W mojej ocenie premier RP Donald Tusk zdecydowanie przesadził. Co więcej, wygląda na to, że w całej operacji dotyczącej Trybunału Konstytucyjnego zabrakło mu czegoś, co w polityce powinno być podstawową umiejętnością każdego szefa rządu, czyli zdolności przewidywania konsekwencji własnych decyzji. Nie jest przecież tajemnicą, że od wielu miesięcy celem premiera było przejęcie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym, a więc instytucją, która z mocy Konstytucji RP powinna pozostawać niezależna od bieżących interesów politycznych. I właśnie tutaj zaczyna się problem, którego skali Donald Tusk najwyraźniej nie docenił.
Już pierwsza próba zajęcia Trybunału zakończyła się fiaskiem. Społeczeństwo pokazało, że nie zamierza bezczynnie przyglądać się działaniom, które odbiera, jako próbę podporządkowania kolejnej instytucji państwowej, interesom rządzącej większości. Ludzie licznie pojawili się przed budynkami TK, dając wyraźny sygnał, że nie na wszystko będzie milcząca zgoda. Premier najwyraźniej nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Zamiast szukać rozwiązania, które pozwoliłoby wyjść z kryzysu z twarzą, postanowił poczekać na dogodny moment. W tym przebiegu wydarzeń szczególnie istotna okazała się nieobecność w kraju prezydenta RP. Donald Tusk mógł uznać, że właśnie teraz będzie miał większą swobodę działania. Problem pojawił się jednak w chwili, gdy premierowi puściły nerwy i, jak można wnioskować z okoliczności, sygnał do działania został wydany wcześniej, niż w ogóle powinien paść.
Jeżeli rzeczywiście zamierzano doprowadzić do siłowego przejęcia budynków Trybunału Konstytucyjnego, a wszystko na to wskazuje, należało się liczyć z reakcją społeczną, ale i prezydencką. I ta reakcja nastąpiła.
Prezydent, przebywający wówczas w podróży do Afryki, gdy pod TK pojawiła się Policja, a prezes TK miał zostać odsunięty od pełnienia obowiązków, znajdował się nad Hiszpanią. Miał wówczas polecić pilotom wojskowego samolotu natychmiastowy powrót do Warszawy. Ta decyzja, niezależnie od politycznych interpretacji, stała się jednym z najbardziej wymownych symboli całego zamieszania. Pokazała bowiem, że konflikt wokół Trybunału przestał być wyłącznie sporem o obsadę stanowisk i interpretację przepisów. Zaczął wówczas dotykać samego funkcjonowania najważniejszych organów państwa, a tego to raczej premier się nie spodziewał. Może liczył na słowa krytyki, jakie popłyną ze struktur prezydenckich, ale powrotu, to chyba nie brał po uwagę. Oczywiście tego scenariusza też raczej nie wykluczano, bo jakoby miała być przygotowana mistyfikacja, aby utrudnić przylot prezydenta do Warszawy, ale potwierdzenie tej kwestii dopiero się pojawi.
Tymczasem pod budynkami TK zaczęli gromadzić się mieszkańcy stolicy. I nie chodzi już wyłącznie o samą obecność prezydenta czy liczbę demonstrantów. Znacznie ważniejsze są polityczne konsekwencje tego, co się wydarzyło.
Donald Tusk mógł właśnie uruchomić proces, nad którym jego własny rząd może wkrótce utracić kontrolę.
Politycy opozycji zaczęli oficjalnie wzywać do przeciwstawienia się działaniom rządu. Co istotne, nie ograniczyło się to do jednego ugrupowania. Kolejne środowiska polityczne zaczęły nawoływać do połączenia sił, a nawet te, które nie zadeklarowały jeszcze utworzenia wspólnego frontu oporu, zaczęły mówić o konieczności wspólnego działania.
Oczywiście nie należy udawać, że politycy opozycji nagle zapomnieli o własnych ambicjach. Każdy z nich doskonale wie, że kryzys polityczny może stać się przepustką do przyszłego sukcesu wyborczego. Manifestacje, wystąpienia, wieczorne i nocne zgromadzenia, wspólne konferencje – wszystko to może być wykorzystane do budowania własnej pozycji. Nie zmienia to jednak zasadniczego faktu, że kiedy konflikt polityczny zaczyna przybierać formę starcia o legalność i niezależność instytucji państwowych, przestaje być zwykłą walką o słupki poparcia.
Co więcej, konsekwencje wydarzeń spod Trybunału, dotknąć mogą nie tylko samego premiera, ale również całą Koalicję Obywatelską. Wyborcy, którzy oddali na nią głosy, niekoniecznie zgodzili się na każdą metodę sprawowania władzy. Można popierać zmianę rządu, można być przeciwnikiem Prawa i Sprawiedliwości, można nawet uważać, że Trybunał Konstytucyjny wymaga gruntownych reform. Nie oznacza to jednak, że należy akceptować dowolne działania podejmowane w imię tych reform.
I tu Donald Tusk powinien się poważnie zastanowić.
Jeszcze niedawno mógł liczyć na to, że wyborcy potraktują kolejne zamieszanie wokół TK, jako następny odcinek niekończącego się serialu pod tytułem polska wojna polityczna. Tym razem jednak sytuacja może wyglądać inaczej. Ludzie są zmęczeni nie tylko samymi politykami, ale również ich przekonaniem, że zdobycie większości parlamentarnej, daje prawo do dowolnego interpretowania państwa.
Nie daje.
Konstytucja nie jest dokumentem, który obowiązuje wyłącznie wtedy, gdy odpowiada aktualnie rządzącym. Nie jest też instrukcją obsługi państwa, z której każda kolejna większość parlamentarna może wybierać sobie wygodne fragmenty. Jeżeli zaczniemy akceptować zasadę, że prawo można naginać, ponieważ przeciwnik polityczny zrobił to wcześniej, znajdziemy się na równi pochyłej, na której nie ma już żadnych zabezpieczeń.
Warto też zwrócić uwagę na Policję. Premier i minister sprawiedliwości mogą oczywiście liczyć na aparat państwowy, który ma obowiązek wykonywać zgodne z prawem polecenia swoich przełożonych. Nie powinni jednak zapominać, że funkcjonariusze Policji nie są prywatną ochroną żadnego polityka. Są obywatelami, którzy służą państwu, a ich podstawowym obowiązkiem jest przestrzeganie prawa. W historii naszej ojczyzny wielokrotnie dochodziło do sytuacji, w których formacje podporządkowane władzy stawały przed dramatycznym wyborem: wykonywać polecenia politycznych zwierzchników, czy zachować lojalność wobec państwa i obywateli. Zdarzało się, że funkcjonariusze odmawiali udziału w działaniach, które uznawali za sprzeczne z prawem lub własnym sumieniem.
Czy tak może stać się teraz? Nie zamierzam przesądzać. Byłoby nieodpowiedzialnością przedstawiać taki scenariusz, jako coś pewnego. Nie można go jednak całkowicie wykluczyć, jeżeli konflikt będzie eskalował, a od funkcjonariuszy zacznie się oczekiwać uczestnictwa w działaniach, których legalność będzie poważnie kwestionowana. I właśnie dlatego politycy powinni zachować szczególną ostrożność. Państwo nie może stać się areną sprawdzianu, jak daleko można przesunąć granicę posłuszeństwa jego funkcjonariuszy.
Kolejną kwestią jest Urząd Prezydenta RP. Konstytucja wyraźnie określa, że prezydent jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Nie oznacza to oczywiście, że może dowolnie kierować wojskiem z pominięciem ustawowych struktur dowodzenia. Oznacza natomiast, że w systemie konstytucyjnym nie jest figurantem, którego można pominąć, kiedy politycznemu kierownictwu rządu zaczyna się spieszyć. Minister wojny Władysław Kosiniak-Kamysz nie może traktować Sił Zbrojnych, jak prywatnego instrumentu politycznego. Wojsko podlega cywilnej kontroli, ale ta kontrola również musi odbywać się w granicach prawa. Żaden minister, żaden premier i żaden sztab polityczny, nie otrzymał prawa do wykorzystywania armii w wewnętrznych rozgrywkach partyjnych.
Jeżeli ktoś wpadłby na pomysł angażowania wojska w konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego, należałoby uznać to za przekroczenie kolejnej granicy, której w demokratycznym państwie przekraczać nie wolno. Żołnierz składa przysięgę wierności Rzeczypospolitej, a nie konkretnej partii, premierowi czy ministrowi.
I niech to wreszcie dotrze do wszystkich, którzy uznali, że państwo można sobie podporządkować przy pomocy odpowiednich nominacji, rozkazów i politycznych deklaracji.
Trudno czasami opisywać w spokojnych słowach, zachowując przy tym kulturę wypowiedzi, do czego doprowadzono naszą ojczyznę. Wydawało się przecież, że po zakończeniu komunistycznego systemu władzy, po przemianach 1989 roku, po latach budowania demokratycznych instytucji, nie będziemy już świadkami podobnych wynaturzeń. Tymczasem okazuje się, że wszyscy popełniliśmy poważny błąd, zakładając, iż politycy wyciągnęli z historii odpowiednie wnioski.
Nie wyciągnęli.
Mamy dziś powtórkę z najgorszych politycznych przyzwyczajeń, choć nie należy oczywiście utożsamiać jeszcze obecnej Polski z państwem totalitarnym. Nie potrzebujemy takich porównań, żeby dostrzec skalę problemu. Wystarczy przyjrzeć się jednak, jak przez kolejne lata traktowano konstytucyjnie umocowane instytucje, jak instrumentalnie wykorzystywano prawo i jak bezczelnie próbowano przekonywać obywateli, że wszystko jest w porządku, ponieważ akurat nasza strona ma rację.
Żeby zachować się odpowiedzialnie, nie mogę jednak obarczać odpowiedzialnością wyłącznie Donalda Tuska i jego współpracowników. To nie jest ich wyłączna wina. Początek tej hucpy w przejmowaniu instytucji państwowych dało Prawo i Sprawiedliwość. To właśnie za rządów tej partii rozpoczęto działania, które doprowadziły do głębokiego kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego. Wówczas również próbowano podporządkować instytucję, która powinna stać ponad bieżącą walką polityczną. Nie zamierzam tego przemilczać ani usprawiedliwiać.
Jednak obecne działania rządzących nie stają się przez to automatycznie legalne. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla zasady, według której można zrobić przeciwnikowi wszystko, ponieważ wcześniej on zrobił coś podobnego. To nie jest naprawianie państwa. To kontynuowanie jego rozkładu.
Co więcej, nie zamierzam umniejszać odpowiedzialności żadnej ze stron. Wina leży właśnie na Wiejskiej. Każda osoba, która zasiadała w polskim parlamencie za czasów PiS, jak i każda, która zasiada w nim obecnie, powinna odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki wkład miała w doprowadzenie kraju do tego miejsca.
Tak, to do was, politycy, kieruję te słowa.
To wy przez lata dawaliście przykład, że kłótnia może być rozwiązaniem każdego sporu. To wy przekonywaliście obywateli, że przeciwnik polityczny jest wrogiem, którego należy zniszczyć, a nie konkurentem, z którym trzeba umieć współistnieć. To wy zamieniliście instytucje państwowe w kolejne pola bitwy. To wy obsadzaliście stanowiska ludźmi, których najważniejszą zaletą była partyjna lojalność. I to wy dzisiaj udajecie zdziwionych, że państwo zaczyna przypominać rozpadającą się konstrukcję, w której każdy ciągnie w swoją stronę, nie przejmując się tym, czy całość jeszcze stoi.
Nie macie odwagi przerwać tego łańcucha zdarzeń. Nie potraficie usiąść do stołu i uznać, że istnieją sprawy, których nie wolno rozstrzygać metodą politycznego odwetu. Wolicie kolejne konferencje, kolejne oskarżenia, kolejne demonstracje siły i kolejne zapewnienia, że tym razem to właśnie wy bronicie demokracji.
Tylko że demokracja nie jest własnością żadnego z was.
Jest własnością obywateli.
I to obywatele będą ponosić konsekwencje waszej nieodpowiedzialności, a nie politycy, którzy w razie porażki zawsze znajdą sobie nowe stanowisko, miejsce na liście wyborczej albo posadę w instytucji publicznej. Zwykli ludzie nie mają takiego komfortu.
Dlatego ostrzegam, że jeżeli w Warszawie dojdzie do eskalacji, jeżeli ktoś straci panowanie nad sytuacją, jeżeli pojawi się przemoc, odpowiedzialność nie będzie już wyłącznie polityczna. Będzie również karna, moralna i historyczna. I nie będzie można jej zrzucić na anonimowych demonstrantów, funkcjonariuszy wykonujących polecenia czy przeciwników politycznych. Jeżeli padnie choćby jeden strzał, jeżeli ktoś zostanie ranny, jeżeli dojdzie do tragedii, wszyscy ci, którzy dziś podsycają konflikt, będą musieli odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie zrobili nic, aby mu zapobiec.
A przecież można jeszcze zatrzymać tę spiralę.
Można przestać traktować państwo jak partyjny folwark. Można uznać, że Trybunał Konstytucyjny nie jest nagrodą za wygrane wybory, a Konstytucja nie jest przeszkodą, którą trzeba usunąć, kiedy nie pasuje do politycznych planów. Można również przyznać się do błędów, zamiast bez końca usprawiedliwiać własne działania cudzymi przewinieniami.
Tylko czy ktoś na Wiejskiej ma jeszcze tyle odwagi?
Nie oczekuję od polityków wielkich deklaracji, historycznych przemówień ani kolejnych zapewnień o miłości do ojczyzny. Wystarczy, że przestaną ją niszczyć. Jeżeli nie potrafią wykonywać swoich obowiązków bez doprowadzania kraju do kolejnych kryzysów, powinni zrobić miejsce ludziom, którzy umieją to robić.
Nie będę oczywiście używał słów, którymi posługują się kibice, kiedy chcą wyrazić swoje zdanie o politykach. Nie muszę. Wystarczy mi stwierdzenie, że córki i synowie wiatru oraz kurzu, powinni bardzo szybko oddalić się z Sejmu, Senatu i rządu, aby Polska mogła wybrać sobie rozsądnych następców.
Bo państwo nie jest was warte, a może wy nie jesteście warci Polski. Ona nie należy do Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Władysława Kosiniaka-Kamysza ani żadnego innego polityka, który przez chwilę zasiada w rządowych ławach.
Polska była przed wami i będzie również po was.
Na koniec pozostaje tylko pytanie, ile jeszcze zdążycie w niej zepsuć, zanim wreszcie zrozumiecie, że nie jesteście jej właścicielami i większość społeczeństwa, po obu stronach barykady, chętnie się was wszystkich pozbędzie.
A na zupełnym marginesie, Donald Tusk właśnie przegrał wybory. Nie swoim postępowaniem, a zjednoczeniem opozycji.
Bogdan Feręc
Photo by Aliaksandra Yadzeshka on Unsplash


