Jeszcze dekadę temu debata o globalnym przywództwie technologicznym miała prostą oś, czyli Stany Zjednoczone jako centrum innowacji, Europa jako zaplecze regulacyjne i Chiny jako ambitny naśladowca. Dziś ten schemat nadaje się do muzeum techniki, obok modemów dial-up i telefonów z klapką. W obszarze telekomunikacji, szczególnie tej, która dopiero się rodzi, czyli 6G, Państwo Środka nie tylko dogania Zachód, ale w wielu aspektach wyznacza kierunek marszu. Dane publikowane przez międzynarodowe organizacje branżowe, urzędy patentowe i ośrodki badawcze pokazują to coraz wyraźniej.
Ten felieton nie jest peanem ani pamfletem, to kolejna próba chłodnego spojrzenia na liczby, strategie i fakty, więc czym jest 6G, co realnie robią Chiny, gdzie są Stany Zjednoczone i Europa, oraz jakie konsekwencje ten układ sił może mieć dla mieszkańców Ziemi od Szanghaju po Słupsk.
Czym właściwie jest 6G
Zacznijmy od fundamentów. Technologia 6G, czyli szósta generacja sieci komórkowych, nie jest prostą aktualizacją 5G. To jakościowy skok, podobny do przejścia z internetu telefonicznego na szerokopasmowy. Podczas gdy 5G oferuje teoretyczne prędkości rzędu 10–20 Gb/s i opóźnienia na poziomie kilku milisekund, 6G ma ambicję wejść w obszar setek gigabitów, a nawet terabitów na sekundę, przy opóźnieniach liczonych w mikrosekundach. Takie parametry są możliwe dzięki wykorzystaniu fal terahercowych, zaawansowanej sztucznej inteligencji do zarządzania ruchem sieciowym oraz integracji sieci naziemnych z satelitarnymi.
Według raportów Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU) i 3GPP, 6G ma być siecią „zmysłową”, zdolną do przesyłania nie tylko danych, obrazu i dźwięku, ale także informacji dotykowych, przestrzennych i kontekstowych. W praktyce oznacza to zdalne operacje chirurgiczne bez opóźnień, cyfrowe bliźniaki miast działające w czasie rzeczywistym, autonomiczne systemy transportowe na skalę kontynentalną oraz pełne zanurzenie w rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości bez mdłości i lagów.
Planowany horyzont komercyjnego wdrożenia 6G to lata 2030–2035. Kluczowe słowo brzmi jednak „planowany”. Kto dziś zbuduje zaplecze badawcze, patentowe i infrastrukturalne, ten jutro ustali standardy. Natomiast to właśnie one w telekomunikacji to władza. Jaka? Ekonomiczna, polityczna i kulturowa.
Chiny: system, skala i konsekwencja
Jeśli spojrzeć na dane patentowe publikowane przez Światową Organizację Własności Intelektualnej (WIPO), Chiny od kilku lat są globalnym liderem w zgłoszeniach związanych z 6G. Według analiz firm takich jak IPlytics i Nikkei Asia, chińskie podmioty, w tym Huawei, ZTE, China Mobile oraz liczne uniwersytety techniczne, odpowiadają za około 35–40 procent zgłoszeń patentowych dotyczących kluczowych technologii 6G. Dla porównania Stany Zjednoczone mieszczą się w przedziale 20–25 procent, a cała Europa razem wzięta, jeszcze mniej.
To nie jest przypadek. Chiny traktują telekomunikację jako infrastrukturę krytyczną, porównywalną z energetyką czy koleją. Już w 2019 roku, równolegle z wdrażaniem 5G, Ministerstwo Przemysłu i Technologii Informacyjnych (MIIT) uruchomiło narodowy program badań nad 6G. W 2020 roku Chiny wyniosły na orbitę eksperymentalnego satelitę testującego transmisję terahercową, co potwierdziły oficjalne komunikaty rządowe i publikacje naukowe w „Nature Electronics”.
Skala też robi różnicę i China Mobile, największy operator na świecie, dysponuje bazą użytkowników liczoną w setkach milionów. To z kolei pozwala testować rozwiązania w warunkach, o jakich europejskie konsorcja mogą tylko pisać we wnioskach na rządowe granty. Do tego dochodzi ścisła współpraca państwa, przemysłu i akademii, więc model, który na Zachodzie bywa krytykowany jako zbyt scentralizowany, ale w praktyce okazuje się zabójczo skuteczny. Chiny inwestują także w kadry i według danych OECD, kraj ten od lat produkuje największą liczbę absolwentów kierunków STEM na świecie. W obszarze telekomunikacji i elektroniki oznacza to stały dopływ inżynierów, którzy zasilają zarówno laboratoria badawcze, jak i przemysł.
Europa natomiast ściąga „inżynierów” z… A zostawmy ten temat.
Stany Zjednoczone: innowacja bez orkiestracji
Ameryka wciąż pozostaje potęgą innowacyjną. Dolina Krzemowa nie zniknęła, a firmy takie jak Qualcomm, Intel, Apple czy Google odgrywają kluczową rolę w rozwoju technologii komunikacyjnych. Problem polega na czymś innym, bo braku spójnej, długofalowej strategii państwowej w zakresie telekomunikacji. Raporty amerykańskiego Government Accountability Office (GAO) wskazują, że badania nad 6G są w USA rozproszone między agencjami federalnymi, uczelniami i sektorem prywatnym. Inicjatywy w postaci Next G Alliance, koordynowane przez ATIS, są krokiem w dobrą stronę, ale ich budżety i kompetencje nie dorównują chińskim programom narodowym.
Do tego dochodzi luka infrastrukturalna. Stany Zjednoczone wciąż borykają się z nierównym dostępem do 5G, szczególnie na obszarach wiejskich, więc jeśli fundament jest kruchy, budowa kolejnego piętra staje się ryzykowna. Dane Federalnej Komisji Łączności (FCC) pokazują, że pełne pokrycie 5G w USA jest celem dopiero na drugą połowę dekady, podczas gdy Chiny już testują rozwiązania post-5G.
Amerykańska przewaga leży jednak w oprogramowaniu, półprzewodnikach i ekosystemie start-upów. To atuty realne, ale niewystarczające, jeśli standardy techniczne i patenty będą pisane gdzie indziej.
Europa: regulacyjny gigant, technologiczny karzeł
Europa od lat ma problem z telekomunikacyjną tożsamością. Z jednej strony istnieją silne ośrodki badawcze, jak Nokia, Ericsson, instytut Fraunhofera, CEA-Leti, a z drugiej zaś kontynent cierpi na chroniczne rozdrobnienie rynku. Każdy kraj ma własne regulacje, częstotliwości, priorytety polityczne. Efekt? Brak skali. Według raportów Komisji Europejskiej, inwestycje w infrastrukturę telekomunikacyjną per capita są w UE znacząco niższe niż w Chinach czy USA. Europejskie programy badawcze, takie jak Horizon Europe, finansują projekty 6G, ale ich horyzont czasowy i biurokratyczna złożoność często nie nadążają za tempem globalnego wyścigu.
Europa jest mistrzem w tworzeniu norm i regulacji, co można uznać za ważną rolą w światowej rywalizacji, ale sama w sobie nie buduje przewagi technologicznej. Jeśli standardy 6G będą w dużej mierze oparte na patentach chińskich i amerykańskich, europejskie firmy znajdą się w pozycji licencjobiorców, a nie architektów systemu.
Co 6G może dać światu
W całej tej geopolitycznej układance łatwo zapomnieć o najważniejszym, o nas, czyli użytkowniku końcowym. 6G ma potencjał realnie zmienić codzienne życie miliardów ludzi. Dla mieszkańców megamiast oznacza inteligentne systemy zarządzania energią i transportem, które ograniczą korki i emisje gazów cieplarnianych. Dla regionów słabiej rozwiniętych to dostęp do zaawansowanej edukacji i opieki zdrowotnej bez fizycznej obecności specjalistów.
Integracja sieci naziemnych i satelitarnych może zmniejszyć cyfrowe wykluczenie, łącząc obszary, które dziś pozostają białymi plamami na mapie cyfryzacji. Rozwój internetu rzeczy nowej generacji pozwoli na precyzyjne rolnictwo, monitorowanie środowiska i szybsze reagowanie na katastrofy naturalne. To wszystko brzmi obecnie jak wizja odległej przyszłości, ale fundamenty pod te rozwiązania powstają teraz, w laboratoriach i salach konferencyjnych organizacji standaryzacyjnych.
Wnioski bez złudzeń
Dane pochodzące z agencji rządowych, raporty branżowe i analizy patentowe prowadzą do jednego wniosku, że to właśnie Chiny są dziś najdalej zaawansowanym graczem w wyścigu o 6G. Stany Zjednoczone pozostają innowacyjnym mocarstwem, ale bez centralnej koordynacji ryzykują utratę wpływu na standardy. Europa natomiast musi zdecydować, czy chce być współautorem przyszłości, czy tylko jej regulatorem.
Telekomunikacja zawsze była czymś więcej niż technologią, to rzeczywisty technologicznie krwioobieg nowoczesnego świata. Kto kontroluje jego rytm, ten ma realny wpływ na gospodarkę, bezpieczeństwo i kulturę. W tej rozgrywce Państwo Środka gra długą partię szachów, podczas gdy Zachód wciąż zastanawia się nad zasadami tej gry.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

