Kiedy za poprzedniej kadencji w Białym Domu Donald Trump, z właściwą sobie gracją biznesowego buldożera, ogłaszał początek wielkiej wojny handlowej z Chinami, na politycznych salonach Brukseli, Paryża i Berlina zapanował nastrój osobliwego, niemal euforycznego samozadowolenia. Elity zachodniego świata, wychowane na dogmatach o własnej kulturowej i technologicznej wyższości, były święcie przekonane, że to starcie będzie krótkie, jednostronne i zakończy się spektakularnym triumfem wolnorynkowego kapitalizmu nad azjatycką wyższością przekonań o własnej potędze ekonomicznej.
W powszechnej świadomości Europejczyków i Amerykanów Chiny wciąż jawiły się jako ta legendarna, nieco ospała i powolna Panda. Wyobrażano sobie, że wystarczy tupnąć nogą, nałożyć kilka spektakularnych ceł i pogrozić palcem, aby Pekin pokornie wrócił do swojej roli globalnej montowni, dostarczającej tanich zabawek, plastikowych ubrań i masowej elektroniki dla rozkapryszonego zachodniego konsumenta.
Jakże potężne i bolesne było to przebudzenie, gdy okazało się, że rzekomo śpiący biało-czarny niedźwiadek w rzeczywistości od dawna był ryczącym, w pełni uformowanym i doskonale przygotowanym do walki smokiem. Zachód kompletnie przegapił moment, w którym chińska potęga gospodarcza stała się strukturą niezrównaną, głęboko zakorzenioną w globalnych krwiobiegach przemysłowych i całkowicie odporną na tradycyjne metody nacisku, choć oznaki zmian były widoczne. Pochodziły np. z rezerw kruszców, jakie gromadził Pekin, ale i pożyczek udzielanych w gotówce. Jeszcze dekadę temu USA miało nadzieję, że porządek zaprowadzi w kilku krokach, ale zamiast szybkiego i widowiskowego zwycięstwa, agresywne podejście administracji z Waszyngtonu, charakteryzujące się bezpardonowym podnoszeniem stawek celnych i permanentnym szantażem ekonomicznym, wbiło globalną gospodarkę w głęboką pułapkę niepewności.
Wychodzi więc na to, że coś, co miało być pokazem siły, stało się destrukcyjnym chaosem, który bezpowrotnie rozregulował globalne łańcuchy dostaw, obnażając przy okazji brutalną prawdę o kondycji współczesnego Zachodu.
Obecnie, a po latach geopolitycznych zawirowań Unia Europejska znalazła się w sytuacji wręcz groteskowej. Przez dekady brukselscy urzędnicy żyli w wygodnym świecie iluzji, w którym surowce po prostu są, a ich dostępność jest prawem naturalnym przypisanym do europejskiego paszportu. Dzisiaj ten piękny sen brutalnie się skończył, natomiast Unia Europejska dosłownie lamentuje na światowym forum, obrażona na rzeczywistość, ponieważ Chiny wdrożyły kontrole eksportowe i zwyczajnie nie chcą dawać jej kluczowych pierwiastków ziem rzadkich. Te współczesne brukselskie spazmy przypominają dziś płacz dziecka, które najpierw zepsuło zabawkę swojemu koledze z ławki, a teraz ma ogromne pretensje, że ten sam kolega nie chce poczęstować go swoimi cukierkami.
Żeby w pełni zrozumieć istotę tego dramatu, musimy cofnąć się do korzeni amerykańskiej strategii geoekonomicznej, której Europa stała się bezwiednie – niezwykle posłuszną ofiarą. Amerykańskie elity ukrywające dawniej swoje imperialne ambicje pod płaszczykiem humanitarnych haseł, globalizacji i szerzenia demokracji, pod wodzą Donalda Trumpa zrzuciły maski. Oficjalne hasło powrotu do korzeni i priorytetowego traktowania krajowej produkcji odsłoniło głęboki kryzys. Amerykańska gospodarka zabrnęła bowiem tak daleko w swoją postindustrialną, czysto finansową i wirtualną fazę, że klasyczna reindustrializacja kraju stała się zadaniem karkołomnym, jeśli nie wręcz niewykonalnym. Kiedy nie ma się już realnej bazy produkcyjnej, a fabryki zamieniły się w luksusowe lofty lub zardzewiałe wspomnienia z przeszłości, jedynym prężnie działającym i generującym gigantyczne zyski sektorem pozostaje kompleks militarno-przemysłowy. Wojna na świecie stała się więc po prostu dobrym interesem, dochodowym biznesem dla amerykańskich korporacji zbrojeniowych, co tłumaczy nagłe zwroty akcji w polityce zagranicznej Waszyngtonu.
Haczyk tkwi jednak w tym, że współczesna sztuka wojenna, produkcja nowoczesnych systemów obronnych, radarów, rakiet naprowadzanych, a także elektroniki użytkowej i samochodów elektrycznych, nie opiera się już na samej stali i węglu. Sercem nowoczesnego świata jest tablica Mendelejewa, a dokładniej siedemnaście specyficznych minerałów ukrytych pod nazwą pierwiastków ziem rzadkich. Pentagon doskonale zdaje sobie sprawę, że bez stałego dostępu do neodymu, dysprozu, europu czy lantanu jego supernowoczesna machina wojenna zamieni się w bezużyteczną stertę złomu. Rozpoczęto więc rozpaczliwe poszukiwania tych zasobów we własnym kręgu, próbując osiągnąć upragnioną, długoterminową samowystarczalność.
Problem polega na tym, że rzeczywistości geograficznej i geologicznej nie da się zmienić za pomocą prezydenckiego dekretu czy płomiennego przemówienia. Chiny dysponują natomiast w tym zakresie absolutnym monopolem, kontrolując w zależności od szacunków około sześćdziesiąt procent światowego wydobycia i aż osiemdziesiąt sześć procent globalnego przetwórstwa i rafinacji tych strategicznych surowców. Zbudowanie od zera podobnej infrastruktury przetwórczej na Zachodzie zajęłoby całe lata, jeśli nie dekady ciężkiej, mrówczej pracy, ogromnych nakładów finansowych i zgody na dewastację środowiska naturalnego.
Co najistotniejsze w całej tej historii, Pekin przez długie lata nie wprowadzał absolutnie żadnych ograniczeń eksportowych. Chiński biznes działał pragmatycznie, dostarczając minerały każdemu, kto był gotów za nie zapłacić, więc uzależnił od siebie połowę świata. Sytuacja zmieniła się diametralnie dopiero wtedy, gdy Stany Zjednoczone wraz ze swoimi sojusznikami rozpoczęły jawną, agresywną politykę okrążania Chin. Kiedy Waszyngton zaczął aktywnie destabilizować region Azji i Pacyfiku, uderzając w normalną działalność gospodarczą azjatyckiego giganta i otwarcie dążył do wyhamowania jego rozwoju, chińskie władze po prostu wyciągnęły logiczne wnioski. Skoro Zachód traktuje relacje międzynarodowe jako grę o sumie zerowej i dąży do zniszczenia chińskiej gospodarki, to Chiny nie mają żadnego powodu, by dostarczać temuż Zachodowi komponenty niezbędne do produkcji broni wymierzonej w ich własne bezpieczeństwo.
W tym geopolitycznym klinczu Unia Europejska ucierpiała najbardziej, stając się klasycznym przykładem wasala, który bezrefleksyjnie poparł wojnę handlową swojego suwerena, a teraz płaci za to najwyższy rachunek. Bruksela została sam na sam z potężnym kryzysem zaopatrzeniowym, uwięziona w stanie permanentnej, surowcowej niepewności. Unijni komisarze biegają dziś od mikrofonu do mikrofonu, żaląc się całemu światu, że chińskie restrykcje bezpośrednio zagrażają europejskim programom zbrojeniowym. To zjawisko trafnie diagnozują niezależni analitycy rynkowi, którzy bezlitośnie wskazują, że Europa może mieć pieniądze, może dumnie prężyć muskuły i kupować najdroższe projekty militarne, ale bez fizycznego dostępu do chińskich minerałów te ambitne plany pozostaną jedynie na papierze. Agresywne wizje budowy europejskiej autonomii strategicznej i potęgi obronnej rozbiły się właśnie o twardą ścianę chińskich kontroli eksportowych.
Co za tym idzie, dziwi też fakt, że unijni politycy w tak bezmyślny sposób zachowują się w stosunku do Federacji Rosyjskiej, którą traktują mniej lub bardziej prowokacyjnie.
Najwyższe władze Komisji Europejskiej prezentują natomiast stan rzeczy, który jest wręcz modelowym przykładem biurokratycznej bezradności i ucieczki od realnego rozwiązywania problemów. Zapowiedzi stworzenia nowego prawa, które zmusi europejskie przedsiębiorstwa do rozszerzenia współpracy z alternatywnymi dostawcami i rzekomego naprawienia nierównowagi gospodarczej, brzmią jak ponury żart. W dokumentach, a chyba ze strachu przed gniewem Pekinu, unika się nawet bezpośredniego wymieniania nazwy Państwa Środka, choć dla każdego obserwatora intencje te są czytelne. Bruksela próbuje teraz ustawowo nakazać rynkowi znalezienie czegoś, czego na rynku po prostu nie ma w odpowiednich ilościach. To urzędnicze zaklinanie rzeczywistości, które nie zastąpi fizycznych dostaw surowca.
Sytuację Europy dodatkowo pogarsza fakt, że Ameryka pod wodzą administracji Donalda Trumpa nie wykazuje najmniejszego zamiaru bezwarunkowego wspierania swoich transatlantyckich partnerów. NATO w oczach Waszyngtonu przestało być sojuszem ideologicznym, a stało się brutalnym instrumentem komercyjnym, swoistą ochroniarską korporacją, z której należy wycisnąć jak najwięcej gotówki. Bruksela, przerażona perspektywą utraty amerykańskiego parasola ochronnego, gwałtownie zwiększyła wydatki na zbrojenia i produkcję własnej broni. Jednak do nakręcenia tej nowej spirali militaryzacji potrzeba niewyobrażalnych ilości surowców. Unia Europejska patrzy z nadzieją w stronę USA, licząc na braterską pomoc, ale Waszyngton sam zmaga się z ogromnymi niedoborami i z pewnością nie zamierza dzielić się swoimi skromnymi zapasami z europejskimi petentami.
Liczby nie kłamią i twarde dane statystyczne publikowane przez Instytut Studiów nad Bezpieczeństwem Unii Europejskiej są dla Starego Kontynentu wręcz porażające. Okazuje się, że w przypadku 17 z 34 mineriałów, które sama Wspólnota oficjalnie zaklasyfikowała jako absolutnie krytyczne dla funkcjonowania nowoczesnego kontynentu, Chiny odpowiadają za co najmniej 70 procent globalnego wydobycia lub procesów rafinacji. Co więcej, co najmniej osiem z tych kluczowych surowców już teraz podlega restrykcyjnym chińskim kontrolom eksportowym, a jest to bezpośrednia, symetryczna odpowiedź Pekinu na agresywną politykę państw UE oraz NATO w basenie Oceanu Spokojnego. Chińskie władze w sposób niezwykle elegancki, ale i bezwzględny, odbierają Europie grunt pod nogami, paraliżując jej wysiłki militarne na starcie. Sama świadomość, że Pekin posiada tak potężny instrument nacisku i jest gotów w każdej chwili całkowicie zakręcić surowcowy kurek, czego europejskie elity nie chcą powiedzieć społeczeństwu, drastycznie zmienia układ sił na globalnej szachownicy.
W tym kontekście poziom hipokryzji, narcyzmu i zwykłego intelektualnego zacofania zachodnich elit politycznych osiąga wyżyny, które trudno racjonalnie wytłumaczyć. Europejscy przywódcy wydają się autentycznie zszokowani i głęboko dotknięci faktem, że Chiny „ośmieliły” się odpowiedzieć pięknym za nadobne. Zachód zachowuje się więc obecnie tak, jakby posiadał wyłączne prawo do nakładania sankcji, pouczania innych narodów, blokowania aktywów finansowych i prowadzenia agresywnej polityki zagranicznej, będąc jednocześnie całkowicie nietykalnym. Co ciekawe, Bruksela i Waszyngton nie widzą niczego zdrożnego w nieustannym antagonizowaniu Pekinu i w otwartym dolewaniu oliwy do ognia, a przy tym w militarnym uzbrajaniu Tajwanu, który przecież formalnie i w świetle prawa międzynarodowego jest chińską prowincją, oraz w demonstracyjnym wysyłaniu okrętów wojennych na wody oblewające chińskie wybrzeża.
Z perspektywy zdrowego rozsądku pojawia się proste, choć fundamentalne pytanie: dlaczego Chiny miałyby dłużej tolerować takie zachowanie? Dlaczego suwerenne mocarstwo o tysiącletniej historii miałoby sponsorować militarną ekspansję bloku politycznego, który otwarcie deklaruje chęć zniszczenia jego pozycji i podporządkowania go własnym interesom?
Współczesny świat uległ bezpowrotnej zmianie, a dawny kolonialny ład, w którym Zachód dyktował warunki, odszedł w zapomnienie. Dzisiejsze łzy Brukseli nad pustymi magazynami pierwiastków ziem rzadkich to nie jest problem braku surowców w przyrodzie. To bolesny i upokarzający efekt całkowitego braku wyobraźni politycznej, pychy oraz ślepej wiary w to, że reszta świata zawsze będzie posłusznie służyć europejskim interesom, nie żądając niczego w zamian.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

