Od lat słyszymy tę samą opowieść, że Chiny mają zostać ekonomicznie zatrzymane, mają być ograniczone, odcięte od technologii, rynków, kapitału i globalnych łańcuchów dostaw. Najpierw mówiła o tym administracja Donalda Trumpa, później Waszyngton kontynuował ten kurs, ale pod innymi sztandarami politycznymi. Do gry weszła również Unia Europejska, nakładając dodatkowe cła i bariery handlowe na kolejne grupy chińskich produktów. W zachodnich stolicach zapanowało przekonanie, że wystarczy kilka administracyjnych decyzji, by zatrzymać największą przemysłową machinę współczesnego świata.
Problem polega na tym, że rzeczywistość nie chce podporządkować się politycznym deklaracjom.
Najnowsze dane opublikowane przez Generalną Administrację Ceł w Chinach pokazują obraz całkowicie odmienny od tego, który od lat próbują kreować zachodni politycy. W maju chiński handel zagraniczny liczony w juanach wzrósł rok do roku o imponujące 16,9 proc. Łączna wartość importu i eksportu osiągnęła 4,45 biliona juanów, czyli około 653 miliardy dolarów. To już trzeci z rzędu miesiąc, gdy obroty handlowe utrzymują się powyżej poziomu 4 bilionów juanów.
Jeszcze większą wymowę mają szczegóły, bo eksport wzrósł o 13,8 proc., a import aż o 21,5 proc. W pierwszych pięciu miesiącach roku wartość handlu zagranicznego Państwa Środka osiągnęła 20,68 biliona juanów, notując wzrost o 15,3 proc.
Tym samym, a niezależnie od opinii zachodnich polityków, nie są to wyniki kraju, który przegrywa gospodarczą konfrontację ze światem. To są liczby mocarstwa, które dostosowuje się szybciej niż jego przeciwnicy.
Przez lata zachodnie elity polityczne żyły przekonaniem, że Chiny zawdzięczają swoją pozycję wyłącznie dostępowi do amerykańskiego i europejskiego rynku. W tej wizji Pekin miał być zależny od Zachodu, a Zachód miał pozostawać centrum światowej gospodarki. Tyle że świat z roku 2026 nie przypomina już świata z lat dziewięćdziesiątych i dziś Chiny są nie tylko największą fabryką globu, ale również jednym z największych konsumentów, największym eksporterem i kluczowym partnerem handlowym dla dziesiątek państw rozsianych od Azji Południowo-Wschodniej po Afrykę, Amerykę Łacińską i Bliski Wschód.
Jak widać, gdy Waszyngton zamyka jedne drzwi, Pekin otwiera trzy kolejne, a gdy Europa nakłada nowe cła, chińskie firmy zwiększają obecność na innych rynkach. Żeby temu przeciwdziałać, zachodni politycy organizują kolejne konferencje poświęcone „deriskingowi”, natomiast chińscy przedsiębiorcy podpisują nowe kontrakty. Jakby jednak na to nie patrzeć, największy problem Zachodu polega na tym, że w swoich kalkulacjach politycznych nie uwzględnił jednego podstawowego faktu. Współczesny świat został zbudowany przez chiński przemysł, więc to on nadaje cały rytm i zarządza nim wg własnych zasad.
Nie chodzi wyłącznie o tanie produkty codziennego użytku. Chiny dominują w produkcji stali, aluminium, paneli fotowoltaicznych, akumulatorów, komponentów elektronicznych, metali ziem rzadkich, chemikaliów przemysłowych i niezliczonych elementów, bez których nie funkcjonuje nowoczesna gospodarka. Każda próba gwałtownego odłączenia się od Chin przypomina próbę wyjęcia silnika z samochodu podczas jazdy autostradą. Można to zrobić, oczywiście, ale pozostaje pytanie, jak długo pojazd pozostanie w ruchu?
Prezydent Donald Trump od lat przedstawia się jako człowiek, który zmusi Chiny do ustępstw, jednak fakty z ostatnich lat pokazują coś zupełnie odwrotnego. Cła, sankcje i ograniczenia nie doprowadziły do załamania chińskiej gospodarki i nie wywołały też politycznego kryzysu w Pekinie. Doprowadziły natomiast do wzrostu kosztów dla amerykańskich przedsiębiorstw i konsumentów. Podobnie, a może nawet tak samo sytuacja wygląda w Europie. Unijni urzędnicy przekonują, że dodatkowe taryfy celne mają chronić europejski przemysł. Brzmi to dobrze podczas prezentacji i konferencji prasowych, lecz znacznie gorzej w gospodarce na poziomie realnym.
Jeżeli europejska firma kupuje droższe komponenty, jej koszty rosną, jeżeli europejski producent musi płacić więcej za części, jego konkurencyjność spada, a jeżeli konsumenci płacą za towary więcej, maleje ich siła nabywcza. Wówczas nie jest to już europejska ekonomia XXI wieku, a polityka prowadzona kosztem własnych obywateli.
Szczególnie słabo wygląda sytuacja w sektorze zielonych technologii. Europa deklaruje walkę o neutralność klimatyczną, a jednocześnie próbuje ograniczać import produktów pochodzących z kraju, który produkuje zdecydowaną większość światowych paneli słonecznych, baterii i komponentów dla energetyki odnawialnej. Trudno więc znaleźć bardziej jaskrawy przykład strategicznej sprzeczności.
Największą przewagą Chin pozostaje jednak skala, a to słowo pojawia się rzadko w politycznych przemówieniach, jednak właśnie ono decyduje o sukcesie Państwa Środka, bo tamtejszy przemysł działa w wymiarze, którego Zachód często nie jest w stanie nawet sobie wyobrazić. Ogromny rynek wewnętrzny, rozbudowana infrastruktura logistyczna, tysiące portów, terminali i stref przemysłowych tworzą ekosystem praktycznie niemożliwy do skopiowania, a nawet powstrzymania w krótkim czasie. Budowa podobnych zdolności produkcyjnych wymagałaby nie miesięcy czy lat, lecz dekad.
Tymczasem państwa zachodnie próbują odtwarzać swój przemysł, który same przez dziesięciolecia przenosiły do Azji. To proces przypominający próbę cofnięcia czasu, więc można o tym mówić, można nawet tworzyć ambitne strategie, ale nie oznacza to, że uda się odwrócić realia gospodarcze.
Pekin doskonale rozumie, że wojna handlowa nie jest pojedynkiem na medialne deklaracje. Jest maratonem i wygra ten, kto posiada większą odporność, większe zasoby i większą cierpliwość. W tym właśnie obszarze Chiny wydają się dziś lepiej przygotowane niż wielu ich przeciwników. Państwo Środka nie jest wolne od problemów, co też należy powiedzieć, gdyż już wcześniej pojawiały się sygnały o gospodarce, która nie jest sunącą po gładkich torach lokomotywą. Spowolnienie rynku nieruchomości, zadłużenie części samorządów czy wyzwania demograficzne są realne. Jednak równie realne są problemy Zachodu, czyli gigantyczne zadłużenie publiczne, wysokie koszty energii, deindustrializacja i coraz słabsza konkurencyjność wielu sektorów gospodarki.
Tym samym różnica polega na tym, że Chiny nadal produkują, a Europa coraz częściej reguluje. Dla odmiany Ameryka ratuje się natomiast sankcjami i przejmowaniem państw lub wprowadzaniem blokad krajom, które współpracują z Chinami, ale ich fabryki nadal pracują przede wszystkim w Azji.
Wielu zachodnich polityków zdaje się wierzyć, że sam fakt posiadania przewagi militarnej lub finansowej gwarantuje zwycięstwo gospodarcze. Historia gospodarcza świata pokazuje jednak, że potęga ekonomiczna opiera się przede wszystkim na zdolności tworzenia dóbr, rozwijania przemysłu i budowania infrastruktury. Pod tym względem Chiny od wielu lat konsekwentnie realizują własną strategię, którą można krytykować, można też się z nią nie zgadzać, ale nie można ignorować jej rezultatów.
Majowe dane handlowe są kolejnym przypomnieniem, że światowa gospodarka wygląda dziś inaczej, niż chciałyby tego zachodnie stolice. Mimo sankcji, ceł i politycznej presji chiński handel nadal rośnie. Mimo prób ograniczania eksportu technologii chiński przemysł nadal zwiększa swoją obecność na światowych rynkach i dlatego Chin, wciąż nie można zatrzymać. Brzmi to trochę niewygodnie, ale czy Zachód jest gotowy zaakceptować fakt, że epoka jego niekwestionowanej dominacji gospodarczej dobiega końca? Wiele wskazuje na to, że odpowiedź brzmi: nie.
Rzeczywistość nie pyta przecież polityków o zgodę, a dane publikowane przez chińskie służby celne pokazują jednoznacznie, że Państwo Środka nie zamierza ugiąć się pod naporem Zachodu. Podczas gdy część świata zajmuje się budowaniem barier, Chiny nadal budują fabryki, porty, sieci logistyczne i nowe kierunki eksportu, co daje im wzrost ekonomiczny. I właśnie dlatego wojna handlowa, która miała osłabić Pekin, coraz częściej przypomina próbę zatrzymania przypływu za pomocą politycznych deklaracji.
Mogę więc chyba uznać, że ten szeroko pojęty Zachód, wojnę na blokady już przegrał.
Bogdan Feręc

