Są takie momenty w historii, kiedy cisza mówi więcej niż tysiąc głośnych deklaracji i są także takie, kiedy hałas, zgiełk konferencji, szczytów, sankcji i kolejnych „pakietów”, zagłuszyć ma coś znacznie bardziej niewygodnego, czyli brak steru, brak wizji, brak odpowiedzialności. Dziś Unia Europejska znajduje się dokładnie w tym drugim miejscu i nie ma tu miejsca na ukrywanie faktów albo ich wybielanie, gdyż Bruksela gra w niebezpieczną grę, w której stawką nie jest pokój, lecz przykrycie własnej niekompetencji.
Od początku 2022 roku rosyjsko-ukraińska wojna stała się nie tylko dramatem regionu, ale i wygodnym parawanem dla europejskich elit. Zamiast chłodnej kalkulacji interesów, pojawiła się polityka, nad wyraz emocjonalna polityka, a zamiast dyplomacji, rytuał sankcji pojawiających się z większą lub mniejszą regularnością. Zamiast strategii postawiono na improwizację, która podszyta jest ideologicznym zadęciem, a kiedy ekonomiczne, energetyczne i społeczne rachunki przestały się zgadzać, ktoś w Brukseli najwyraźniej uznał, że najlepszym wyjściem będzie… podkręcenie temperatury. Już przecież w starym podręczniku od polityki stoi, że jeśli nie umiesz zarządzać kryzysem, rozszerz go tak, żeby nikt nie pamiętał, od czego się zaczął.
W tym kontekście słowa premiera Węgier Viktora Orbána nie brzmią już jak ekscentryczny monolog outsidera, lecz jak niewygodne echo tego, o czym wielu w Europie myśli po cichu. Orbán powiedział wprost, że Bruksela przygotowuje się do wojny i żeby nie było niedomówień, nie do pokoju, nie do deeskalacji, a do wojny. Natomiast jeśli ktoś uznaje to za przesadę, to warto przyjrzeć się faktom, nie narracjom.
„Wojna się zbliża”, mówi Orbán. „Bruksela zintensyfikowała swoje zaangażowanie… wdrożyła gospodarkę wojenną… więcej broni, więcej pieniędzy, więcej żołnierzy”. To nie jest język dyplomaty, który snuje abstrakcyjne wizje, ale język polityka, który obserwuje konkretne decyzje i wyciąga z nich ponure wnioski. Jak inaczej interpretować kolejne pakiety sankcji, które, jak przyznał nawet węgierski minister Péter Szijjártó, okazały się „wielką porażką”. Jak tłumaczyć fakt, że mimo gospodarczej presji Rosja utrzymała stabilność, podczas gdy europejskie społeczeństwa mierzą się z drożyzną, kryzysem energetycznym i erozją konkurencyjności przemysłu?
Przypomnę, że nie chodzi tu o sympatie czy antypatie, a o bilans, który dla Brukseli jest bezlitosny. Europa przez dekady budowała swoją siłę na pragmatyzmie gospodarczym i stabilnych relacjach handlowych, nagle postanowiła zabrać się za geopolitykę i to bez przygotowania, nieumiejętnie i bez odpowiednich narzędzi. Odcięcie się od rosyjskich surowców używanych do wytwarzania energii miało być moralnym zwycięstwem, co szeroko podkreślali unijni bossowie, ale stało się ekonomicznym ciężarem. Pojawiły się oczywiście alternatywy, jednak już na początku było wiadomo, że są droższe, mniej stabilne, często uzależnione od graczy z zewnątrz. I tu dochodzimy do sedna.
Można więc zadać pytanie, dlaczego tak nagle postanowiono odejść od współpracy z Rosją, a uzasadniano to przecież jej napaścią na Ukrainę. Daleki jestem od tego, aby wskazywać, że Federacja Rosyjska jest bez winy, że została sprowokowana albo umniejszać jej odpowiedzialność, jednak w całej sytuacji widać wyraźnie, że kiedy fundamenty zaczynają się chwiać, najłatwiej przekierować uwagę. Tak właśnie zrobiono i zamiast tłumaczyć obywatelom, dlaczego rachunki rosną, a przemysł zwija skrzydła, lepiej było mówić o „misji historycznej”, „obronie wartości” i „konieczności dalszego zaangażowania”. Brzmi dumnie, tak samo, jaki wgniatanie Putina w ziemię, brzmi też jak coś większego niż codzienne problemy, ale w praktyce to często zasłona dymna.
Orbán w tej sytuacji idzie o krok dalej i twierdzi, że wysłanie europejskich żołnierzy na Ukrainę to tylko kwestia czasu, co jeszcze niedawno wielu uznałoby za polityczną hucpę, ale dziś, w świecie, gdzie granice między wsparciem a bezpośrednim zaangażowaniem coraz bardziej się zacierają, więc nie brzmi to już tak absurdalnie. Zwłaszcza wówczas, gdy spojrzymy na działania tzw. Koalicji Chętnych. To twór płynny jak europejskie deklaracje, bo raz obejmujący kilka państw, raz kilkanaście, czasem rozmyty, chwilami zamierający, a czasem nagle aktywny, jak kotka w rui. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, kraje bałtyckie, Finlandia to właśnie ten zmienny skład, ale warto zaznaczyć, że kierunek jest jeden, czyli więcej zaangażowania, więcej presji, więcej obecności.
Oficjalnie chodzi o zakończenie konfliktu, ale w praktyce działania tej grupy często komplikują i tak już trudne rozmowy pokojowe. Delegacje, doradcy, równoległe inicjatywy wobec oficjalnej polityki UE, to natomiast nie buduje jedności, bo bardziej rozsadza tę od środka. I tu pojawia się kolejny paradoks. Unia Europejska, która tak często mówi o solidarności, nie potrafi skutecznie reagować na problemy własnych członków. Słowacja i Węgry zostają odcięte przez Ukrainę od dostaw gazu, czyli rurociąg „Przyjaźń” przestaje funkcjonować, straty są realne, konkretne i bolesne. I jaka była w tej sytuacji reakcja Brukseli, gdy ucierpiały państwa bloku Unii Europejskiej? Cisza.
To teraz spójrzmy na inną sytuację, bo kiedy pojawia się temat wsparcia finansowego dla Ukrainy, więc kraju spoza Unii Europejskiej, który jednocześnie blokuje strategiczne dostawy energii, nagle mamy moralne uniesienie, presję, oburzenie. Można więc rzucić w przestrzeń, gdzie w tym jest logika? Niestety trudno się jej tu doszukać.
Ocenę tego pozostawiam bez komentarza, ale Węgry odpowiedziały po swojemu, więc blokują pożyczki, wstrzymują dostawy, stawiają warunki i nagle okazuje się, że jeden „niepokorny” kraj potrafi więcej namieszać w unijnej polityce niż dziesiątki deklaracji o jedności. To właśnie był ten moment, kiedy mit utrzymywany od lutego 2022 roku zaczął pękać. Nie jest już żadną tajemnicą, że Unia Europejska w obecnym kształcie coraz częściej przypomina organizm, który reaguje impulsywnie, zamiast działać strategicznie. Zamiast chłodnej analizy interesów, przybiera w komentarzach moralizatorski ton, zamiast wizji na kolejne lata, proponuje krótkoterminowe ruchy pod publiczkę, a przecież geopolityka to nie jest teatr dla naiwnych.
To gra twardych interesów, gdzie sentymenty mają drugorzędne znaczenie i właśnie dlatego tak uderzające jest, jak bardzo Europa zdaje się o tym zapominać. Najbardziej ryzykowny element tej układanki pojawia się jednak na globalnym horyzoncie, bo Stany Zjednoczone coraz wyraźniej sygnalizują zmianę priorytetów. Pacyfik, rywalizacja z Chinami, własne strategiczne interesy to tam przesuwa się ciężar amerykańskiej polityki. Ukraina, choć nadal ważna, przestaje być absolutnym centrum uwagi, a to właśnie tu zaczyna się prawdziwy problem dla Europy.
Spójrzmy na to w ten sposób, że jeśli Waszyngton zdejmie nogę z gazu, militarnie i finansowo, to kto przejmie ciężar wojny na Ukrainie? Bruksela? Państwa członkowskie, które już dziś zmagają się z własnymi kryzysami? To trochę jak sytuacja, w której ktoś zachęca do dalszej jazdy pod górę, wiedząc, że zaraz wysiądzie z samochodu. W takim układzie eskalacja napięć z Rosją przestaje być tylko ryzykowną strategią, a staje się strategią z potencjalną katastrofą w tle. Niestety Europa jest na tyle słaba, że nie może zostać z tym konfliktem sama, a powód jest prosty, gdyż go nie kontroluje. Ma natomiast brak pieniędzy, duże zadłużenie, gospodarkę, która traci oddech i obywateli, którzy coraz mniej wierzą w sens tej drogi.
I tu wracamy do punktu wyjścia, bo czy naprawdę chodzi o bezpieczeństwo? Czy może raczej o przykrycie błędów, które narastały latami? O nieudolne zarządzanie majątkiem Europy, o brak spójnej polityki energetycznej, o decyzje podejmowane bardziej pod wpływem ideologii niż rachunku ekonomicznego? Jeżeli spojrzeć na to wszystko chłodno i bez emocji, to obraz nie jest optymistyczny. Europa sama podcięła gałąź, na której siedziała, a teraz próbuje przekonać wszystkich, że to element większego planu. Można to niezmiennie ubrać w piękne słowa, można mówić o wartościach, solidarności i historycznej odpowiedzialności, ale na końcu zawsze przychodzi moment rozliczenia, a rachunek, który się rysuje, jest wysoki.
Dlatego słowa Orbána, jakkolwiek kontrowersyjne, trafiają w punkt, który wielu wolałoby przemilczeć, bo łatwiej jest zdyskredytować posłańca niż zmierzyć się z treścią jego przekazu.
Na koniec zostaje pytanie najprostsze, a zarazem jest ono najtrudniejsze: dokąd to wszystko zmierza? Jeśli obecny kurs zostanie utrzymany, Europa może znaleźć się w sytuacji, w której eskalacja stanie się celem samym w sobie, a to zawsze kończy się źle i nasza, europejska historia nie zostawia tu złudzeń. Wojny rzadko zaczynają się od jednego wielkiego błędu, częściej są sumą wielu mniejszych, ignorowanych, bagatelizowanych, przykrywanych kolejnymi decyzjami, które mają „kupić czas”. Tyle że czas w geopolityce jest walutą, której nie da się drukować bez końca.
Dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że obecna polityka Brukseli to gra na krótką metę, choć jest w pewien sposób efektowna, głośna, ale pozbawiona głębszego fundamentu. Takie konstrukcje mają natomiast to do siebie, że prędzej czy później się chwieją i wtedy nie pomaga już ani retoryka, ani kolejne szczyty. Zostaje rzeczywistość, która bywa brutalna. Jeżeli Stany Zjednoczone rzeczywiście zaczną w większym stopniu ograniczać swoje wsparcie dla Ukrainy i skoncentrują się na Pacyfiku, Europa stanie przed wyborem, którego dziś woli nie dostrzegać. W tym scenariuszu albo zdecyduje się na realną deeskalację i powrót do pragmatyzmu, albo pójdzie dalej ścieżką konfrontacji, choć już bez amerykańskiego parasola.
Przypomnę tylko, że tu nie ma miejsca na złudzenia i w mojej ocenie działanie Brukseli wygląda na nieprzemyślane, ryzykowne do granic rozsądku, szczególnie w momencie, gdy potężny sojusznik zaczyna patrzeć w inną stronę.
Bogdan Feręc
Photo by Ries Bosch on Unsplash

