Niedawno w parlamentarnych kuluarach w Dublinie zrobiło się rabanu co nie miara. Opozycja, jak to ma w zwyczaju, poczęła dopytywać z nieukrywanym furiackim zacięciem, z jakiegoż to unikalnego powodu w stolicy stoi sobie pustawo ponad setka lśniących e-autobusów. Stoi, rdzewieje, wrasta w beton i czeka na zmiłowanie.
Rychło wyszło na jaw to, co każdy trzeźwo myślący człowiek wiedział od dawna, że wozy zakupiono skwapliwie, bo tak nakazuje bezdennie głupi i wzniosły w swej urzędniczej pysze brukselski Zielony Ład. Niestety, w realiach Zielonej Wyspy nikt z wyższych sfer decyzyjnych nie zwrócił uwagi na prozaiczny detal, że owe cuda techniki do poruszania się potrzebują od czasu do czasu źródła ładowania. Dubliński przewoźnik, nie dysponując odpowiednią liczbą ładowarek, ustawił ten cały tabor na placu. Skoro już wdarły się na wyspę za unijne srebrniki, wstyd przecież było odmawiać ich przyjęcia.
Pewności nie mam, choć tę intrygę postaram się bezwzględnie rozwikłać, czy to wyłączna zasługa posłów Sinn Féin, Partii Pracy czy też zbawiennych Socjaldemokratów, lecz w minionych tygodniach te „full electric” wehikuły zstąpiły nagle na ulice Galway.
Do tej pory naszą codziennością były hybrydy, a łączące przecież starą, poczciwą technologię spalinową z prądem, ale teraz po stolicy zachodniego wybrzeża mkną pojazdy zgoła nowe, pyszniące się soczystą zielenią. Z ekologią mają one rzecz jasna tyle wspólnego, co autor tych słów z baletem klasycznym, ale jak już Bruksela trzyma się tej narracji, to dzisiaj również ja ją zastosuję. Irlandia, jak dobrze wiemy, choć produkuje prądu z wiatru bez liku, bo dmucha tu bezlitośnie, nie kwapi się jednak wpinać go bezpośrednio do sieci i woli generować energię z gazu i ropy. To akurat nie dziwi mnie ani trochę, bo węglowodory są stabilne i wydajne, a wiatr na wyspie raz jest znośny, a raz – znikomy.
Był czwartek. Stalowe, ciężkie chmury powlekały bezwzględnie szczelnym całunem zapomniany błękit nieba nad naszą starożytną osadą Galway. Po kilkudniowej walce z własnym sceptycyzmem (czytaj lenistwem) uznałem, że czas upolować ten ekologiczny okaz i odbyć nim rytualną podróż. Udałem się przeto do centralnego punktu przesiadkowego w samym sercu miasta. Na Eyre Square zająłem pozycję strategiczną, by mój wzrok bez trudu nadzorował wszystkie przystanki osadzone wygodnie wokół placu. Stałem tak po prostu – pod pomnikiem rdzy.
Nawiasem mówiąc, zastanawiam się nieustannie, kiedy władze miejskie zrobią wreszcie porządek z tą nieszczęsną fontanną. Odkąd pamiętam, czyli od pierwszego dnia, gdy postawiłem stopę w Galway, nazywam ją pomnikiem rdzy i nikt się nie kwapi, by cokolwiek z tym fantem począć. W zeszłym roku rozmawiałem nawet z pewnym radnym, który kręcił się bez celu po moim osiedlu i jakimiś ulotkami zaśmiecał skrzynki na listy. Zapewniał wówczas gorąco, że jego także boli ten rdzawy widok. Boli, owszem, lecz najwyraźniej zbyt słabo, bo korozja jak była, tak ma się wyśmienicie i nie zamierza ustąpić.
Zmieniwszy pozycję na Eyre Square, usiadłem na znanej w okolicy grającej ławeczce. Ławeczka milczała, bo za nuty każe sobie bezczelnie płacić, a ja nie dysponowałem akurat monetyzacją w twardej zachodniej walucie. Trwałem zatem na posterunku w ciszy. Minęła godzina, potem kolejne piętnaście minut i oto jest. Zza węgła na Eglinton Street wychynął on – lekko zmodyfikowany, soczyście zielony, lśniący świeżością. Ruszyłem na przystanek linii 401, dotknąłem zimnej blachy, pogładziłem z czułością i przykładam z namaszczeniem Leap Card do czytnika tuż obok kierowcy. Kiedy już wdrapałem się na górny pokład, zajmując ekskluzywne miejsce tuż przy przedniej szybie, uświadomiłem sobie, że w tym miejscu siedziałem ostatni raz ponad rok temu, gdy bawiłem w Dublinie.
Na szczęście słońce wciąż pozostawało za chmurami, bo nie odnotowałem, by klimatyzacja szumiała choćby namiastką chłodu. Gdy ruszyliśmy, a nic nie zwiastowało nadchodzącego ruchu pojazdu i gdyby nie lekki syk powietrza napędzającego drzwi, w ogóle nie odczułbym startu. Mknęliśmy gładko przez Prospect Hill, skręcając w stronę ulicy Uniwersyteckiej i dalej ku Wellpark Road. Autobus przyspieszał sprawnie, hamował miękko, a wewnątrz panowała dostojna cisza, przez którą poczułem się wręcz ekskluzywnie. Podróż do pętli i z powrotem, co ciekawe, nie dała mi najmniejszych powodów do narzekań, a nawet oceniam ją komfortowo.
Pozostaje jednak wątpliwość natury praktycznej, która trapi każdego stałego bywalca komunikacji miejskiej. Co stanie się z tą bezszelestną technologią, gdy na zachodzie wyspy zapanuje niespodziewana mini-fala mini-upałów albo chwyci porządny przymrozek? Obecnie w hybrydach nawiewy działają nieprzerwanie, a zimą ogrzewanie daje z siebie wszystko. Czy w nowych elektrykach kierowcy będą łaskawi włączać te udogodnienia, czy też mają zamiar oszczędzać cenny prąd, by w ogóle dotoczyć się do końca trasy?
Przekonamy się zapewne zimą, a może i wcześniej, gdy nad Galway nadciągnie kolejne irlandzkie lato.
Bogdan Feręc
Fot. CC Cityswift

