Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Chyba zostanę alkoholikiem. Poradnik dla ambitnych, czyli jak wejść w segment premium polskiego socjala

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Mam w Polsce kolegę, z którym znam się od szkoły podstawowej, a nawet w jakiś sposób się przyjaźnimy, więc trzymamy ze sobą kontakt od ponad czterdziestu lat. Nasze drogi rozeszły się bardzo dawno temu, bo życie pisze przecież swoje scenariusze, co jednak nie wpłynęło w żaden sposób na naszą znajomość.

Mieszkając jeszcze w Polsce spotykałem się z Markiem dosyć często, a właściwie przy każdej nadarzającej się okazji. Wówczas już jednak wiedziałem, że prowadzimy się tak odmiennie, jak tylko się da. Ja bardziej stateczny, z wiecznym poczuciem, że trzeba budować jakąś bliżej nieokreśloną „przyszłość”. On z kolei miał i ma charakter wybitnie rozrywkowy, a i od alkoholu nigdy nie stronił. Nie powiem, żebym kiedyś miał coś przeciwko dobrej imprezie, jak to w młodości, ale nie dominowały one w moim życiu na tyle, by wpisywać je do życiorysu jako główne osiągnięcie. Z Markiem było inaczej. On miał w życiu jedną prawdziwą pasję, wierną i niezmienną, a co najważniejsze, systematycznie ją rozwijał. Pamiętam, ile razy rozmawialiśmy, że jednak mógłby zrobić ze sobą coś dobrego, zmienić wektor tego swojego pędu, ale jakoś moje racjonalne argumenty słabo do niego trafiały. Pociągając z ćwiarteczki, patrzył na mnie jak na nudziarza, który marnuje najlepsze lata na etacie.

Przez jakiś czas, kiedy przyjechałem do Irlandii, nasze kontakty były mocno ograniczone. Początki emigranta bywają zawiłe, bo człowiek uczy się nowego języka, nowych procedur, walczy o przetrwanie i próbuje ogarnąć, dlaczego przy umywalce są dwa osobne krany, z których z jednego leci wrzątek, a z drugiego arktyczny lód. W końcu jednak nastąpiła pierwsza telefoniczna rozmowa, która uruchomiła kolejne i tak sobie raz na jakiś czas gwarzyliśmy. Kiedy pojawiałem się w Polsce, normą były spotkania, więc ja z lekkim emigracyjnym zmęczeniem, a on wciąż na tym samym, niezmiennym, lekkim rauszu. Jednak prawdziwą rewolucją w moim postrzeganiu świata stał się nasz ostatni kontakt telefoniczny.

Kiedy zapytałem Marka, dlaczego jest w tak nieziemsko radosnym nastroju, a wierzcie mi, jego śmiech brzmiał, jakby właśnie rozbił bank w Monte Carlo, bez żadnych oporów, wręcz z dumą w głosie stwierdził, że właśnie dostał rentę alkoholową.

Trochę mnie to zatkało. W moim głębokim przekonaniu, ukształtowanym przez lata klasycznego, kapitalistycznego wychowania, człowiek, który z zawodu jest czynnym alkoholikiem, powinien skończyć w jeden, z góry przewidziany sposób, czyli pod najbliższym sklepem z sympatycznym płazem w logo, trzymając w ręku sfatygowany plastikowy kubek i posługując się wyuczonym tekstem: „Kierowniku, pożycz dwa złote na wsparcie polskiego monopolu spirytusowego, bo mnie suszy”.

Tak się jednak nie stało. Osoba, która przez całe swoje dorosłe życie parała się niemal wyłącznie profesjonalną konsumpcją wyrobów wyskokowych, dostała od państwa oficjalną rentę, ale chyba za zasługi i to w wysokości 2200 złotych na miesiąc na rękę!

Siedzę teraz w tej zimnej i mokrej Irlandii, patrzę na zielone trawniki, na moje rachunki, na podatki i tak się głęboko zastanawiam: czy były mi potrzebne te wszystkie lata szarpaniny? Ten wieczny bieg za pieniądzem, te nadgodziny, wczesne wstawanie, stres i systematyczna utrata zdrowia? Policzmy to na chłodno. Ja w Polsce, po 17 latach legalnej, ciężkiej pracy, na mocy skomplikowanych algorytmów ZUS-u, mogę liczyć na przyszłą emeryturę w wysokości jakiegoś nędznego tysiąca złotych. I to, uwaga, już po rewaloryzacji! Aż żal mnie ściska, gdy widzę, że człowiek w moim wieku, który w swoim całym życiu przepracował może ze trzy lata łącznie (i to pewnie przez pomyłkę lub pod przymusem urzędu pracy), będzie miał, a właściwie już ma, za darmochę 2200 złotych co miesiąc. Na dodatek wciąż może czerpać z życia pełnymi garściami, kontynuując swoją pasję bez obaw, że zabraknie mu na kolejny „kreatywny wieczór”. Właściwie żałuję, że nie zostałem alkoholikiem, bo nie musiałbym wciąż pracować, a według moich obecnych wyliczeń zapowiada się, że przede mną jeszcze około 11 lat tej bezwzględnej orki.

Skoro już jednak otrząsnąłem się z pierwszego szoku, postanowiłem podejść do tematu pragmatycznie. Jako człowiek wychowany na optymalizacji kosztów i szukaniu życiowych szans, chciałbym porozmawiać z kimś, kto naprawdę zna się na marketingu rent alkoholowych. Interesują mnie konkretne wytyczne, więc ile dokładnie muszę pić wódki, czy tam jakiejś whiskey, jeżeli zacznę od dzisiejszego wieczoru, żeby jak najszybciej dostać te 2200 zł i legalnie rzucić robotę w diabły? Czy istnieje jakiś oficjalny taryfikator ZUS-u? Na przykład: czy za picie czystej z dyskontu dostaje się punkty szybciej niż za piwa rzemieślnicze? Czy picie solo jest wyżej punktowane w kategorii „aspołeczność”, czy może trzeba zaliczyć odpowiednią liczbę spektakularnych upadków na miejskich deptakach, najlepiej z udokumentowaną interwencją lokalnej policji?

Śmiejemy się, ale cała ta sytuacja odsłania genialny, choć głęboko ukrytą nielogiczność systemu, choć nie tylko polskiego, bo w wielu krajach europejskich można dostać wsparcie materialne za bycie alkoholikiem. Przez lata wmawiano nam, że alkoholizm to wyłącznie bilet w jedną stronę do strefy marginalizacji, biedy i totalnego upadku. Społeczeństwo patrzy na pijaka z góry, wieszcząc mu los żebraka, a tymczasem okazuje się, że bycie alkoholikiem w Polsce wcale nie skazuje cię na żebraninę! Wręcz przeciwnie, odpowiednio poprowadzona „kariera” w tym właśnie sektorze, może okazać się o wiele bardziej dochodowa i stabilna niż uczciwa praca na pół etatu w prowincjonalnym miasteczku. Marek stał się, w sposób całkowicie niezamierzony, beneficjentem alternatywnej ścieżki kariery. Stał się menedżerem własnego upadku, który państwo postanowiło sfinansować z budżetu, na który ja i miliony innych składamy się każdego dnia.

Wyobraźcie sobie tę rozmowę kwalifikacyjną przed komisją lekarską ZUS. To musiałby być hit. – Panie Marku, widzę w dokumentach, że ma pan ogromne opóźnienia w stażu pracy. Ponad trzydzieści lat luki w CV. Co pan robił w tym czasie?

– Jak to co, panie doktorze? Trenowałem. Codziennie, od siódmej rano, pod sklepem. Deszcz, śnieg, mróz, a ja stałem na posterunku. Moja wątroba pracowała na trzy zmiany, podczas gdy inni spali albo oglądali telewizję. To była ciężka, destrukcyjna praca u podstaw, wymagająca niesamowitego zaparcia i odporności na ból głowy.

– No dobrze, widzę imponujące wyniki badań. Transaminazy w kosmosie, cholesterol bije rekordy, a koordynacja ruchowa praktycznie nie istnieje. Spełnia pan kryteria premium. Przyznajemy panu stopień mistrzowski i 2200 złotych miesięcznego stypendium na dalszy rozwój swojej pasji.

I w tym momencie wchodzę ja, cały na biało, z moimi siedemnastoma latami składkowymi w Polsce, z odciskami od pisania dzień w dzień na klawiatrzurze, ze zniszczonym kręgosłupem od siedzenia w niewygodnej pozycji i z dokumentami potwierdzającymi, że podatki odprowadzałem z aptekarską dokładnością. Lekarz patrzy na mnie, wzdycha ciężko i mówi: „No wie pan co, panie Bogdanie… Pan to w ogóle nie dba o siebie. Organizm w miarę sprawny, serce, choć po naprawie bije, wątroba jak u niemowlaka. Co z tego, że plecy bolą? Do roboty! Na emeryturę to pan musi jeszcze poczekać z dekadę, a jak już pan doczeka, to damy panu tysiaka, żeby pan za bardzo nie szalał na starość, bo wysokie ciśnienie szkodzi”.

Czy to nie jest genialna ironia losu? System, który z założenia premiować ma pracowitość i zapobiegliwość, nagle puszcza oko do tych, którzy postanowili go najzwyczajniej w świecie olać. Oczywiście, zaraz podniosą się głosy oburzenia: „Ale przecież alkoholizm to ciężka choroba! Ci ludzie cierpią!”. No, nie do końca, przynajmniej w mojej ocenie. Ale skoro to choroba, to dlaczego zamiast darmowego, przymusowego odwyku, nowoczesnych terapii i zamkniętych ośrodków leczniczych, pacjent dostaje do ręki gotówkę? Gotówkę, którą – umówmy się i bądźmy realistami – w większości przypadków przeznaczy na dalsze finansowanie symptomów owego schorzenia. To tak, jakby osobie z ciężką cukrzycą państwo fundowało miesięczny karnet do ekskluzywnej cukierni i dwa kilogramy żelków na tydzień, argumentując, że „przecież chory musi jakoś żyć”.

Marek pokazał mi, że w Polsce granica między byciem życiowym rozbitkiem a rentierem na koszt państwa jest niezwykle cienka i zależy głównie od tego, jak bardzo spektakularnie potrafisz zepsuć sobie zdrowie. Bycie alkoholikiem nie skazuje cię na żebraninę, bo państwo posiada ogromne pokłady empatii dla ludzi z pasją, nawet jeśli tą pasją jest systematyczne niszczenie własnych narządów wewnętrznych.

Zastanawiam się tylko, jak wyglądałby świat, gdybyśmy wszyscy nagle poszli drogą mojego kolegi. Wyobraźcie sobie te puste biura, zamknięte fabryki, nieczynne autobusy i pociągi. Wszyscy obywatele, od profesora uniwersytetu po budowlańca, siedzą na ławeczkach w parku, realizując program „Renta+”. Każdy z nas z dumą prezentuje lekarzowi orzecznikowi drżące dłonie i opowiada o swoich wizjach po spożyciu. Kraj pogrąża się w radosnym, dotowanym przez państwo letargu. Tylko kto wtedy zarobi na te renty? Kto wyprodukuje tę wódkę, która jest paliwem całego tego procederu? No właśnie, ktoś musiałby pracować. Prawdopodobnie byliby to ci nieliczni, pechowi abstynenci, którzy z powodów ideologicznych lub zdrowotnych nie mogą pić, więc w nagrodę za swoją trzeźwość musieliby tyrać na utrzymanie reszty narodu.

Na razie jednak, patrząc na to wszystko z bezpiecznego dystansu kilku tysięcy kilometrów, dochodzę do wniosku, że chyba źle rozdałem swoje życiowe karty. Zamiast uczyć się procedur, dbać o narzędzia i martwić się o stan instalacji elektrycznych, powinienem był zainwestować w porządny, wieloletni trening z Markiem. Dzisiaj miałbym już stały, pewny dochód, zero stresu związanego z rynkiem pracy i status szanowanego emeryta-alkoholika, którego system nie zdołał złamać, a wręcz musiał docenić finansowo.

Kończę pisać ten tekst i chyba pójdę do lodówki. Co prawda nie mam tam polskiej czystej, ale stoi jakiś Guinness. Trzeba powoli zacząć budować ten staż, bo 11 lat do normalnej emerytury to strasznie dużo czasu, a wątroba też potrzebuje chwili, żeby wyrobić odpowiednie ZUS-owskie normy. Na zdrowie, panie i panowie urzędnicy! Do zobaczenia na komisji! Może mi się uda i wspólnie z Markiem, będę emerytem-alkoholikiem, bo nie emerytowanym alkoholikiem przecież.

Bogdan Feręc

Photo by Bermix Studio on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version