Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Duda, który wyparował, czyli o tym, jak polityczna wydmuszka trzasnęła pod ciśnieniem historii

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Andrzej Duda, przypomnę, że były prezydent przez dwie kadencje, jest jak te „zniknięte parówki” z filmu Stanisława Barei, bo był i na dobrą sprawę, dzień po wyprowadzce z Pałacu Prezydenckiego – zniknął.

Przez pewien czas próbowano zachować go w pamięci, zaproponowano nawet prowadzenie programu telewizyjnego, ale i to spie*dolił, więc pozbyto się go szybciutko, aby nie robić chłopu większego wstydu, jakiego najadał się przez poprzednią dekadę. Jak większości wiadomo, prezydent Andrzej Duda nie był moją ulubioną głową państwa, a nawet byłem krytykiem sposobu jego prezydentury, by następnie zamilknąć, bo nie kopie się, nawet słownie, leżącego.

Ale dobra, spójrzmy prawdzie w oczy, bo Duda wciąż leży, tylko jakby nikt nie miał ochoty się schylić, żeby go zauważyć. Leży oczywiście metaforycznie, w tym miękkim, politycznym mule, gdzie historia wrzuca postacie drugiego, a może nawet „gorszego sortu”, o których za kilka lat pamiętać będzie co najwyżej grupa zapaleńców, a i oni nie będą pewni, czy nie mylą go z kimś innym. Oniemiałem trochę, bo w Polsce rzadko się zdarza, by prezydent po dwóch kadencjach odszedł tak kompletnie bez echa, jakby historia sama odwdzięczyła się adekwatnością w stylu – tyle dałeś, tyle dostajesz.

Cóż, w mojej ocenie Andrzej Duda był najgorszym prezydentem od 1989 roku, bo nawet o Wojciechu Jaruzelskim nie mogę tego powiedzieć, gdyż przynajmniej umiał się zachować. Duda chyba bardziej przypominał mi Lecha Wałęsę, nieprzygotowanego do roli wodza narodu, ale cóż, skoro społeczeństwo uznało, że powinien kierować krajem, choć z tylnego siedzenia, dało Panu Dudzie dwie kadencje. Tu właśnie zaczyna się najciekawsze, a nie to, że ktoś go wybrał, nie to, że sterował nim prezes jak pilot emerytowaną elektryczną hulajnogą, bo najciekawsze jest to, że… nie zostawił po sobie absolutnie NIC.

Dziś, gdy minęła już ta pierwsza, drobna fala ciekawości, ten moment: „Ciekawe, co teraz będzie robił Duda?”, zapadła cisza. A cisza, jak mówił Bareja w „Zmiennikach”, potrafi krzyczeć i ta właśnie cisza krzyczy głośniej niż wszystkie wpadki jego prezydentury, niż wszystkie „skoki Bronka po krześle”, niż każda nieszczęsna mina z konferencji prasowej, na której próbował udawać, że ma decydujący głos w państwie, a przynajmniej, że jest elitą elit – prezydentem.

Duda zapadł się pod ziemię, i dobrze, gdyż nie miał na swoim prezydenckim koncie żadnych sukcesów, choć sprzyjające mu media przez długi czas twierdziły, że jest inaczej. Jednak samo zniknięcie prezydenta Dudy pokazuje, że społeczeństwo było nim bardzo zmęczone, może nie człowiekiem, a bardziej modelem samej prezydentury, która okazała się jałowa i tak pusta, jak wydmuszka na zbliżającą się właśnie Wielkanoc. Ta wydmuszka to nawet dobre porównanie, bo jest ładna, pomalowana, stawiana na stole w centrum, ale jak stukniesz, to dźwięczy pustką.

Można też powiedzieć, że Duda miał swoich zwolenników, ale zapytajmy, gdzie oni są teraz? Zniknęli, zapadli się pod ziemię i nawet dziennikarze pytający o dawne związki z ex prezydentem otrzymują lakoniczne odpowiedzi od tych, którzy z bronią w ręku stawali w jednym szeregu z Dudą. A właściwie, mówiąc szczerze, stawali nie z nim, tylko z tym, co sobą reprezentował, czyli absolutnym politycznym fast foodem, tanim, szybkim, pozbawionym jakości, ale pasującym do strategii partii, która wyniosła go na szczyty.

Prezydent Andrzej Duda był w mojej ocenie złem, które przytrafiło się Polsce, ale do cholery, przez dwie kadencje? Już po pierwszych kilku latach było wiadomo, że nie jest odpowiednim człowiekiem na to stanowisko, ale popierające go Prawo i Sprawiedliwość nie mogło ryzykować, że ktoś wytrąci im z ręki „długopis”. Tak więc brnęło w tę dramatyczną sytuację, pchało ten kulawy wózek z Dudą w środku, a na domiar złego, po ostatnim dniu w Pałacu Prezydenckim porzuciło Andrzeja jak wykorzystaną dziwkę.

Teraz mamy z kolei sytuację równie groteskową, co logiczną, bo były prezydent, niby człowiek, który kierował państwem przez dekadę, nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Co robi teraz były prezydent? Nie jeździ z odczytami, nie jest zapraszany, aby wykładać na uniwersytetach, nie opowiada o swoim dziele budowania Polski. Jest nikim. Jest zapomniany. Jest epizodem w naszej polityce, o którym zapomniano szybciej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć.

W kraju, w którym nawet przegrani politycy lat 90. potrafią dziś znaleźć sobie niszę, Duda wypada jak parodia postpolityka, czyli gość, którego nikt nie chce, bo nikt nie wie, co właściwie miałby robić. Ani z niego międzynarodowy mędrzec, ani wykładowca, ani mentor młodych, ani nawet ciekawostka medialna, po prostu człowiek, który zniknął wcześniej, niż zdążył powiedzieć „pożegnajcie mnie godnie”.

To właśnie ten fakt pokazuje dobitnie, że nie umiemy jeszcze wybierać, że Polacy wciąż muszą uczyć się demokracji, a nie chodzi mi tu akurat o to, jaka opcja pcha swojego człowieka na Krakowskie Przedmieście. Idzie o to, że był człowiek znikąd – takim pozostał. Ergo – to taki typowy aparatczyk, którego lider dowolnego ugrupowania wysyła na pierwszą linię frontu, raczej jest tylko zapchajdziurą, która przez przypadek objęła najwyższe stanowisko w państwie.

Spójrzmy jednak nieco szerzej. Prezydentura Dudy była jak odgrywanie roli, której sam nie rozumiał. Szedł, gdzie kazali, podpisywał, co mu dawano, uśmiechał się krzywo, kiedy trzeba, a kiedy próbował sam coś powiedzieć, to wszyscy wiedzieli, że lepiej, żeby jednak nie. I tak oto prezydent największego kraju w regionie stał się memem dla własnego narodu i maskotką dla swojej partii. A teraz? Teraz nawet memy przestały powstawać, a to w Polsce oznacza śmierć polityczną i absolutną. Toż to nawet Bronisław Komorowski w zestawieniu z Dudą wydaje się lepszym prezydentem, choć to całkiem inna historia. Komorowski przynajmniej miał jakąś osobowość – może i nieporadną, czasem śmieszną, czasem trochę żenującą, ale miał. A Duda? Jego osobowość wciąż owiana jest mgłą tajemnicy, jakby nawet on sam nie do końca wiedział, kim jest.

Tu właśnie dotknęliśmy najważniejszej kwestii, bo prezydentura to nie urząd, to rola, a na dodatek kulturowa. To zobowiązanie wobec historii, wobec narodu, wobec własnego nazwiska. A Duda potraktował ją jak odcinek w teleturnieju, gdzie liczy się to, by dobrze wypaść w kamerze i nie zgubić kartki z podpowiedzią.

Oto mamy więc obraz człowieka, który przez dziesięć lat był prezydentem, a znika szybciej niż średnio popularny youtuber po pierwszej dramie. Cóż, Andrzej Duda wyparował i dobrze, choć trafił do Wikipedii, na szczęście tej strony wcale nie trzeba odwiedzać.

Bogdan Feręc

Fot. CC BY 2.0 Kancelaria Sejmu / Rafał Zambrzycki

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version