Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Dlaczego polskie meble toną? Diagnoza kryzysu branży, zaniechania dyplomacji gospodarczej i proste recepty na wyjście z matni

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Kryzys w polskim sektorze meblarskim stopniowo przestaje być jedynie wycinkowym problemem jednej z wielu gałęzi przetwórstwa przemysłowego, a staje się soczewką, w której jak na dłoni odbijają się strukturalne słabości całej polskiej gospodarki eksportowej. Głos w tej sprawie zabrała ostatnio europosłanka Konfederacji Wolność i Niepodległość Anna Bryłka, wskazując w mediach społecznościowych na zatrważające dane dotyczące spadku produkcji, likwidacji miejsc pracy oraz załamania zamówień z zagranicy. Choć do samego faktu wywołania tego tematu przez parlamentarzystkę należy odnieść się z uznaniem, o tyle przedstawiona przez nią diagnoza, choć oparta na prawdziwych wskaźnikach statystycznych, cierpi na grzech powierzchowności. Wskazuje właściwie jedynie na objawy zewnętrzne oraz wybraną presję kosztów, całkowicie pomijając fundamentalne błędy w architekturze wsparcia polskiego biznesu poza granicami kraju.

Aby w pełni zrozumieć sytuację, w jakiej znalazły się polskie przedsiębiorstwa, warto w pierwszej kolejności przytoczyć pełną wypowiedź posłanki do Parlamentu Europejskiego Anny Bryłki, a ta pojawiła się na jej oficjalnym profilu. Wpis ten brzmi dokładnie tak:

POLSKIE MEBLE TONĄ. TYSIĄCE LUDZI BEZ PRACY!

Polska jest jednym z największych producentów i eksporterów mebli na świecie. Dziś ta branża staje się symbolem kryzysu polskiego przemysłu. Od 2022 roku branża meblarska straciła około 29 tys. miejsc pracy, a cały sektor drzewny i meblarski około 45 tys. etatów. Produkcja mebli spada już czwarty rok z rzędu.

Powodów jest kilka: droga energia, rosnące ceny drewna, ograniczenie dostępności surowca, spadek zamówień z zagranicy oraz coraz silniejsza konkurencja z Chin.

Szczególnie mocno uderza nas uzależnienie od rynku niemieckiego. Ponad 1/3 polskiego eksportu mebli trafia do Niemiec, a przedsiębiorcy mówią o spadkach zamówień sięgających nawet 50–70%. Jednocześnie udział Chin w niemieckim imporcie mebli wzrósł z 22,8% w 2019 r. do 27,4%. w 2025 r. W Polsce import mebli z Chin wzrósł w 2025 roku o 11,6%.

To nie są tylko dane statystyczne, to likwidowane zakłady i konkretni ludzie bez pracy. Potrzebujemy polityki przemysłowej, która będzie chronić polską produkcję, zapewni dostęp do krajowego drewna i konkurencyjne ceny energii.

Przedstawiony wywód europosłanki celnie opisuje twarde fakty, więc spadek zatrudnienia o kilkadziesiąt tysięcy etatów, czteroletnią regresję produkcyjną oraz zgubną, niemal dominującą zależność od rynku niemieckiego. Błędem byłoby zarzucanie autorce podawania danych nieprawdziwych, bo nie odda to prawdy. Jednak zatrzymanie się na stwierdzeniu, że winne są wyłącznie koszty energii, ceny drewna czy spadek zamówień z Berlina, uniemożliwia wyciągnięcie wniosków, które pozwoliłyby wyrwać ten kluczowy sektor z dołka. Z perspektywy obserwatora przyglądającego się polskim sprawom z pewnego dystansu, chociażby z poziomu gospodarki Republiki Irlandii, mechanizmy te widać w znacznie szerszym kontekście.

Irlandia od dziesięcioleci buduje swoją ugruntowaną pozycję w światowym handlu, mimo że z punktu widzenia twardych kosztów wytwórczych znajduje się w położeniu obiektywnie gorszym niż Polska. Zielona Wyspa zmaga się z najdroższą energią elektryczną w całej Unii Europejskiej, wyjątkowo wysokimi cenami paliw oraz wysoką presją płacową. Jak to zatem możliwe, że państwo o tak wysokich kosztach własnych osiąga potężne sukcesy eksportowe, wypracowując nadwyżki handlowe i skutecznie pozycjonując swoje towary na najdalszych rynkach naszego globu? Odpowiedź nie leży w sztucznym subsydiowaniu kosztów surowca, lecz w sprawnie zaprojektowanym systemie otwierania drzwi przed rodzimym biznesem oraz ciągłym torowaniu dróg do nowych odbiorców.

Sercem irlandzkiego sukcesu jest model instytucjonalny, którego flagowym przykładem pozostaje agencja Enterprise Ireland. Jej podstawowym zadaniem nie jest bierne udostępnianie informacji czy pisanie bezużytecznych raportów biznesowych, lecz wywoływanie realnego strumienia eksportowego i aktywne prowadzenie firm przez meandry zagranicznych rynków. Co niezwykle istotne, Irlandczycy zrozumieli, że budżetowe wsparcie poszczególnych podmiotów staje się przepalaniem publicznych pieniędzy, jeśli nie towarzyszy mu przemyślana strategia ukierunkowana na działające na wyspie sektory. Agencja ta nie ogranicza się do Europy czy Ameryki Północnej, choć to rynki dominujące. Jej przedstawiciele obecni są w Azji, Afryce, Ameryce Południowej oraz Australii i Oceanii. Kluczowym elementem tej układanki jest natomiast coś, co Polsce jest całkowicie obce, bo włączenie w proces ekspansji gospodarczej irlandzkiej diaspory, dało całkiem dobre efekty.

Przedstawiciele Enterprise Ireland, podróżując po świecie jako asysta członków rządu, nie odbywają wyłącznie wycieczek na koszt podatnika. Wchodzą w bezpośredni kontakt z irlandzkimi przedsiębiorcami, irlandzkimi grupami biznesowymi, lokalnymi managerami i właścicielami firm irlandzkiego pochodzenia, którzy od lat funkcjonują na danych rynkach. W ten sposób agencja pozyskuje nieocenioną wiedzę, w tym precyzyjne informacje o gustach konsumentów, wymaganiach prawnych, strukturze dystrybucji oraz realnych potrzebach zakupowych. Dzięki temu irlandzka oferta nie jest uniwersalna i bezpłciowa, lecz idealnie skrojona pod konkretnego odbiorcę na drugim końcu świata.

Gdy zestawimy ten sprawnie działający mechanizm z polską praktyką, zderzamy się z dramatycznym kontrastem. Po stronie polskiej teoretycznie istnieje odpowiednik Enterprise Ireland – Polska Agencja Inwestycji i Handlu (PAIH). Podmiot ten, funkcjonujący jako spółka akcyjna realizująca misję publiczną, od lat wykazuje jednak pewne cechy instytucjonalnej niewydolności. Doświadczenia z funkcjonowaniem Zagranicznych Biur Handlowych tej Agencji, w tym chociażby historia upadłej placówki w Dublinie, pokazują głęboki kryzys koncepcyjny. Kiedy wraz z redaktorem Tomaszem Wybranowskim w audycji „Studio Dublin” w Radiu Wnet przeanalizowaliśmy faktyczną aktywność dublińskiego biura PAIH, ujawniając ówczesną bezczynność i bezradność tamtejszego kierownictwa, efektem końcowym było wycofanie się agencji z Irlandii i przeniesienie kompetencji do centrali w Londynie.

Od tamtej pory wymiana handlowa między Polską a Irlandią odbywa się w zasadzie bez jakiegokolwiek instytucjonalnego wsparcia ze strony PAIH, a przynajmniej prowadzona jest w sposób głęboko utajony. Odnoszę więc wrażenie, że gdyby nie osobiste zaangażowanie i praca Ambasady Republiki Irlandii w Warszawie, stosunki gospodarcze na tej linii uległyby całkowitej stagnacji. Ten odosobniony przykład może natomiast obrazować szerszą patologię, czyli PAIH stał się strukturą skoncentrowaną na obsłudze wielkich koncernów oraz korporacyjnych potentatów, całkowicie ignorując małe i średnie przedsiębiorstwa oraz w domyśle, niektóre gałęzie przemysłu, takie jak właśnie branża meblarska. Agencja chętnie szczyci się na swojej stronie internetowej hasełkiem o byciu „liderem w doradztwie”, jednak w rzeczywistości można wysnuć wniosek, że jej działania sprowadzają się do powierzchownych deklaracji, z których nie wynikają konkretne kontrakty handlowe. Przynajmniej te, które teraz właśnie potrzebne są polskiemu meblarstwu.

Różnica pomiędzy irlandzkim a polskim podejściem sprowadza się do myślenia systemowego, a nawet poniekąd ogólnokrajowego i globalnego. Enterprise Ireland, wspierając określoną branżę, nie szuka kontraktu dla jednej wybranej korporacji. Działa sektorowo. W momencie, gdy na horyzoncie pojawia się duży zagraniczny partner, uruchamiany jest cały lokalny łańcuch współzależności. Firma, która podpisuje umowę główną, wciąga do współpracy dziesiątki podwykonawców, a co za tym idzie, dostawców surowców, producentów komponentów, wyspecjalizowane zakłady produkcyjne, lokalne firmy transportowe oraz przedsiębiorstwa logistyczne. W ten sposób pojedynczy sukces eksportowy wprawia w ruch całą gospodarczą maszynerię, dając pracę nawet najmniejszej zębatce w tym połączonym już wówczas systemie zazębiajacych się kół. W Polsce tymczasem mały i średni producent mebli pozostawiony jest sam sobie. Nie ma zaplecza analitycznego, nie ma dostępu do zagranicznych sieci dystrybucji i nie potrafi samodzielnie wyjść poza tradycyjny, łatwy obszar niemieckiego rynku odbiorców. To akurat wynika ze słów samych przedsiębiorców i publicznie wypowiadanych przez nich opinii, więc można założyć, że nie są to stanowiska odosobnione, a takich słów znajdzie się w mediach społecznościowych mrowie.

Taka bierność i brak spójnej strategii promocji, mści się obecnie ze zdwojoną siłą, ponieważ całe makroekonomiczne otoczenie Europy, ulega gwałtownej degradacji na poziomach krajowych.

Posłanka Anna Bryłka słusznie zauważa, że uderza w nas uzależnienie od Niemiec, ale nie dodaje, dlaczego rynek niemiecki się załamuje i dlaczego polskie meble przegrywają z konkurencją z Azji. Problemem podstawowym jest dramatyczny spadek konkurencyjności całej europejskiej gospodarki, wywołany błędnymi decyzjami politycznymi na poziomie Brukseli. Unia Europejska zamiast tworzyć warunki do rozwoju przemysłu, stawia na ideologiczne programy transformacji energetycznej. Unijny Zielony Ład, forsowany bez uwzględnienia realiów rynkowych, drastycznie podnosi koszty wytwórcze, ceny energii i transportu, niszcząc opłacalność produkcji na Starym Kontynencie.

Widząc rosnącą słabość własnego przemysłu oraz presję ze strony tańszych producentów z Azji, urzędnicy z Unii Europejskiej sięgają po jedyne narzędzia, jakie pozostały w ich instrumentarium, co oznacza wyłącznie sankcje, ograniczenia prawne, certyfikacje oraz cła zaporowe. Jest to polityka całkowicie ślepa na realia w ujęciu globalnym. Politycy w Brukseli wydają się nie dostrzegać, że globalne bieguny gospodarcze uległy nieodwracalnemu przesunięciu. Centrum finansowe i produkcyjne świata nie mieści się już w Europie Zachodniej, lecz przesuwa nieuchronnie w stronę Państwa Środka oraz państw tworzących blok BRICS.

W tym miejscu należy postawić twardą tezę, że traktowanie takich potęg jak Chiny, Indie, Brazylia czy szerzej – państw Globalnego Południa – wyłącznie w kategoriach zagrożenia i nieuczciwego konkurenta, jest fundamentalnym błędem strategicznym. Przemysł europejski, w tym polski sektor meblarski, nie przetrwa, jeśli nie zmieni optyki na znacznie szerszą i otwartą na zmiany zachodzące na świecie. Unia Europejska nie powinna przestać postrzegać więc Globalnego Południa, ale też Wschodu, jedynie jako źródła taniego importu, a zacząć widzieć w nim gigantyczny rynek zbytu, liczący niemal cztery miliardy potencjalnych konsumentów. Klasa średnia w krajach rozwijających się rośnie w tempie wykładniczym i poszukuje produktów o wysokiej jakości wykonania, estetyce oraz trwałości, a więc dokładnie takich, jakimi przez lata charakteryzowało się m.in. polskie meblarstwo.

Aby jednak nasze meble mogły trafić do domów i biur w Azji czy Ameryce Południowej, spełnione muszą zostać dwa warunki. Po pierwsze, należy przywrócić konkurencyjność cenową produkcji poprzez wyhamowanie zgubnych regulacji klimatycznych, które podnoszą koszty wytworzenia produktu. Po drugie, potrzebna jest odważna, pragmatyczna geopolityka handlowa, wolna od unijnego dyktatu ideologicznego. Warto dostrzec, jak na tym tle zachowuje się wspomniana wcześniej Irlandia. Choć funkcjonuje w ramach Unii Europejskiej, nienachalnie i bez rozgłosu wykonuje pragmatyczne kroki w stronę pewnego rodzaju zacieśniania relacji gospodarczych z Pekinem. Irlandczycy zauważyli już chyba w Chinach technologiczne i inwestycyjne okno na świat, uchylając nieznacznie furtki handlowe tam, gdzie Bruksela najchętniej postawiłaby mur.

Polska znajduje się w położeniu bez porównania korzystniejszym niż Irlandia. Posiadamy bezcenny atut geograficzny, co mogłoby sprowadzić nas do centrum logistycznego w postaci Lądowego Jedwabnego Szlaku – magistrali kolejowej łączącej Azję z Europą Środkową, a następnie z krajami Zachodniej Europy. Podczas gdy Irlandia dla Chin pozostaje niezdobytym jeszcze przyczółkiem technologicznym i prawnym, Polska mogłaby stanowić naturalny, logistyczny węzeł dystrybucyjny. Niestety, potencjał ten jest marnowany z powodu politycznego zacietrzewienia oraz uległości wobec Komisji Europejskiej. Gdyby polska dyplomacja gospodarcza wykazała się dojrzałością, moglibyśmy stworzyć z Irlandią potężną synergię handlową. Towary i usługi kontraktowane za pośrednictwem irlandzkich i azjatyckich centrów operacyjnych mogłyby być fizycznie transportowane na Zachód przez Polskę, a może nawet produkowane w naszej ojczyźnie. Co więcej, gdyby Europa stała się konkurencyjna, zaproponowała odpowiednie produkty odbiorcom w Chinach, wówczas pociągi w odwrotnym kierunku, również woziłyby towary, które przez nasz kraj podążałyby do Chin, Indii, a może nawet do Federacji Rosyjskiej. Natomiast w takim układzie, jaki prezentuje się nam obecnie, uzależnienie od niemieckiego rynku, który sam zmaga się z głęboką recesją, przestałoby być dla polskiego przemysłu wyrokiem śmierci.

Obawy mówiące o tym, że otwarcie się na ścisłą współpracę handlową z Chinami doprowadzi do zdominowania i wchłonięcia polskiego przemysłu przez chiński kapitał, pozbawione są podstaw. Kluczem są precyzyjnie skonstruowane umowy bilateralne oraz partnerski podział ról w łańcuchu wartości. Strona chińska posiada doskonale rozwiniętą sieć dystrybucji, gigantyczną infrastrukturę przeładunkową oraz nieograniczony kapitał obrotowy. Jeżeli np. Warszawa zaoferuje Pekinowi gotowe rozwiązania produkcyjne, w tym wysokiej jakości meble, stolarkę budowlaną czy elementy wyposażenia wnętrz, partnerzy z Azji skoncentrują się na sprzedaży, zamiast inwestować w budowę konkurencyjnych fabryk od zera.

Oceniając obecną sytuację polskiego sektora meblarskiego, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że branża ta nie ginie z powodu braku umiejętności polskich stolarzy, złego wzornictwa czy niedostatku technologii. Tonie, ponieważ została zamknięta w klatce wysokich kosztów narzuconych przez politykę klimatyczną oraz uzależniona od jednego, wyczerpanego rynku odbiorcy, przy całkowitym braku wsparcia ze strony własnego państwa. Anna Bryłka ma oczywiście rację alarmując o skali kryzysu, lecz jej postulaty ograniczone do zapewnienia tańszego drewna, energii i odbiorców są jednak zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Bez radykalnej przebudowy instytucji odpowiedzialnych za promocję eksportu oraz bez przełamania dogmatyzmu w polityce zagranicznej i klimatycznej, kryzys ten będzie się wyłącznie pogłębiał – obejmując kolejne branże i sektory polskiej gospodarki.

Wyjście z tego stanu nie wymaga jednak wieloletnich, skomplikowanych reform strukturalnych czy gigantycznych nakładów finansowych z budżetu państwa. Rozwiązania znajdują się na wyciągnięcie ręki i sprowadzają do kilku prostych, zdecydowanych ruchów organizacyjnych oraz politycznych:

Polski przemysł meblarski wciąż posiada ogromny potencjał, unikalne know-how oraz wykwalifikowane kadry. Trwający kryzys nie jest natomiast nieuchronną katastrofą naturalną, lecz wynikiem skrajnego zaniedbania dyplomacji gospodarczej i bezmyślnego związania własnych rąk na rynku międzynarodowym. Przejście od roli biernego dostawcy dla niemających przyszłości rynków zachodnich do pozycji aktywnego gracza na obszarach dynamicznego wzrostu wymaga jedynie odrzucenia ideologicznych uprzedzeń i wdrożenia sprawdzonych, prostych mechanizmów wsparcia. Jeśli więc polscy decydenci zdołają wykonać ten prosty krok, branża meblarska nie tylko wyjdzie z obecnego dołka, ale stanie się kołem zamachowym zupełnie nowej, ekspansywnej polityki przemysłowej Rzeczypospolitej Polskiej.

Bogdan Feręc

Graf. Wygenerowana przez AI

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version