Naszła mnie ochota na chałwę. Rzecz rzadka, niemal świąteczna, bo nawet stróże mojego zdrowia, ci sami, co to zawsze wiedzą lepiej, kręcą głową, mówiąc, że cukier, że tłuszcz, że „panie, to nie te lata”. Ale umówmy się uczciwie, że zakazy istnieją głównie po to, żeby człowiek mógł czasem poczuć dreszcz obywatelskiego nieposłuszeństwa. Bez tego życie byłoby jak herbata bez fusów, poprawna, ale bez charakteru.
Ruszyłem więc raźnym krokiem ku świątyni handlu, gdzie chałwę nabywa się drogą kupna, a nie wspomnień, czyli do sklepu, w którym polityka traci sens, bo na półkach leżą obok siebie produkty ze Wschodniej Europy, Kaukazu, Bałkanów i Bóg jeden wie skąd jeszcze. Taki to przybytek, gdzie granice są tylko umowne, a Unia Europejska kończy się na stoisku z kiszonkami.
Chodzę, patrzę, oczy pracują jak radar, bo wybór ogromny, kolorowo, obiecująco, ale chałwy ani śladu. Wtem materializuje się jak „domniemnąłem”, pracownik tego przybytku, gdyż był w takim postsowieckim kubraczku. Sklep nazwą sugerował natomiast silny związek z naszą ojczyzną, więc pytam w mowie nadwiślańskiej, grzecznie i po ludzku. Tu następuje zdziwienie sezonu, bo chłopina ni w ząb nie zajarzył, spojrzał mi w oczy i oświadczył z kamienną twarzą, że on „nie komprende” i żebym użył języka zagranicznego.
Uchem jednak wychwyciłem, że to nie Irlandia go wychowała, ani Bangladesz nie maczał palców w tym akcencie. Ten dźwięk znam aż za dobrze, to akcent człowieka ze skraju dawnego bloku, który w dzieciństwie jadł te same cukierki i oglądał te same bajki, co ja. Cóż, pewnych rzeczy się nie zapomina, nawet jeśli zmienia się paszport.
Przechodzę więc na jego mowę i oznajmiam, że poszukuję chałwy. Twarz mu się pokraśniała, uśmiech rozlewa jak majonez na sałatce jarzynowej i słyszę, że mam się udać dwie alejki dalej. „Poszłem”, bo miałem blisko (daleko: poszedłem – polska odmiana tego słowa, niekoniecznie poprawna, ale odmiana), bo nadzieja, która umiera ostatnia jeszcze żyła – i jest. Jest chałwa. Dużo chałwy. Prawdziwe chałwowe zagłębie.
Jednak nie do końca tej szukałem. Chodziło mi o taką z bloku. Wiecie, tę, co się kruszyła jak tynk na klatce schodowej, była trochę za słodka, trochę za tłusta, ale smak miała uczciwy. Mogła być nawet pakowana, nie jestem fanatykiem. Tymczasem półki uginają się od szczelnie opatulonych brył w nieprzezroczystej folii, wyglądających bardziej jak materiał izolacyjny niż deser.
Przekopując się przez ten zasypany dobrem regał, trafiam w końcu na chałwę, którą widać. Wyłuskałem ją sprawnym ruchem dłoni, oplotłem wzrokiem miazgę ziaren, ale coś mnie tknęło. Ta chałwa była jakaś… podejrzana. Jakby znała słowo „innowacja”. Czytam więc skład, a czytam w kilku językach, bo człowiek dziś musi, i oto cud mniemany objawia się w pełnej krasie. Zamiast sezamu – 90 procent słonecznika. Do tego soja prażona, zapewne po to, żeby opakowanie nie czuło się puste i miało sens istnienia. Reszty litościwie nie przytoczę.
Ja rozumiem, że chałwa powstaje z nasion roślin oleistych. Wiem, bo nie jestem barbarzyńcą, ale powiedzmy to wprost, bez tańca chochoła, że smak ma tylko ta sezamowa. Reszta to wariacje na temat, co najwyżej namiastki prawdy dla kubków smakowych.
Nie skusiłem się więc na ten wynalazek, który zapewne przybył do nas z jakichś słonecznych i żyznych pól Niziny Chińskiej, a zapakowany w marketing i dobre chęci. Nie był to niestety wyrób, którego smak chciałbym nosić na języku jak wspomnienie dzieciństwa, a bardziej erzac dawnych wspomnień.
Szkoda, że coraz mniej w sklepach rzeczy, które przyciągały do siebie przez lata i to bez rebrandingu, bez „nowej, lepszej receptury”, bez słonecznika udającego sezam. A jak ten cały Mercosur zacznie się tu na dobre panoszyć, to obawiam się, że jeszcze dożyjemy czasów, gdy szynka będzie z kukurydzy, a chałwa z idei. I wtedy naprawdę nie będzie już czego łamać, nawet zakazów.
Bogdan Feręc
Photo by Catherine Breslin on Unsplash

