Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Eden na końcu piaszczystej drogi, czyli dokąd właściwie chcemy uciec?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Wiejskie życie, miejskie złudzenia i marzenia, które czasem dojrzewają przez pół życia

Lubię dzielić się z Wami swoimi przemyśleniami. Z korespondencji wiem, że czasami bywają inspirujące, choć, prawdę mówiąc, częściej chyba wzbudzają emocje z gatunku tych mniej przyjemnych. Miłych słów otrzymuję niewiele, za to czasem ktoś postanowi mi udowodnić, że świat wygląda zupełnie inaczej, niż go opisuję. I dobrze. Nie piszę przecież po to, żeby wszyscy zgodnie kiwali głowami, bo gdyby tak miało być, musiałbym zacząć publikować przepisy na rosół albo poradniki o tym, jak skutecznie układać ręczniki w łazience. Chociaż i tu zapewne znalazłby się ktoś, kto uznałby, że robię to niewłaściwie.

Piszę, bo lubię obserwować świat, ludzi i samego siebie. Zwłaszcza siebie, bo z człowiekiem jest taki problem, że choć towarzyszy sobie od pierwszego do ostatniego dnia życia, nie zawsze potrafi zrozumieć, czego właściwie chce. Zna swoje ambicje, przyzwyczajenia, słabości i drobne przyjemności, ale kiedy przychodzi do odpowiedzi na pytanie, jak chciałby naprawdę żyć, nagle robi się kłopot. Potrafimy przez lata biec w jakimś kierunku, a później, już na miejscu, odkryć, że wcale nie chcieliśmy tam dotrzeć. Czasami nawet nie wiemy, dokąd biegniemy. Byle dalej, byle szybciej, byle tak jak inni. Dopiero kiedy na chwilę przystaniemy, zaczynamy podejrzewać, że może cała ta gonitwa nie miała większego sensu.

Po urlopie zwykle opisuję swoje przeżycia, trochę dla rozpędu, żeby rozruszać klawiaturę, a trochę dlatego, że takie chwile pozwalają uporządkować myśli. Tym razem jest jednak coś więcej. Chciałbym pokazać, że nawet w dojrzałym wieku można zacząć budować przyszłość, i to niekoniecznie taką, jaką podpowiadają nam reklamy, znajomi czy powszechne wyobrażenia o udanym życiu.

Moja przyszłość zaczęła właśnie nabierać konkretnych kształtów. Pojawiła się ostoja, miejsce, do którego będę mógł wracać, ale zachodzą też zmiany w sferze, której nie zamierzam opisywać. To nazywa się prywatność i coraz bardziej ją sobie cenię. Nie wszystko musi być publiczne, nie każda myśl potrzebuje widowni, a niektóre sprawy najlepiej rozwijają się wtedy, gdy pozostają poza zasięgiem cudzego wzroku i ocen. Ale o domu na wsi mogę opowiedzieć. Bo to nie tylko nieruchomość, kawałek ziemi i kilka ścian wymagających remontu. To także pewna odpowiedź na pytanie, które najwyraźniej zadawałem sobie przez długie lata, choć nie zawsze zdawałem sobie z tego sprawę.

Gdzie właściwie chciałbym być, kiedy przestanę już musieć być wszędzie?

Sąsiedzi, którzy nie przeszkadzają

Wylądowałem na Zamojszczyźnie, goszcząc w domu rodzinnym mojego przyjaciela i kolegi z pracy. Właśnie tam, w otoczeniu zieleni, pól i drzew, mogłem przez kilka dni przyjrzeć się życiu, które kiedyś znałem, później odłożyłem gdzieś na dno pamięci, a teraz niespodziewanie znów wydało mi się niezwykle atrakcyjne. Mój własny azyl już czeka. 2500 metrów kwadratowych ziemi, w większości porośniętej starym drzewostanem, a wśród niego dom, który kupiłem z myślą o przyszłości. Moja twierdza, przystań na emerytalny czas, miejsce na jesień życia. Brzmi poważnie, niemal jak początek testamentu, ale spokojnie. Na razie zamierzam raczej remontować niż umierać, a do tego mam przed sobą wystarczająco dużo pracy, żeby nie nudzić się przez kilka najbliższych lat.

To ostatni dom na wsi. Dalej są już tylko pola, przestrzeń i droga, którą poruszają się przede wszystkim maszyny rolnicze. Są też sąsiedzi, choć niekoniecznie tacy, jakich spodziewałby się ktoś przyzwyczajony do miejskiego życia. Mam ich kilka setek. Niektórzy mieszkają całkiem blisko, inni trochę dalej, ale wszyscy są wyjątkowo cisi. Mało rozmowni, nie narzucają się, nie urządzają nocnych imprez i nie włączają muzyki tak głośno, żeby cała okolica musiała poznawać ich gust. Właściwie spotykają się wspólnie raz w roku, pierwszego listopada.

Tak, za oddzielającą mnie od nich piaszczystą drogą – zaczyna się cmentarz.

Poprzedni właściciel zapytał mnie nawet, czy nie boję się takiego sąsiedztwa. Cóż, nie widzę powodów do obaw. Mieszkańcy tej okolicy są wyjątkowo spokojni, nigdzie się nie spieszą, a jeśli już leżą, to najwyraźniej mają ku temu ważne powody. Mam tylko nadzieję, że przyciśnięto ich odpowiednio ciężkimi kamieniami i nie przyjdzie im do głowy urządzać nocnych spacerów po moim ogrodzie. Czarny humor humorem, ale jest w tej lokalizacji coś, co naprawdę mi odpowiada. Przestrzeń, brak miejskiego zgiełku i poczucie, że za własnym płotem zaczyna się świat, którego nie trzeba nieustannie kontrolować. Nikt nie zagląda przez okno, nikt nie pyta, dlaczego akurat teraz koszę trawę, a nikt też nie oczekuje, że będę uczestniczył w życiu towarzyskim tylko dlatego, że wypada.

Dla jednych taka samotność byłaby przekleństwem. Dla mnie może okazać się jednym z największych luksusów.

Kiedy zegarek przestaje być najważniejszy

Podczas pobytu w domu rodziców mojego przyjaciela odkryłem coś, czego chyba brakowało mi od dawna. Nie chodzi nawet o samą wieś, lecz o pewien stan umysłu. O nicość, błogość i przestrzeń, w którą można się zapaść, odgonić niepotrzebne myśli i po prostu trwać. Rankiem i wieczorem siadaliśmy na balkonie. Wokół zieleń przełamana jesienną żółcią, gdzieś w oddali pola, od czasu do czasu pojedynczy ptasi głos, gdakanie kur, szczeknięcie psa. Czasem przechodzień niespiesznie przemierzał drogę, czasem ktoś z nas powiedział kilka zdań, po czym zapadała cisza.

Towarzyszyła nam szklaneczka whiskey, żeby nie było wątpliwości, że przyjechali ludzie z Irlandii. Nie wiem, czy mieszkańcy Zamojszczyzny rozpoznają przyjezdnych po takich szczegółach, ale uznałem, że należy podtrzymywać dobre obyczaje.

Najważniejsze było jednak to, że nikt nie musiał niczego udowadniać. Nie trzeba było sprawdzać wiadomości co pięć minut, bo internet w telefonie wyłączyłem, kontrolować skrzynki mailowej, odpowiadać na kolejne powiadomienia ani zastanawiać się, czy przypadkiem nie marnujemy czasu. Nikt nie mierzył naszej nieproduktywności, nikt nie wyznaczał kolejnych celów, nie pytał o wyniki i nie oceniał, czy wystarczająco ambitnie wykorzystujemy dzień.

Czas po prostu płynął.

Zjesz śniadanie, posiedzisz przy stole, porozmawiasz, pomilczysz. Wyjdziesz na podwórko, otworzysz kurnik, sypniesz pszenicy, pogłaskasz psa. Przejdziesz się kawałek, spojrzysz na pole, wrócisz do domu. I nagle okazuje się, że minęło pół dnia, chociaż zegarek pokazuje dopiero dziesiątą.

Później przyjeżdża sklep na kółkach, ktoś zagląda na podwórko, trzeba coś przestawić, gdzieś zajrzeć, coś przygotować. Wydaje się, że człowiek robi niewiele, a jednak dzień jest wypełniony. I co najważniejsze, nie ma poczucia, że coś ci ucieka.

W mieście często żyjemy tak, jakby każda minuta była ostatnią dostępną jednostką czasu, a jej niewłaściwe wykorzystanie groziło katastrofą. Biegniemy do pracy, z pracy, na zakupy, na spotkania, a pomiędzy tym wszystkim próbujemy jeszcze odpocząć. Odpoczynek również planujemy, najlepiej w kalendarzu, z odpowiednim wyprzedzeniem, żeby przypadkiem nie kolidował z innymi obowiązkami. A w końcu nawet relaks zaczyna przypominać zadanie do wykonania.

Na wsi jest inaczej. Przynajmniej z perspektywy gościa, który nie musi jeszcze wstawać o piątej rano – choć wstawałem – bo czeka na niego praca w polu. I to rozróżnienie jest istotne, bo nie zamierzam opowiadać bajek o tym, że życie na wsi to wieczna sjesta pod jabłonią. Rolnik nie ma luksusu ignorowania pogody, a plony nie poczekają, aż człowiek skończy delektować się poranną kawą. Tamtejszy spokój nie oznacza braku obowiązków. Oznacza raczej inne relacje z obowiązkami. Praca ma swój cel, swój rytm i konkretne znaczenie. Zboże musi dojrzeć, ziemniaki trzeba zebrać, ziemia nie zapyta, czy akurat mamy ochotę na dodatkowy dzień wolny.

Nie ma w tym jednak korporacyjnego wyścigu o tytuł największego „debeściaka”. Nikt nie musi udawać, że jest niezastąpiony, a sukces nie polega na tym, żeby wyjść z biura jako ostatni i jeszcze po drodze wysłać trzy maile, które równie dobrze mogłyby poczekać do jutra.

Oczywiście idealizuję wieś. Jestem gościem, nie rolnikiem, i dobrze o tym wiem, ale nawet z tej perspektywy dostrzegam coś, czego nie kupi się za żadne pieniądze: poczucie, że życie nie musi być nieustannym wyścigiem.

Wieś nie jest obrazem Chełmońskiego

Zanim jednak ktoś porzuci mieszkanie w Dublinie, Warszawie czy Krakowie i zacznie szukać drewnianego domku wśród pól, proponuję, żeby na chwilę odłożył albumy z malarstwem i romantyczne filmowo wyobrażenia o wiejskiej sielance. Wieś nie jest obrazem Chełmońskiego zatrzymanym na płótnie. Nie składa się wyłącznie z kwitnących łąk, malowniczych zachodów słońca i drewnianych płotów, przy których można zrobić idealne zdjęcie na portal społecznościowy. Wieś ma swoje zapachy. I nie wszystkie nadają się do flakonu francuskich perfum.

Jest krowa, jest obornik, jest kurz z suchego pola, błoto po deszczu i spaliny ciągnika. Jest kombajn, który potrafi przypomnieć o swoim istnieniu wtedy, gdy ktoś właśnie uznał, że ma ochotę na nocny sen. Są psy, które szczekają, bo przechodzień ośmielił się naruszyć ich terytorium, i komary, dla których człowiek siedzący wieczorem na ganku stanowi zaproszenie do darmowej kolacji. Bywa więc głośno, brudno i niewygodnie.

A zapach obornika? W bezwietrzny dzień potrafi utrzymywać się godzinami. Nie trzeba wówczas zastanawiać się, czy jesteśmy na wsi. Natura wysyła nam komunikat bez żadnych niedomówień i właśnie to wszystko stanowi część wiejskiego życia.

Kiedy rano wyjdziesz do sadu, poczujesz nocną wilgoć, mgłę, zapach drzew i ziemi. Gdzieś w pobliżu może unosić się jeszcze woń nawozu rozrzuconego poprzedniego dnia. Nie jest to może kompozycja, którą perfumiarze nazwaliby „Jesiennym porankiem na Zamojszczyźnie”, ale jest prawdziwa. Nie została wyprodukowana w laboratorium, nie została wygładzona i pozbawiona wszystkiego, co mogłoby naruszyć estetyczne wyobrażenia klienta.

To jest po prostu życie.

Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy marzą o przeprowadzce na wieś, a później są oburzeni, że sąsiad ma kury, rolnik wyjeżdża traktorem na pole, a po deszczu droga zamienia się w błotniste grzęzawisko. Nie rozumiem tych, którzy chcieliby mieszkać wśród natury, pod warunkiem że natura będzie zachowywała się zgodnie z regulaminem osiedla. Jeżeli ktoś chce ciszy absolutnej, sterylnej czystości i pełnej kontroli nad otoczeniem, powinien raczej rozważyć dobrze wygłuszone mieszkanie. Wieś nie jest usługą hotelową, w której można zgłosić reklamację na zbyt głośnego koguta.

Wieś trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Dosłownie i w przenośni, i albo ją zrozumiemy i polubimy, albo stanie się naszą drogą przez mękę. Co gorsza, na własne życzenie. Bo może przez całe życie szukamy nie tego, czego potrzebujemy?

I tutaj dochodzę do sedna moich rozważań.

Być może największym problemem człowieka nie jest to, że nie może mieć wszystkiego, czego pragnie. Problem w tym, że często sam nie wie, czego właściwie chce. Myli marzenia z wyobrażeniami, potrzeby z przyzwyczajeniami, a cudze definicje szczęścia z własnymi. Chcemy mieszkać w dużym mieście, bo tam są możliwości, restauracje, teatry, kina, znajomi i cała ta infrastruktura, która ma sprawić, że nasze życie będzie pełniejsze. Chcemy mieć piękne, wręcz sterylne mieszkanie, dobry samochód, pracę, która daje prestiż, i kalendarz wypełniony spotkaniami. Wierzymy, że kiedy osiągniemy odpowiedni poziom, wreszcie poczujemy się spełnieni. A potem przychodzi dzień, w którym siedzimy w tym pięknym mieszkaniu, patrzymy na światła miasta i marzymy o tym, żeby nikt do nas nie dzwonił.

Oczywiście nie wszyscy. Nie zamierzam udowadniać, że miejskie życie jest pomyłką, a każdy, kto mieszka w centrum, powinien natychmiast pakować walizki. Są ludzie, którzy potrzebują miejskiej energii, lubią tłum, spotkania, gwar i nieustanną zmianę. Dla nich wieś mogłaby być nie tyle rajem, ile wyjątkowo skuteczną metodą na doprowadzenie się do szału. Chodzi tu o coś innego. O to, że często wybieramy miejsca, zanim zrozumiemy samych siebie. Kierujemy się modą, opowieściami znajomych, obrazami z filmów i wyobrażeniem, że gdzieś indziej będziemy lepszą wersją siebie.

Przeprowadzimy się nad morze i będziemy szczęśliwi. Kupimy dom w górach i odzyskamy równowagę. Zamieszkamy w stolicy i zrobimy karierę. Wyjedziemy za granicę i zaczniemy nowe życie. Czasami się to udaje, ale innym razem zmienia się adres, widok z okna i kod pocztowy, ale człowiek pozostaje dokładnie ten sam, ze wszystkimi swoimi problemami, niespełnionymi ambicjami i niepokojami. Bo nie da się uciec od siebie, samym zakupem biletu. Miejsce może nam pomóc, stworzyć warunki, otworzyć nowe możliwości, ale nie wykona za nas najważniejszej pracy. Nie odpowie na pytanie, czego naprawdę potrzebujemy. Nie zdecyduje, czy chcemy być otoczeni ludźmi, czy wolimy ich towarzystwo dawkować. Nie powie nam, czy pragniemy kolejnego awansu, czy raczej poranka, w którym możemy wypić kawę bez spoglądania na zegarek.

Takie odpowiedzi trzeba znaleźć samemu. Czasem zajmuje to lata, a czasem większą część życia. Mnie najwyraźniej również zajęło to sporo czasu. Dopiero teraz, po wielu latach spędzonych w mieście, po doświadczeniach, które przyniosły mi zarówno dobre, jak i trudne chwile, coraz wyraźniej widzę, że potrzebuję czegoś innego. Nie kolejnego miejsca, które będzie wymagało ode mnie ciągłej aktywności, lecz takiego, w którym będę mógł decydować, kiedy chcę działać, a kiedy po prostu pobyć sam ze sobą. I nie jest to ucieczka od świata. Raczej próba ustalenia, ile tego świata naprawdę potrzebuję na co dzień.

Eden, czyli dom, który trzeba sobie zrobić

Ostatni raz byłem na wsi u wujostwa kilkadziesiąt lat temu. Z tamtego czasu zostały wspomnienia, ale wspomnienia bywają zdradliwe. Potrafią wygładzić kanty, wymazać niedogodności i zostawić w pamięci jedynie to, co przyjemne. Można przez lata tęsknić za miejscem, które istnieje już tylko w naszej głowie. Dlatego nie chcę budować swojego marzenia wyłącznie na wspomnieniach. Byłem na Zamojszczyźnie, widziałem, jak wygląda codzienność, słyszałem jej dźwięki i czułem jej zapachy. Wiem, że to nie będzie nieustanna sielanka. Będą remonty, praca, wydatki i pewnie niejeden moment, w którym zaklnę pod nosem, bo coś nie będzie chciało działać tak, jak powinno. Będzie trzeba naprawiać, malować, przenosić, planować i uczyć się rzeczy, których wcześniej nie musiałem robić. Mój dom nie zamieni się w gotowy raj tylko dlatego, że podpisałem akt notarialny.

Eden, jeśli ma powstać, trzeba będzie zbudować własnymi rękami. I właśnie to podoba mi się najbardziej. Chcę sam wremontować swój dom, obserwować, jak zmienia się z każdym kolejnym tygodniem, i wiedzieć, że każda poprawiona ściana, odnowiony pokój, czy uporządkowany kawałek ogrodu, przybliżają mnie do miejsca, które będzie naprawdę moje. Chcę codziennie czuć zapach własnego lasu, wyjść rano na zewnątrz, pobawić się z psem, pogłaskać kota, a kiedy trzeba, tupnąć nogą, żeby przepędzić myszy. Chcę wieczorem usiąść na ganku i bez pośpiechu sączyć drinka. Nie dlatego, że muszę odpocząć po kolejnym dniu walki z całym światem, lecz dlatego, że po prostu będę miał na to ochotę.

Chcę mieć czas na rzeczy, które nie muszą przynosić żadnego wymiernego rezultatu. Na patrzenie na liście drzew, słuchanie ptaków, rozmowę z przyjacielem i milczenie, które nie będzie niezręczne. Może to niewiele. Może nawet brzmi banalnie, ale im dłużej żyję, tym bardziej podejrzewam, że człowiek zbyt często sam komplikuje sobie życie, próbując osiągnąć rzeczy, których wcale nie potrzebuje. A później, zmęczony własnymi ambicjami, zaczyna marzyć o prostocie. I nie tej z katalogów, gdzie wiejski dom ma białe ściany, lniane zasłony i idealnie ustawiony dzbanek na drewnianym stole. Prawdziwej prostocie, w której trzeba czasem przynieść drewno, posprzątać po zwierzętach, naprawić cieknący kran i pogodzić się z tym, że pogoda ma w nosie nasze plany.

Bo może właśnie na tym polega wolność. Nie na tym, że niczego nie musimy robić, lecz na tym, że coraz częściej robimy rzeczy, które mają dla nas sens.

Na koniec zostaje najważniejsze pytanie

Kiedy wyjeżdżałem ze wsi, a później jechałem na lotnisko i czekałem na samolot do Irlandii, wciąż towarzyszyło mi przekonanie, że nie chcę już takiego miejskiego życia, jakie znam. Nie chcę nieustannego zgiełku, pośpiechu i poczucia, że zawsze powinienem być gdzieś indziej, robić coś więcej albo odpowiadać na kolejne oczekiwania.

Chcę być na wsi.

Nie dlatego, że wieś jest doskonała. Nie jest. Nie dlatego, że życie w mieście było błędem. Nie było, bo przecież składa się na moje doświadczenia, wspomnienia i wszystko, kim jestem dzisiaj. Nie zamierzam też udawać, że nagle odkryłem jedyną słuszną receptę na szczęście i teraz będę ją sprzedawał wszystkim wokół. Po prostu zaczynam rozumieć, czego potrzebuję na kolejnym etapie życia. I może właśnie to jest najciekawsze w dojrzałości. Nie to, że człowiek wie już wszystko, ale że coraz rzadziej musi udawać, iż wie. Potrafi przyznać, że pewne rzeczy przestały go interesować, inne straciły znaczenie, a jeszcze inne dopiero teraz nabrały właściwego sensu.

Nie muszę nikomu udowadniać, że mój wybór jest najlepszy. Wystarczy, że będzie dobry dla mnie.

Może więc za jakiś czas, siedząc na ganku, z psem u nóg i kotem, który jak zwykle uzna, że cały dom należy do niego, zapytam sam siebie, dlaczego tak długo mieszkałem w mieście, skoro gdzieś na końcu piaszczystej drogi czekało na mnie miejsce, którego potrzebowałem.

A może odpowiedź okaże się zupełnie inna.

Może właśnie musiałem spędzić te wszystkie lata w mieście, żeby wreszcie zrozumieć, dlaczego chcę z niego wyjechać. Może gdybym kupił ten dom dwadzieścia lat wcześniej, nie doceniłbym go tak jak teraz. Być może niektórych pragnień nie da się spełnić wcześniej, bo najpierw trzeba do nich dorosnąć. I nie mam na myśli metryki. Wiek sam w sobie nie gwarantuje mądrości, podobnie jak młodość nie skazuje człowieka na głupotę. Chodzi raczej o doświadczenie, o poznanie własnych granic, o świadomość, że nie każda droga prowadząca do popularnie rozumianego sukcesu jest drogą, którą rzeczywiście chcemy iść.

Nie wiem, czy za kilka lat nie zmienię zdania. Życie ma złośliwy zwyczaj weryfikowania naszych planów, a ja nie zamierzam się z nim kłócić na zapas. Na razie jednak wiem, że czeka mnie dom, stare drzewa, piaszczysta droga i sąsiedzi, którzy nie narzekają na hałas. Przynajmniej teraz, po życiu.

A jeśli kiedyś wiejska codzienność da mi w kość, będę miał pretensje wyłącznie do siebie. Nikt nie zmuszał mnie przecież do kupowania domu na końcu świata, gdzie najbliższa atrakcja może być przecież alertem RCB, może mieć cztery nogi, a wieczorna rozrywka polegać na obserwowaniu, jak słońce znika za drzewami. Tyle że właśnie ta perspektywa zaczyna mi się coraz bardziej podobać.

I może dlatego chciałbym zostawić Was dzisiaj z jedną myślą. Zanim zaczniemy marzyć o innym mieście, innym kraju, innym domu i zupełnie nowym życiu, warto zapytać samych siebie, czy naprawdę tego potrzebujemy, czy może tylko wyobrażamy sobie, że właśnie tam będziemy szczęśliwi.

Bo czasem szukamy raju na drugim końcu świata, a czasem przez pół życia mijamy go w drodze do pracy. Ja swój, przynajmniej na razie, znalazłem na Zamojszczyźnie. Na końcu piaszczystej drogi. Z widokiem na pola, w otoczeniu starych drzew i z cmentarzem za płotem. Jeśli to nie jest Eden, to przynajmniej miejsce, w którym można wreszcie przestać biec. A to już całkiem sporo.

Bogdan Feręc

Fot. Archiwum własne

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version