Tak sobie patrzę – bez ekscytacji, raczej z kubkiem wystygłej kawy w dłoni – na iksowo-facebookowe profile polityków. Patrzę długo, bo większość obserwuję. Z częścią jesteśmy nawet „znajomymi”, co w dzisiejszych czasach znaczy mniej więcej tyle, co skinienie głową w kolejce po kebab o drugiej w nocy. Nasze drogi kiedyś się gdzieś przecięły, konferencja, wywiad, debata, może korytarz, na którym wszyscy udają, że się spieszą, choć nikt nie wie dokąd. Niektórych nawet lubię – chyba z wzajemnością, kilku potrafię docenić, ale znaczącej większości – i tu nie ma co udawać, jestem krytykiem i to krytykiem raczej z tych nieklaskających, jak mnie widzą.
Nie ma w tym nic dziwnego, bo posłowie, senatorowie, europosłowie i cała ta galaktyka ludzi z dietą i legitymacją pracują za moje pieniądze. Za pieniądze, które nie biorą się z powietrza ani z patriotycznych uniesień, tylko z podatków, składek i innych danin, które znikają szybciej niż sens w sejmowej debacie o trzeciej w nocy. Skoro więc płacę, to patrzę. Skoro patrzę, to oceniam. A skoro oceniam, to chcę wiedzieć, której albo któremu z nich nie należy już więcej płacić. Demokracja w wersji podstawowej i bez obrażania nikogo oraz górnolotnych haseł.
Z tych obserwacji wynika mi jedna dość brutalna konkluzja, że niezależnie od barw partyjnych, ideologii, idei i pinów w klapie, moich pieniędzy z podatków nie powinien dostawać… nikt albo realnie, prawie nikt. Tak, brzmi jak klasyczne narzekanie wyborcy, który „ma dość”, bo każdy potrafi powiedzieć „zabrać im pieniądze”. Gorzej z uzasadnieniem, więc najczęściej słyszę, że i tak nakradną tyle, że im wystarczy, a poza tym nic nie robią, więc po co ich wynagradzać. Teoretycznie coś w tym jest, praktycznie to argument trochę leniwy. Ja pójdę krok dalej, bo to, co mnie naprawdę doprowadza do stanu lekkiego, acz permanentnego rozdrażnienia, to działalność internetowa polityków.
Rozumiem ideę. Naprawdę. Kontakt z elektoratem, dialog społeczny, nowoczesne narzędzia komunikacji, skracanie dystansu, co brzmi pięknie jak unijny folder drukowany na kredowym papierze. Rozumiem też, że można próbować przekonywać przeciwników, łagodzić spory, tłumaczyć decyzje. Problem w tym, że zdecydowana większość politycznych profili w mediach społecznościowych to nie dialog, tylko monolog. Nie treść, tylko hałas. Nie myślenie, tylko mieszanie w głowach wyborców, utwardzanie twardego elektoratu i okładanie się memami jak wirtualnymi pałkami. Treści w tym jak na lekarstwo. Za to emocji całe hurtownie, a do tego gniew, oburzenie, triumf, moralna wyższość i ten specyficzny ton, który mówi: „my wiemy lepiej, a jeśli się nie zgadzasz, to znaczy, że jesteś albo głupi, albo zły”. Algorytm to kocha. Demokracja – już niekoniecznie.
Są jeszcze ci aspirujący do zaszczytnego niegdyś miana „polityk”, więc usilnie starający się dostać do władzy, a wówczas poziom surrealizmu inteligencji przekracza wszelkie poziomy.
Wróćmy jednak do obecnych „osób polityczących” (chcieliście taką mowę, to macie) i kiedy taka, taki lub ony vel owa pisze, że „składa propozycję”, wchodzę w to, jak naiwny czytelnik starej prasy, jeszcze z czasów, gdy felieton nie był przedłużeniem partyjnego newslettera. I co znajduję? Najczęściej nie propozycję, tylko atak. Nie plan, tylko kontrę. Nie wizję, tylko kolejną rundę wojny z oponentami. Faktyczne propozycje giną gdzieś pod warstwą ironicznych emotek, krzykliwych grafik i komentarzy, po których wszyscy mają wiedzieć, co mają myśleć.
Zaryzykuję więc tezę, że w tym całym iksowo-facebookowym politycznym szaleństwie chodzi głównie o jedno, czyli jak z tym dachem w kościele, żeby zbierać na remont kasę, a nie ją zebrać, co oznacza wieczną kampanię. O permanentny ring, na którym nie ma sędziego, za to jest publiczność reagująca lajkiem albo śmiechem. Co natomiast z rządzeniem, stanowieniem prawa, odpowiedzialnością za kraj i ludzi? To wszystko brzmi dla „elit” strasznie analogowo, zbyt analogowo.
Są też tacy, którzy idą krok dalej i tworzą iluzję bliskości. Pytają społeczeństwo, wstawiają ankietki, sondy, głosowania i zadają te infantylne, o ile nie durne pytania. „Czy jesteś za odwołaniem X?”, „Czy popierasz Y?”, „Co sądzisz o Z?” i tu zapala mi się lampka ostrzegawcza, taka na czerwono, bez trybu nocnego, bo pojawiają się dwie sprawy, obie fundamentalne.
Po pierwsze: jeśli poseł, działający w moim imieniu, codziennie pyta mnie, co ma robić, to czy on w ogóle wie, po co jest posłem? Czy został wybrany po to, żeby pełnić funkcję administratora ankiet? Czy naprawdę płacę mu za to, żeby zadawał mi prostackie, sformułowane sugestywnie pytania, na które odpowiedź jest wpisana w treść? Demokracja przedstawicielska polega na tym, że wybieram kogoś, kto ma czas, zaplecze, wiedzę i narzędzia, by podejmować decyzje. Nie po to, żeby codziennie przerzucał odpowiedzialność na mnie, bo algorytm akurat premiuje interakcję.
Po drugie: jeśli polityk nie wie, co ma zrobić, to może czas przestać udawać. Może zamiast systemu władzy parlamentarno-gabinetowej, wprowadźmy model referendalny. Raz w roku społeczeństwo dostanie pakiet pytań – mniej lub bardziej sensownych – i się określi. Bez pośredników, bez lajków, bez transmisji na żywo z sejmowego korytarza. Skoro i tak wszystko sprowadza się do głosowania „tak” albo „nie”, to po co nam ten cały teatr?
Bo kiedy polityk codziennie bombarduje mnie dziecinnymi, emocjonalnymi pytaniami, zaczynam mieć poczucie, że uczestniczę w zabawie w politykę. W symulacji demokracji, w której najważniejsze nie jest rozwiązanie problemu, tylko jego klikalność. To już nie jest debata publiczna. To reality show, w którym wszyscy są ekspertami, ale nikt, oprócz obywatela nie ponosi konsekwencji.
Od posłów i senatorów na wszystkich szczeblach i bez wyjątku oczekuję jako poniekąd wasz pracodawca, czegoś więcej. Oczekuję propozycji, ale tych konkretnych, przemyślanych, osadzonych w realiach, a nie w bańce własnych partyjnych korzyści. Oczekuję realizmu, odwagi i gotowości do wzięcia odpowiedzialności, nawet jeśli oznacza to chwilowy spadek zasięgów. Polityka to nie konkurs popularności w liceum, a przynajmniej nie powinna nim być.
Dopóki tego nie dostanę, dopóty moja przychylność wobec świata polityki pozostanie chłodna jak marmur w urzędzie i nawet wtedy, gdy zdarzy mi się powiedzieć, że jakiś pomysł czy działanie akurat mi się podoba. Bo pojedyncza sensowna propozycja lub ustawa, nie czyni z was mężów stanu. A demokracja na lajki to nie demokracja, a bardziej quiz na osobę najlepiej obsługującą Facebooka lub inne medium społecznościowe.
Bogdan Feręc
Photo by Jackson Sophat on Unsplash

