Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Dziadeczek. Kiedy polityka zamienia się w dom spokojnej starości

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jest taka dziwna moda, która od lat funkcjonuje w polityce, mediach i życiu publicznym. Im ktoś starszy, tym częściej uważa, że jest niezastąpiony. Jakby doświadczenie automatycznie gwarantowało nieomylność, a metryka była przepustką do dożywotniego sprawowania funkcji. Ja jednak od dawna uważam inaczej.

Kiedyś powiedziałem, że ludzie nie powinni być aktywni zawodowo dłużej, niż przewiduje to wiek emerytalny ustalony przez państwo. Nie dlatego, że starszych ludzi należy odsunąć na boczny tor albo odebrać im prawo do aktywności. Wręcz przeciwnie. Chodzi o coś znacznie ważniejszego. O godność. O umiejętność zejścia ze sceny we właściwym momencie. O pozostawienie po sobie dobrego wspomnienia zamiast przykrego obrazu człowieka, który kurczowo trzyma się stanowiska, choć rzeczywistość dawno mu odjechała.

Niektórzy zapewne uznają, że brzmi to jak nawoływanie do zawodowej eutanazji. Nic bardziej mylnego. Nie mam nic przeciwko temu, żeby emeryt pisał książki, prowadził wykłady, udzielał się społecznie albo rozwijał swoje pasje. Mam natomiast ogromny i zauważalny problem z sytuacją, gdy człowiek przekonany o własnej nieomylności nadal decyduje o losach milionów ludzi, mimo że coraz wyraźniej widać, iż zwyczajnie nie nadąża za zmieniającym się światem.

Przez lata pracy poznałem wielu dziennikarzy, których bez większego ryzyka można nazwać zawodowymi matuzalemami. Niektórzy mają grubo ponad siedemdziesiąt lat i nadal występują jako wielkie autorytety. Problem polega na tym, że wystarczy przeczytać ich teksty albo posłuchać komentarzy, by zauważyć pewną prawidłowość. Zamiast analizować rzeczywistość, zaczynają ją powtarzać za politykami. Ich opinie przestają wynikać z własnych obserwacji, a stają się kalką przekazu dnia, a i tracą swoją wcześniejszą trzeźwą ocenę sytuacji.

Najgorsze jest jednak to, że sami tego nie dostrzegają. Żyją w przekonaniu, że są równie błyskotliwi jak trzydzieści czy czterdzieści lat wcześniej. Tymczasem ich zawodowy Styks został przekroczony już dawno temu. Pozostało jedynie przyzwyczajenie odbiorców i sentyment do nazwisk, które kiedyś naprawdę wiele znaczyły. Ale nie o dziennikarzach chciałem dziś pisać.

Na tapet biorę człowieka, który w polskiej polityce funkcjonuje od czasu, kiedy tylko pamiętam. Jarosław Kaczyński jest obecny niemal od początku III Rzeczypospolitej. Był świadkiem niemal wszystkich najważniejszych wydarzeń politycznych ostatnich dekad. Przeżywał wzloty i spektakularne porażki, wielokrotnie wracał do gry i niewątpliwie zapisał się w historii Polski. To jednak nie oznacza, że powinien pozostać w polityce do końca swoich dni.

Patrzę na jego kolejne wystąpienia i coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie obserwuję już politycznego stratega, ale człowieka przegrywającego z własnym wiekiem. Nie jest to nawet upadek polityczny, a zwyczajnie upadek biologiczny. Jarosław Kaczyński ma dziś siedemdziesiąt siedem lat. W tym wieku organizm funkcjonuje inaczej. Zmienia się tempo myślenia, percepcja, odporność na stres, zdolność do podejmowania szybkich decyzji. Nie jest to żaden zarzut. Tak działa natura i nikt nie jest od niej mądrzejszy.

Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy ktoś próbuje udawać, że czas go nie dotyczy.

Oglądałem jedno z ostatnich wystąpień prezesa Prawa i Sprawiedliwości, a dotyczących rozłamu we własnym ugrupowaniu. Nie zobaczyłem tam politycznego lidera, który panuje nad sytuacją. Widziałem natomiast starszego pana, który chwilami sprawiał wrażenie zagubionego, próbującego tłumaczyć rzeczywistość według schematów sprzed wielu lat. W mojej ocenie był to obraz po prostu smutny.

Z całym należnym szacunkiem dla wieku Jarosława Kaczyńskiego, ale uważam, że od dawna powinien był zejść z politycznej sceny i nie dlatego, że ktoś go pokonał. Nie dlatego, że „przegrał” wybory. Dlatego, że każdy człowiek powinien wiedzieć, kiedy powiedzieć: wystarczy. Największą sztuką nie jest bowiem zdobycie władzy, jest nią umiejętność oddania jej we właściwym momencie.

Historia zna wielu polityków, którzy nie potrafili tego zrobić. Im dłużej pozostawali u steru, tym bardziej niszczyli własny dorobek. To, co przez lata budowali, zaczynało rozsypywać się przez zwykły brak pokory wobec czasu. Nie twierdzę, że wiek automatycznie odbiera człowiekowi inteligencję. Byłoby to zwyczajnie nadużycie i prostactwo. Znam ludzi po osiemdziesiątce, którzy są niezwykle bystrzy i błyskotliwi. Różnica polega jednak na tym, że oni nie próbują zarządzać państwem liczącym blisko czterdzieści milionów obywateli.

Polityka nie jest klubem seniora, to miejsce podejmowania decyzji, których skutki odczuwają całe pokolenia. Dlatego wymagania wobec polityków powinny być większe niż wobec przeciętnego obywatela.

Od kilku lat obserwuję kolejne decyzje Jarosława Kaczyńskiego i coraz trudniej dostrzec w nich konsekwencję, która kiedyś była jego znakiem rozpoznawczym. Widać chaos, niezrozumiałe ruchy personalne, konflikty wewnętrzne i utratę kontroli nad własnym środowiskiem. To wszystko wygląda jak powolne zapadanie się człowieka we własny świat. Oczywiście zawsze znajdą się wierni współpracownicy, którzy będą przekonywać, że prezes ma wszystko pod kontrolą. Problem polega na tym, że dokładnie to samo słyszymy zawsze wtedy, gdy jakiś wieloletni lider zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością.

Otoczenie boi się więc powiedzieć im prawdę, bo mogłaby zakończyć ich kariery. Dlatego łatwiej utwierdzać przywódcę w przekonaniu o własnej wielkości niż odważyć się powiedzieć: panie prezesie, to już czas.

Mam szacunek dla Jarosława Kaczyńskiego jako człowieka starszego ode mnie. W naszej kulturze wiek zobowiązuje do okazywania szacunku i tego nie zamierzam zmieniać. Szacunek nie oznacza jednak bezkrytyczności. Można przecież szanować człowieka i uważać, że nie powinien już pełnić funkcji wymagającej pełnej sprawności intelektualnej, psychicznej i fizycznej.

To nie jest też atak personalny, bo zwyczajne stwierdzenie faktu, że każdy z nas kiedyś się zestarzeje.

Największym problemem nie jest jednak sam Jarosław Kaczyński, on jest jedynie symbolem znacznie szerszego zjawiska. Od lat powtarzam przecież, że prawo powinno obowiązywać wszystkich w równym stopniu. Skoro państwo ustala wiek emerytalny dla murarza, kierowcy autobusu, pielęgniarki, nauczyciela czy pracownika fabryki, to dlaczego politycy mają być traktowani jak kasta wyjęta spod tych zasad?

Jeżeli murarz po osiągnięciu odpowiedniego wieku ma zakończyć wieloletnią pracę fizyczną, to dlaczego polityk może bez końca decydować o państwie? Jeżeli nauczyciel przechodzi na emeryturę, to dlaczego poseł albo lider partii uważa, że jego obowiązują inne reguły? Czy odpowiedzialność za los kraju jest mniejsza niż odpowiedzialność za nauczanie dzieci? Oczywiście, że nie.

Dlatego właśnie uważam, że wiek emerytalny powinien dotyczyć również najwyższych stanowisk publicznych. Nie jako forma dyskryminacji, lecz jako gwarancja regularnej wymiany pokoleniowej i dopływu nowych ludzi, nowych pomysłów oraz świeższego spojrzenia na rzeczywistość.

Polityka potrzebuje doświadczenia, ale potrzebuje również energii. Potrzebuje także refleksu, odwagi, kontaktu z rzeczywistością, czyli tego wszystkiego, czego nie da się zachować w nieskończoność. Biologii nie oszukamy, choćbyśmy bardzo chcieli. Dlatego zamiast kurczowo trzymać się stanowisk, warto czasem zrobić krok w tył i pozwolić następnym pokoleniom przejąć odpowiedzialność.

To nie będzie oznaka słabości, bo bardziej stanie się oznaką klasy.

Jarosław Kaczyński jest dziś tylko jednym z przykładów. Takich polityków znajdziemy znacznie więcej, zarówno w Polsce, jak i w wielu innych krajach. Ludzi, którzy uwierzyli, że są niezastąpieni. Jednak życie pokazuje coś zupełnie innego. Nie ma ludzi niezastąpionych, a są tylko tacy, którzy odchodzą z klasą, i tacy, których ze sceny musi znosić historia.

Wolałbym, żeby obowiązywały jasne zasady. Jeśli państwo mówi obywatelowi, że po ukończeniu określonego wieku należy zakończyć aktywność zawodową, to niech ta reguła obejmuje wszystkich – bez wyjątków. Od murarza, przez lekarza i nauczyciela, aż po premiera, prezydenta lub posła. W przeciwnym razie będziemy nadal oglądać obrady parlamentów przypominające bardziej zjazd sanatoryjny niż miejsce, w którym wykuwa się przyszłość państwa.

A nasz Sejm nie powinien stać się zamiejscowym oddziałem geriatrycznym z siedzibą na Wiejskiej.

Bogdan Feręc

Fot. CC Mateusz Pietras

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version