Są w życiu momenty, które przychodzą zupełnie nagle i niepostrzeżenie. Człowiek siedzi w domu, coś tam od czasu do czasu napisze, wrzuci w przestrzeń internetu, a potem nagle się okazuje, że ktoś to czyta. I to nie tylko z obowiązku, nie tylko przez przypadek, ale dlatego, że chce. W gruncie rzeczy to chyba największa nagroda dla człowieka, który próbuje opisywać świat słowem. Pisać dla siebie można zawsze, ale pisać dla innych… to już zupełnie inna historia.
Kilka tygodni temu dostałem propozycję, która, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wyglądała jak coś, czego się nie odrzuca. Usłyszałem, że nic złego by się nie stało, gdyby zapisać historię toczących się spraw na wyspie w formie książki. Sprawa była o tyle prosta, że napisał do mnie człowiek znany w Irlandii i zasugerował, że dobrze byłoby, gdyby moje felietony oprócz życia w świecie cyfrowym dostały też drugie – papierowe.
Przyznaję, że propozycja mnie zaskoczyła, ba, może nawet bardziej, niż powinienem się do tego publicznie przyznawać, a pierwsza reakcja była bardzo ludzka, i stwierdziłem, że potrzebuję czasu. Nie dlatego, że pracy byłoby dużo. Prawdopodobnie sprowadziłoby się to do ponownego przeczytania tekstów, wprowadzenia drobnych korekt i wysłania plików. Technicznie rzecz biorąc to przedsięwzięcie niewielkie, jednak mentalnie, sprawa robi się dużo poważniejsza.
Nadal nie potrafię jeszcze powiedzieć tego symbolicznego i ostatecznego „tak”.
Być może dlatego, że wciąż pracuję nad książką o Irlandii. Piszę ją, poprawiam, dopisuję, wyrzucam fragmenty i znowu je przywracam. To proces bardziej przypominający dłubanie w starym zegarze niż liniową pracę nad tekstem. A tu nagle pojawia się propozycja, którą można uznać za kolejny zawodowy krok. Może też milowy, bo przecież kilka w moim życiu już było, więc umiem je rozpoznać, a może to zwykły skrót, który prowadzi w nieznanym kierunku.
Termin odpowiedzi przekroczyłem już kilka razy, ale ostatecznie zdecydowałem jedno, że odpowiedź padnie w marcu. W okolicach Dnia Świętego Patryka, kiedy, jak co roku, pojawię się w stolicy Irlandii. Będzie okazja, żeby spokojnie usiąść i porozmawiać z potencjalnym wydawcą. Bez pośpiechu, bez presji, a przynajmniej taką mam nadzieję.
Od razu uprzedzę jedną rzecz, konkretnie komentarze. Nie chodzi o pieniądze, bo są rzeczy, które robi się bez wynagrodzenia i nawet nie oczekuje się żadnej formy rekompensaty. W tym przypadku chodzi raczej o sens. O pytanie, czy to właściwy moment, bo kim ja właściwie jestem, żeby już zaczynać mnie drukować? Pisanie jest dla mnie zwykłą pracą, rzemiosłem, codziennością, nie zaś pomnikiem.
Nie będę udawał, że taka propozycja nie wpływa na ego. Wpływa i to całkiem skutecznie. Każdy człowiek lubi być doceniany, ale jednocześnie mam wrażenie, że na tej wyspie spokojnie znalazłoby się kilka innych osób, które równie dobrze albo lepiej mogłyby z takiej możliwości skorzystać.
Na razie wiem jedno. Do 16 marca będę się jeszcze zastanawiał, czy powinienem przyjąć tę propozycję i czy czasem nie jest tak, że najtrudniejsze decyzje to nie te, które zmieniają życie, tylko te, które dopiero mogą je zmienić.
Stworzenie książki, nawet tej składającej się z felietonów to trochę jak zamrażanie chwili w bursztynie, więc piękne, ale nieodwracalne. Internet po jakimś czasie wybacza, papier pamięta dłużej niż ludzkie ego i właśnie dlatego takie decyzje mają w sobie ciężar większy niż ilość stron.
Bogdan Feręc
Photo by Jonas Jacobsson on Unsplash

