decyzji, a nie wyłącznie technokratycznego z elementami dyktatorskiego zarządzania. Obywatele mają prawo wiedzieć, ilu ludzi przyjeżdża, na jakich zasadach, jakie są koszty i korzyści, oraz jakie działania podejmuje państwo, aby zapewnić integrację. I nie wolno sprowadzać tej debaty do szantażu moralnego.
Po trzecie, integracja wymaga wspólnych reguł. Znajomość języka, przestrzeganie prawa, poszanowanie wolności, szacunek dla innych ludzi i gotowość do uczestnictwa w życiu społecznym powinny być traktowane poważnie. Państwo nie może oczekiwać od swoich obywateli przestrzegania zasad, a jednocześnie udawać, że nie ma znaczenia, czy wszyscy mieszkańcy stosują się do tych samych norm.
Po czwarte, Europa musi prowadzić politykę demograficzną, która nie sprowadza rodziny do rubryki w statystyce. Potrzebujemy warunków do wychowywania dzieci, stabilności ekonomicznej i perspektyw dla młodych pokoleń. Nie można mówić o przyszłości kontynentu, nie rozmawiając o przyczynach niskiej dzietności.
Po piąte, Unia Europejska musi przestać traktować dalszą centralizację, jako cel sam w sobie. Każde przekazanie kolejnych kompetencji na poziom unijny, powinno być uzasadnione, proporcjonalne i poddane demokratycznej kontroli. Współpraca ma służyć obywatelom, a nie umacnianiu instytucji.
Po szóste, należy przywrócić należne miejsce państwom narodowym. Nie po to, aby rozpoczynać kolejne wojny między Europejczykami, lecz po to, aby zachować polityczną odpowiedzialność, lokalną różnorodność i prawo narodów do samodzielnego określania swojej przyszłości. Wspólnota europejska może być silna właśnie dlatego, że składa się z państw, które nie muszą rezygnować ze swojej odrębności.
Po siódme, europejskie dziedzictwo kulturowe nie może być traktowane jako powód do wstydu. Nasze języki, literatura, muzyka, architektura, tradycje i pamięć historyczna są częścią cywilizacyjnego dorobku, który należy chronić i przekazywać kolejnym pokoleniom. Możemy uznawać błędy przeszłości, nie odrzucając całej własnej historii.
I wreszcie po ósme: obywatele muszą odzyskać przekonanie, że ich głos ma znaczenie.
Jeżeli natomiast politycy nie potrafią uzasadnić swoich decyzji, powinni liczyć się z utratą poparcia. Jeżeli proponują rozwiązania szkodliwe, społeczeństwo ma prawo je odrzucić. Jeżeli unijne instytucje przekraczają swoje kompetencje, państwa członkowskie powinny korzystać z dostępnych mechanizmów prawnych i politycznych, aby przywrócić właściwą równowagę. Nie potrzebujemy też przemocy ani politycznej zemsty. Potrzebujemy zdecydowanej, demokratycznej zmiany kursu.
Europa nie może być zakładnikiem własnych elit
W całej tej dyskusji jest jeszcze jeden element, który szczególnie może niepokoić. To przekonanie części elit, że społeczeństwa należy prowadzić za rękę, nawet wtedy, gdy wyraźnie sprzeciwiają się obranej drodze. Tymczasem demokracja nie polega na tym, że obywatele mogą wybierać wyłącznie spośród propozycji zaakceptowanych wcześniej przez polityczne salony, a na tym, że mogą domagać się zmiany całego kierunku polityki. Jeżeli społeczeństwa chcą bardziej restrykcyjnej polityki migracyjnej, powinny móc ją uzyskać w granicach prawa. Jeżeli chcą ograniczenia kompetencji Unii Europejskiej, powinny móc prowadzić debatę o traktatach i przyszłości integracji. Jeżeli uważają, że ich państwa powinny odzyskać część lub większość uprawnień, nie można z góry uznawać takiego postulatu za atak na europejską cywilizację.
Nie ma żadnego powodu, aby obywatele musieli akceptować rozwiązania, których nie chcą, tylko dlatego, że ktoś w Brukseli uznał je za słuszne. Politycy są przedstawicielami obywateli, a nie ich nadzorcami. Urzędnicy są wykonawcami określonych zadań, a nie właścicielami państw. Instytucje istnieją po to, aby służyć społeczeństwom, a nie po to, aby społeczeństwa służyły instytucjom.
Ta kolejność ma znaczenie.
Dlatego nie zamierzam godzić się na Europę, w której każdą krytykę centralizacji przedstawia się jako nacjonalizm, każdą obawę o bezpieczeństwo jako uprzedzenie, a każdą próbę obrony własnej kultury jako przejaw wrogości wobec innych. Nie zamierzam również przyjmować odwrotnego uproszczenia, według którego, każdy migrant jest zagrożeniem, każda różnica kulturowa prowadzi do konfliktu, a każdy problem społeczny można wyjaśnić pochodzeniem etnicznym. Takie myślenie nie rozwiązuje problemów. Zastępuje jedną ideologiczną ślepotę drugą.
Europa potrzebuje rozsądku, odwagi i uczciwości. Potrzebuje polityków, którzy potrafią powiedzieć zarówno o korzyściach, jak i o kosztach swoich decyzji. Potrzebuje instytucji, które umieją przyznać się do błędów. Potrzebuje obywateli, którzy nie boją się zadawać pytań. Przede wszystkim jednak potrzebuje granicy, której żadna władza nie powinna przekraczać – granicy między służeniem społeczeństwu a próbą urządzenia go wbrew jego woli.
Nie pozwólmy odebrać sobie przyszłości
Nie wiem, jak będzie wyglądała Europa za trzydzieści czy pięćdziesiąt lat. Nikt tego nie wie. Możemy jednak wpływać na kierunek zmian, podejmując dziś rozsądne decyzje. Nie możemy zagwarantować, że wszystkie problemy demograficzne zostaną rozwiązane. Nie możemy też oczekiwać, że każdy człowiek przybywający do Europy będzie miał identyczne poglądy, obyczaje i doświadczenia jak mieszkańcy kraju, do którego przyjeżdża. Możemy natomiast wymagać od własnych władz, aby prowadziły politykę odpowiedzialną, przejrzystą i podlegającą demokratycznej kontroli.
Możemy domagać się ochrony granic, skutecznej integracji, egzekwowania prawa, wspierania rodzin i zachowania suwerenności państw. Możemy sprzeciwiać się rozwiązaniom, które uznajemy za szkodliwe. Możemy powiedzieć „nie” politykom, którzy pomylili własne ambicje z interesem publicznym.
I możemy wreszcie przypomnieć Komisji Europejskiej, że Unia nie jest celem samym w sobie.
Nie po to europejskie narody budowały swoje państwa, rozwijały instytucje i przez pokolenia walczyły o prawo do samostanowienia, aby dziś bez słowa sprzeciwu oddać całą odpowiedzialność za własną przyszłość odległym ośrodkom decyzyjnym. Nie po to tworzyliśmy europejską współpracę, aby różnorodność narodów zastąpić jedną polityczną receptą. Nie po to bronimy demokracji, aby uznać, że obywatele mogą głosować, ale nie powinni kwestionować kierunku wyznaczonego przez elity.
Nie jestem przeciwnikiem Europy. Jestem przeciwnikiem Europy zarządzanej tak, jakby jej mieszkańcy byli problemem do rozwiązania. Nie jestem przeciwnikiem współpracy międzynarodowej. Jestem przeciwnikiem współpracy, która stopniowo przestaje respektować granice własnych kompetencji. Nie jestem przeciwnikiem ludzi przybywających z innych krajów. Jestem przeciwnikiem polityki, która nie potrafi uczciwie określić warunków migracji, kosztów integracji i obowiązków wszystkich stron. I nie jestem przeciwnikiem zmian. Jestem przeciwnikiem przekonania, że każda zmiana musi być dobra, a jej krytycy powinni siedzieć cicho.
Europa nie potrzebuje politycznej rewolucji narzuconej przez Brukselę. Potrzebuje demokratycznego przebudzenia własnych społeczeństw.
Jeżeli obecny kierunek integracji okazuje się szkodliwy, należy go zmienić. Jeżeli Unia Europejska nie potrafi respektować zasady pomocniczości i demokratycznej odpowiedzialności, trzeba ograniczyć jej władzę. Jeżeli polityka migracyjna nie odpowiada potrzebom państw i ich obywateli, należy ją przebudować. Jeżeli rządzący ignorują obawy społeczne, powinni zostać rozliczeni przy urnach wyborczych.
Nie ma w tym niczego antyeuropejskiego. Jest za to przekonanie, że Europa należy do swoich obywateli, a nie do instytucji, które powołano po to, by im służyły.
Nie pozwólmy więc, aby w imię źle rozumianego postępu, odbierano nam prawo do dyskusji o własnej przyszłości. Nie pozwólmy, aby troskę o bezpieczeństwo nazywano nienawiścią, przywiązanie do narodowej tradycji zacofaniem, a obronę suwerenności zagrożeniem dla pokoju. Narody Europy nie muszą być identyczne, aby współpracować. Nie muszą też rezygnować ze swojej historii, aby szanować ludzi pochodzących z innych części świata.
Mamy jednak prawo zachować własną tożsamość, decydować o skali migracji, wymagać od polityków odpowiedzialności, odrzucać pomysły, które uznajemy za niebezpieczne.
A jeśli ktoś uważa, że wszystkie te prawa powinny ustąpić przed kolejnym projektem brukselskiej centralizacji, niech najpierw wyjaśni, dlaczego obywatele mieliby być zobowiązani do bezwarunkowego zaufania ludziom, których decyzje mogą zmienić ich życie na pokolenia.
Ja takiego obowiązku nie widzę.
Europa nie jest własnością Komisji Europejskiej. Nie jest własnością Ursuli von der Leyen. Nie jest własnością żadnego rządu ani żadnej politycznej ideologii. Jest domem narodów, które mają prawo decydować o swoim losie.I właśnie o to prawo warto dziś walczyć. Nie przeciwko innym narodom, nie przeciwko ludziom ze względu na ich pochodzenie, ale przeciwko politycznej nieodpowiedzialności, nadmiernej koncentracji władzy i przekonaniu, że obywatele powinni zaakceptować każdą decyzję władzy.
Jeżeli Unia Europejska chce przetrwać jako wspólnota wolnych narodów, musi zrozumieć jedną rzecz, że nie wolno jej zastępować demokracji własnym przekonanie o słuszności działań.Bo kiedy instytucja przestaje słuchać ludzi, dla których została stworzona, przestaje być rozwiązaniem, a staje się problemem.
A kiedy problemem staje się sama władza, obywatele mają nie tylko prawo, ale i obowiązek domagać się jej ograniczenia.
Bogdan Feręc
Photo by Adolfo Félix on Unsplash


