Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Dom kultury z czasów PRL-u, czyli o Domu Polskim w Galway bez znieczulenia

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Zacznijmy od fundamentów, bo bez nich każda dyskusja przypomina rozmowę o architekturze prowadzonej na ruchomych piaskach. Domy Polskie, a niezależnie od kraju, w którym funkcjonują, nie powstały przypadkiem ani z potrzeby chwilowej integracji towarzyskiej. Ich istnienie ma sens wyłącznie wtedy, gdy realizują jasno określoną misję, więc ochronę i promocję polskiego dziedzictwa kulturowego, wspieranie edukacji, nauczania języka i historii, upowszechniania wiedzy o Polsce w kraju osiedlenia oraz budowanie mostów pomiędzy kulturą polską a kulturą państwa przyjmującego.

W teorii brzmi to jasno, ale w praktyce bywa z tym różnie. Część Domów Polskich funkcjonuje modelowo, inne dryfują w stronę działań przypadkowych, doraźnych, a czasem wręcz oderwanych od pierwotnych założeń. Są też takie, które i to mówiąc wprost, działają na swoistych „wariackich papierach”, gubiąc po drodze sens istnienia i mam tu na myśli jeden konkretny Dom Polski. Instytucję, której kiedyś kibicowałem, którą postrzegałem jako wartościową inicjatywę, i którą chciałem nawet wesprzeć. Los, a raczej splot decyzji oraz okoliczności niezależnych ode mnie sprawił jednak, że kontakt w tym zakresie został praktycznie zerwany. Nie oznaczało to jednak zerwania zainteresowania. Wręcz przeciwnie, ponieważ z boku, z dystansu, z uwagą obserwowałem kierunek, w jakim to wszystko zmierzało.

Dlaczego? Ponieważ każda polska inicjatywa w Irlandii jest ważna. Każdy przejaw aktywności naszej diaspory zasługuje na uwagę i docenienie. Tym większe jest więc moje rozczarowanie, gdy widzę, że coś, co mogło stać się realnym centrum kultury, edukacji i promocji Polski, zaczyna skręcać w zupełnie inną stronę.

Z przykrością trzeba bowiem stwierdzić, że w działalności Domu Polskiego w Galway elementów ochrony dziedzictwa kulturowego, edukacji, nauczania czy systematycznej promocji Polski jest dziś niewiele. Zamiast tego postawiono głównie na informację oraz integrację, ale rozumianą niemal wyłącznie jako integrację wewnątrzpolonijną. Owszem, przyznam, że integracja sama w sobie nie jest zła a nawet potrzebna w naszej niezorganizowanej społeczności, ale problem pojawia się wtedy, gdy staje się celem nadrzędnym, nie zaś środkiem. Wówczas zamiast otwierania się na irlandzkie społeczeństwo, zamiast dialogu kultur, mamy do czynienia z dalszym zamykaniem się w swoistym „kamiennym kręgu” własnego polskiego kociołka.

Domy Polskie nie działają w próżni. Nie funkcjonują też wyłącznie dzięki prywatnym środkom entuzjastów. Korzystają natomiast ze wsparcia publicznego, a to oznacza nie tylko przywileje, ale i obowiązki, w tym obowiązek transparentności oraz podlegania kontroli. W Irlandii działają Domy Polskie od lat, wiele z nich robi to dobrze, konsekwentnie i z jasno określoną misją, a nawet stawiane są za przykład, co można stwierdzić, gdy skontaktujemy się z polskimi instytucjami finansującymi takie przedsięwzięcia. Pytanie w tym kontekście brzmi: czy wszystkie instytucje szczycące się nazwą „Dom Polski”, rzeczywiście działają we właściwy sposób?

Weźmy choćby kwestię podstawową, czyli komunikację. Dom Polski w Galway nie posiada własnej, dedykowanej strony na Facebooku. Zamiast tego korzysta z profilu „Polacy w Galway – come2gether”. Można próbować to tłumaczyć faktem, że jest to organizacja założycielska, jednak w momencie, gdy Dom Polski funkcjonuje jako samodzielna instytucja, brak własnego kanału komunikacji jest co najmniej zastanawiający. W dobie mediów społecznościowych strona – nawet tak podstawowa jak facebookowa – jest nie tylko narzędziem informacyjnym, ale również sygnałem, że istniejemy, jesteśmy poważną instytucją, mamy jasną tożsamość.

Tymczasem na wspomnianym profilu panuje informacyjny miszmasz. Treści dotyczące organizacji Come2gether mieszają się z zapowiedziami wydarzeń odbywających się w Domu Polskim. Dla potencjalnego odbiorcy, czyli osoby zainteresowanej ofertą Domu Polskiego, oznacza to chaos i utrudniony dostęp do podstawowych informacji. Trudno w takich warunkach budować spójny wizerunek instytucji kultury.

Jeszcze większe wątpliwości budzi jednak sama oferta programowa. Owszem, część inicjatyw można bez problemu zakwalifikować jako zgodne z działalnością tego typu placówek, ale inne porażają jednak swoją przypadkowością, a czasem wręcz dziwacznością. Trudno oprzeć się wrażeniu, że niektóre wydarzenia są niczym innym jak platformą autopromocji osób, które nie znalazły dla siebie innego miejsca na zaistnienie przed szerszą publicznością.

Przykład? Spotkanie pod hasłem „Świadoma pielęgnacja młodej skóry”. Pytanie nasuwa się samo, więc jaki ma to związek z promocją Polski i polskości w Irlandii? Jedynym punktem wspólnym wydaje się narodowość osoby prowadzącej. To jednak za mało, by uznać takie wydarzenie za realizujące misję Domu Polskiego. W istocie mamy tu do czynienia raczej z reklamą konkretnych usług niż z działaniem o charakterze kulturotwórczym.

Podobne wątpliwości rodzi inicjatywa zatytułowana „Marketing i Widoczność Online”. Próbowałem, uczciwie i bez złej woli połączyć ją z promocją Polski. Próbowałem długo, a gdy mi się to uda, być może rzeczywiście wydam oficjalny komunikat. Na razie jednak pozostaję bez odpowiedzi.

Zainteresowanie, choć z zupełnie innych powodów, wzbudziło także spotkanie z „autorką powieści dystopijnych”. W kraju takim jak Irlandia, gdzie problem depresji i kryzysów psychicznych jest poważnym tematem społecznym, dobór takiej tematyki może budzić wątpliwości. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że promocję polskich autorów można już bez większego problemu wpisać w działalność Domu Polskiego. Z tego jednego powodu wydarzenie to należy zakwalifikować jako i za mieszczące się w ramach misji. Nawiasem mówiąc, miałem kiedyś elektroniczne wydanie jednej z tych książek, ale w tym miejscu pozwolę sobie zachować dyplomatyczny woal milczenia.

Osobną kategorię stanowi klub szachowy. Od momentu, gdy dowiedziałem się o jego funkcjonowaniu w Domu Polskim, budził we mnie skrajne emocje. Instytucja Domu Polskiego zaczęła wówczas przypominać mi PRL-owską klubokawiarnię na głębokiej prowincji. Szachy, rzecz jasna, są wartościową grą intelektualną, ale można w nie grać w domu, w przestrzeni miejskiej i w miejscach do tego przeznaczonych. Trudno więc uznać prowadzenie klubu szachowego za istotny element misji Domu Polskiego.

Crème de la crème tej wyliczanki stanowi jednak wydarzenie zatytułowane „Noworoczna Szamańska Podróż z Bębnem i Ceremonialnym Kakao”. W tym miejscu nawet mój racjonalizm kapituluje. Nie jestem osobą wierzącą, ale w obliczu takich inicjatyw aż chcę zakrzyknąć: Boże, dopomóż i wskaż drogę, bo ta z pewnością do Polski nie prowadzi. Prowadzi natomiast ku bliżej nieokreślonemu „oczyszczeniu”, „domknięciu”, „uwolnieniu” i „ustawianiu intencji”. Trudno o bardziej jaskrawy przykład oderwania się od misji Domu Polskiego.

Ktoś powie, że to złośliwość, że czepialstwo, że próba załatwiania osobistych porachunków. Nic bardziej mylnego. Piszę ten tekst z autentycznym poczuciem smutku, bo wolałbym pisać o sukcesach polskich inicjatyw w Irlandii, a nie o ich słabościach. Przykładów na te słowa znajdą Państwo wiele, a to na łamach tego portalu, ale i bez większego problemu w audycjach „Studio Dublin” na falach Radia Wnet.

I właśnie dlatego warto wyraźnie podkreślić elementy pozytywne. Pełne uznanie należne jest inicjatywom skierowanym do dzieci i ich rodziców, takim jak polonijne spotkania edukacyjne – oczywiście pod warunkiem, że prowadzą je osoby z odpowiednim przygotowaniem. Są także spotkania filozoficzne, uczące samodzielnego myślenia, szkolenia z dziedziny dziennikarstwa, inicjatywy artystyczne dla dzieci. W samym kontekście wydarzeń przeznaczonych dla dzieci, bo chodzi o ich bezpieczeństwo, także rodzą się dodatkowe pytania. Czy organizatorzy posiadają certyfikaty bezpieczeństwa wydane przez An Gharda Síochána? To kwestia, której nie wolno ignorować.

Na uwagę zasługują również spotkania dotyczące prawa podatkowego, podczas których polski księgowy wyjaśnia zawiłości irlandzkiego systemu fiskalnego, a także wydarzenia integracyjne skierowane do kobiet. Wieczorami można wpaść na herbatę, porozmawiać, spędzić czas w sposób spokojny i w miłej, jak się domyślam atmosferze. Ciekawą inicjatywą jest również promocja kwartalnika „Portrety Emigracji”, oferującego specjalistyczną wiedzę z zakresu psychologii i psychoterapii.

Na deser pozostaje jednak pewien „kwiatek”, czyli logo Domu Polskiego – wiatraczek, dobrze znany większości z dzieciństwa, taki terkoczący na wietrze. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jego forma do złudzenia przypomina znak graficzny irlandzkiej Partii Pracy. Z jednej strony budzi to uśmiech, z drugiej – niepokój, bo gdy dodamy do tego organizacje współpracujące, kierunek ideowy zaczyna się klarować.

Promocja idei politycznych nie leży w podstawach programowych Domów Polskich, a wystarczy wspomnieć o współpracy z lewicującym Forum Polonia. Na plakatach pojawia się także logo „Polska Mówi”. Wówczas zaglądając na kanał YouTube tej organizacji, można natknąć się na treści o charakterze spiskowości dziejów i o kosmitach. Strona internetowa natomiast wyraźnie odnosi się do centro-lewicy. Trudno więc uznać, że podobieństwo logo Domu Polskiego do laburzystowskiego jest przypadkowe.

Na końcu mamy jeszcze „Szkołę Liderstwa” – inicjatywa jednoznacznie ideologiczna, z elementami kształtowania przyszłych elit według określonej wizji.

Jaką więc wystawić ocenę podsumowującą? To zadanie trudne, bo obraz Domu Polskiego w Galway jest niejednoznaczny. Obok inicjatyw wartościowych istnieje wiele elementów wymagających korekty, zmiany lub gruntownej refleksji. Dopiero wtedy Dom Polski mógłby rzeczywiście stać się miejscem łączącym Polskę i Irlandię, promującym naszą kulturę i dającym realną przestrzeń spotkań polskiej diaspory.

Tego życzę i szczerze kibicuję, aby za jakiś czas większa część tego tekstu była już tylko archiwalnym świadectwem drogi, z której udało się zawrócić. Jeżeli natomiast organizatorzy poczują potrzebę wyrażenia swojej opinii w tej sprawie, zapewniam, że ta zostanie w całości opublikowana, do czego, nawiasem mówiąc, zachęcam.

Bogdan Feręc

Fot. Google Maps – Street View

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version