Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Dziecko własnych błędów. Establishment hoduje sobie następcę

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Kilka dni temu rozmawiałem z grupą Irlandczyków, którzy – mówiąc oględnie – nie należą do grona entuzjastów obecnego układu władzy. Nie jest to zresztą nic szczególnie zaskakującego. Wystarczy wyjść poza korytarze Leinster House, odłożyć na bok raporty przygotowywane przez ekspertów od dobrego samopoczucia społecznego i posłuchać ludzi przy kawie, w pubie czy na lokalnym targowisku.

Niedawno opublikowałem felieton poświęcony Irlandczykom oraz sprawom tej wyspy, a wkrótce po jego ukazaniu, zwrócono się do mnie z prośbą o przygotowanie angielskiej wersji tekstu. Zadanie to powierzyłem znajomemu tłumaczowi, który zawodowo zajmuje się przekładami, by zachować pełny sens i przekaz tamtego tekstu. Następnie artykuł zatytułowany „Krew, bruk i nowe przymierze. Czy imigracja zjednoczyła Irlandię Północną przeciwko elitom?” trafił do grona jego adresatów, co zapoczątkowało ciąg wydarzeń o daleko idących konsekwencjach.

Tam bowiem nie usłyszymy opowieści o sukcesach, rekordach i świetlanej przyszłości. Tam coraz częściej słychać złość i właśnie ta złość jest dziś najciekawszym zjawiskiem politycznym na Zielonej Wyspie. Nie dlatego, że jest czymś nowym. Przeciwnie, ona narasta od lat, a ciekawy jest natomiast kierunek, w którym zaczyna płynąć. Przez długi czas irlandzki establishment żył w przekonaniu, że społeczne niezadowolenie można zagłuszyć kolejnymi konferencjami prasowymi, kolejnymi strategiami, znikomymi obniżkami podatków i kolejnymi zapewnieniami, że wszystko znajduje się pod kontrolą. Problem polega jednak na tym, że człowiek, który nie może kupić domu, znaleźć mieszkania albo dostać się do lekarza, przestaje wierzyć w statystyki.

Wierzy własnym oczom, a te coraz częściej podpowiadają mu coś zupełnie innego niż rządowe komunikaty.

Nie jest przecież tajemnicą, że kryzys mieszkaniowy osiągnął rozmiary, których jeszcze kilka lat temu wielu polityków nie chciało nawet dostrzegać. Młodzi ludzie mieszkają z rodzicami znacznie dłużej niż poprzednie pokolenia. Czynsze przypominają raty kredytów za luksusowe apartamenty, natomiast zakup własnego domu dla wielu rodzin staje się marzeniem równie odległym jak wygrana na loterii, a jednocześnie ludzie słyszą od rządzących, że gospodarka ma się świetnie. Owszem, tylko coraz większa ilość mieszkańców Irlandii zaczyna zadawać niewygodne pytanie: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? I właśnie w tym miejscu pojawia się Independent Ireland.

Jeszcze niedawno ugrupowanie traktowane przez wielu jako polityczna ciekawostka. Dziś coraz częściej wymieniane jest jako potencjalny beneficjent narastającego gniewu społecznego. Nie dlatego, że przedstawia gotową receptę na wszystkie problemy kraju. Nie dlatego, że dysponuje wybitnymi politykami. Nie dlatego nawet, że posiada wyjątkowo rozbudowane struktury, ale rośnie przede wszystkim dlatego, że jest przeciwko tym, którzy rządzą.

Brzmi banalnie? Być może, ale pamiętajmy, że annały z Zielonej Wyspy pokazują jednak, że bardzo często właśnie w taki sposób rodzą się największe polityczne zmiany. W pewnym momencie wyborcy nie głosują już za kimś, a zaczynają głosować przeciwko komuś.

Powiedzieć trzeba, że obecna koalicja robi naprawdę wiele, by taki moment przyspieszyć, ale największym błędem klasy rządzącej jest przekonanie, że krytyka polityki migracyjnej wynika wyłącznie z uprzedzeń lub radykalizmu. To wygodne uogólnienie, ale jednocześnie niezwykle niebezpieczne, bo jeśli obywatel mówi, że nie podoba mu się sposób zarządzania migracją, a polityk odpowiada mu, że jest ksenofobem, to nie rozwiązuje problemu. On jedynie zamyka dyskusję, ale do czasu. Później przychodzą bowiem wybory i wtedy okazuje się, że ludzie jednak pamiętają.

Wielu moich rozmówców zwracało uwagę właśnie na ten aspekt. Co ciekawe, rzadko słyszałem nawoływania do masowych deportacji czy innych radykalnych rozwiązań, które tak chętnie eksponują media. Znacznie częściej pojawiały się pytania o wydolność państwa. Czy system mieszkaniowy jest gotowy? Czy służba zdrowia jest gotowa? Czy szkoły są gotowe? Czy infrastruktura jest gotowa? Na te pytania rządzący nadal nie udzielają przekonujących odpowiedzi, a zamiast tego wolą wmawiać w społeczeństwo, że problem właściwie nie istnieje. A przecież istnieje.

Chyba właśnie dlatego ugrupowanie Independent Ireland nie jest przyczyną politycznego przesilenia, bo jest jego skutkiem, a to istotna różnica. Odnoszę czasem wrażenie, że część komentatorów patrzy na tę partię niczym na niebezpiecznego intruza, który nagle, jak królik z kapelusza, pojawił się na scenie politycznej. Tymczasem ta partia jest produktem działań obecnych elit – ich dzieckiem.

Dzieckiem wychowanym przez arogancję, ignorowanie społecznych nastrojów oraz przekonanie, że obywatel powinien słuchać, a nie zadawać pytania. Największą ironią losu pozostaje też fakt, że gdyby rządzący wcześniej reagowali na problemy społeczne, Independent Ireland prawdopodobnie nigdy nie zyskałaby obecnej popularności. Ale reagować nie chcieli, woleli pouczać, woleli tłumaczyć ludziom, co powinni myśleć, woleli przekonywać, że ich własne doświadczenia są mniej wiarygodne niż raport przygotowany przez ministerialnych ekspertów.

Tak jednak buduje się polityczne bunty, tak rodzą się ruchy protestu, tak powstają partie, które później establishment określa mianem populistycznych. Warto przy tym zauważyć, że nie oznacza to automatycznie rychłego przejęcia władzy przez Independent Ireland. Do tego droga jest jeszcze bardzo daleka, ponieważ irlandzki system polityczny nie zmienia się gwałtownie. To nie jest kraj rewolucji. To raczej kraj powolnych, cierpliwych przesunięć, ale właśnie dlatego politycy Fine Gael i Fianna Fáil powinni zacząć się niepokoić.

Irlandia, a może nawet jej politycy powinni wiedzieć, że najgroźniejsze nie są polityczne eksplozje, gdyż są nimi procesy. Te powolne, pozornie niewidoczne i takie, które przez lata wydają się nieistotne. A później nagle okazuje się, że grunt pod nogami zniknął.

Czy Independent Ireland stanie się irlandzkim odpowiednikiem brytyjskiej partii Reform UK? To pytanie pojawia się coraz częściej, ale na razie byłbym ostrożny z takimi porównaniami. Owszem, można znaleźć podobne akcenty dotyczące migracji, suwerenności czy krytyki elit. Jednak Irlandia pozostaje krajem o zupełnie innej historii i innych doświadczeniach społecznych niż Wielka Brytania.

Jedno jest natomiast pewne, iż o ile obecna klasa polityczna nadal będzie ignorować społeczne nastroje, nadal będzie odpowiadać etykietami zamiast argumentami i nadal będzie przekonywać obywateli, że widzą coś innego niż widzą naprawdę, wówczas ugrupowania pokroju Independent Ireland będą tylko rosły. Nie stanie się to dlatego, że wyborcy nagle zwrócili się ku radykalizmowi, nie dlatego, że społeczeństwo oszalało i nie dlatego, że wszyscy stali się eurosceptykami.

Powód jest znacznie prostszy, ludzie zaczęli mieć dość, a kiedy społeczeństwo prezentuje taką postawę, polityka przestaje być konkursem popularności i staje się rachunkiem wystawianym tym, którzy przez lata nie chcieli słuchać.

Dzisiaj odnoszę wrażenie, że rachunek dla obecnego establishmentu właśnie trafia na stół, więc „władcy marionetek” nie powinni pytać, czy ktoś go wystawi, a zastanowić się, jak wysoka będzie kwota do zapłaty?

Bogdan Feręc

Photo by Ainars Djatlevskis on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version