Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Bezkompromisowa sekcja zwłok polskiej gospodarki. Iluzja bogactwa, czyli kolonialna pułapka?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Nadszedł czas, żeby zająć się dwudziestą gospodarką świata, bo przecież zewsząd jesteśmy bombardowani informacjami, że Polska to jednak potęga, co może nawet cieszyć, iż ojczyzna nasza nie jest już jakimś gospodarczym popychadłem. To prawda, jeżeli posłuchamy polityków, ale też mediów, jednak ani jedni, ani też drudzy, nie zadają sobie trudu, aby przejrzeć dane w ujęciu globalnym, a wówczas to ten polski luksus zaczyna jakoś podupadać. Jednak, jeśli przekaz będzie surowy, odarty z propagandowego lukru, obnaży fundamentalną słabość naszej gospodarczej i architektury finansowej. Systemowa bezrefleksyjność decydentów doprowadziła więc do sytuacji, w której potęgę mierzy się rozmiarem obcego kapitału, a nie rzeczywistym stanem posiadania wśród własnych obywateli.

Czytam w polskiej prasie, że jesteśmy rosnącą potęgą, a nawet, jak niegdyś w przypadku Irlandii, z lubością stosuje się określenie, że staliśmy się „Tygrysem Europy”, choć nawet do tego upadłego Celtów, jest nam bardziej niż daleko. Do tego wszystkiego karmi się nas wiadomościami, że tylko Chiny wyprzedzają nas pod względem wzrostu PKB. Jakby tego było komuś mało, to nagłówki prasowe grzmią, że doganiamy Zachód, że Polacy są coraz bogatsi, a nawet, nie mamy konkurencji na Starym Kontynencie. Może i nie mamy, bo kto chce stawać w szranki z unijną montownią, ale o tym za chwilę. Serwowanie społeczeństwu tej infantylnej narracji o rzekomym prymacie gospodarczym jest przynajmniej intelektualnym nadużyciem, o ile nie użyć słowa „kłamstwo”. Zasłanianie strukturalnych deficytów pustym frazesem o „tygrysie”, zwyczajnie jednak wprowadza w błąd obywateli i jednoznacznie zdejmuje odpowiedzialność z rządzących.

W Polsce można się dowiedzieć, głównie z mediów propagandowych, że właściwie tylko Chiny są dla nas jakąś konkurencją, bo to one, jako jedyne na świecie, osiągnęły w okresie ostatnich trzech dziesięciolatek PKB na mieszkańca wyższe od polskiego. Nie będę się z tym kłócił, a nawet przyznam rację, bo dane wyłącznie to potwierdzają. Jednak, no właśnie, jest to cholerne jednak, o którym nikt nie mówi, bo po co psuć nastroje mieszkańcom kraju, który podobno rzyga wręcz bogactwem na prawo i lewo. Spójrzmy, gdyż należy wyjaśnić „jednak”, na pewien drobny szczegół, kto lub co generuje wzrost PKB w Chińskiej Republice Ludowej, a kto jest odpowiedzialny za ten sam wskaźnik w Rzeczypospolitej Polskiej. Wówczas okazuje się, że za wzrost gospodarczy w Państwie Środka odpowiedzialni są rodzimi producenci, usługodawcy i transportowcy, więc pieniądze w formie podatków trafiają do skarbca w Pekinie. W naszej ojczyźnie zyski także są generowane, ktoś tam płaci podatki, niekiedy nawet niemałe, ale, bo tu zaczyna się jazda, większość z zysków, jakie wypracowywane są w zakładach znajdujących się w Polsce, trafia za nasze zachodnie granice. Analiza ekonomiczna nie pozostawia złudzeń i bezkrytyczne zachwycanie się samą dynamiką PKB bez badania wektorów przepływu kapitału, to skrajny analfabetyzm gospodarczy.

Pieniądze z korporacyjnych zysków nie są więc inwestowane nad Wisłą, nie wspierają rozwoju polskich miast i ich mieszkańców, nie wspierają inwestycji, a nawet nie są przeznaczane na emerytury. Jak to możliwe? Cóż, drenaż wypracowanej nadwyżki ekonomicznej odbywa się w majestacie prawa, a bierność kolejnych ekip rządzących zakrawa na rynkowy sabotaż. Pieniądz, który mógłby zasilać lokalny cyrkulacyjny obieg kapitałowy, wyparowuje z systemu, osłabiając w ten sposób długofalowy potencjał inwestycyjny kraju.

Sprawa jest podle prosta i w Chinach miarą Produktu Krajowego Brutto, stają się firmy z chińskim rodowodem. Tym samym to chińskie firmy płacą do chińskiego budżetu podatki, chińskim firmom zależy, aby rozbudowywać chińskie fabryki w Chinach i chińskim firmom jest na rękę, że dokładają się do chińskich inicjatyw rządowych. W Polsce jest trochę inaczej, bo większość firm, jakie działają na naszym poletku, stanowią te z Niemiec, a tuż za nimi są francuskie, włoskie, brytyjskie i amerykańskie. Tym samym wcale nie leży w ich interesie, aby Polska rosła w siłę, więc kolosalną część zarobionych u nas pieniędzy, transferują do krajów pochodzenia. Nawiasem mówiąc, w Irlandii jest dokładnie tak samo, ale tutejszy rząd umiał się na taką sytuację zabezpieczyć i czerpie innego typu zyski, niż tylko te ze szczątkowych podatków. W Polsce mamy więc do czynienia z klasycznym układem peryferyjnym, gdzie państwo udostępnia tanią siłę roboczą i przestrzeń, rezygnując ze strategicznej podmiotowości, głównie na rzecz obcych koncernów.

Polskie PKB, nie jest natomiast tworzone przez Polaków, a może inaczej, nie jest tworzone przez polskie firmy, w których ci są zaledwie tanią siłą roboczą. To też jest powód, dla którego nie musimy już jeździć do Niemiec, by zbierać tam szparagi, bo te przyjechały po prostu do nas. Ja nie mówię, że zagraniczne inwestycje są złe, ponieważ to nie jest prawdą, a tylko dlatego, iż te właśnie, mogą być impulsem dla rozwoju lokalnych rynków. Mogą, to z kolei słowo klucz, gdyż dzieje się tak w przypadku, gdy nie są one dominującymi podmiotami na danym rynku. Polska odwróciła niestety tę zależność, a mówiąc otwartym tekstem, skapitulowała, więc pozostawiła własny rozwój komuś z zewnątrz, koncentrując się wyłącznie na likwidacji bezrobocia. To bezwarunkowe oddanie inicjatywy obcemu kapitałowi jest dowodem na intelektualną i polityczną bezradność. I zamiast budować architekturę wysoce konkurencyjnego rodzimego przemysłu, przekształcono krajobraz gospodarczy w sieć podwykonawczego wyzysku – taki trochę dwudziestopierwszowieczny feudalizm.

Zastanówmy się również, czy te zagraniczne inwestycje powinno się, a właściwie, czy powinienem krytykować? Tak – od tego nie ma odwołania i już wyjaśniam dlaczego mam do tego pełne prawo. Bo jestem Polakiem, choć nie wiem, czy prawdziwym, czy też nie – jak głoszą niektórzy.

W czasach, kiedy gospodarki, a co za tym idzie firmy działają prężnie, rozwijają się, zarabiają i nie muszą oglądać na koszty, uznajmy, że wszystko wtedy jakoś się kręci. Ludzie mają pracę, dostają wynagrodzenie, wydają pieniądze, a to generuje wpływy do budżetu. Podobnie jest w przypadku przedsiębiorstw, bo te, choć skromne w stosunku do generowanego zysku, płacą u nas podatki, co też cieszy tego lub innego ministra finansów. Problem zaczyna się w chwili, kiedy zaczynamy mieć do czynienia z rosnącym kryzysem gospodarczo-finansowym, bo wówczas sytuacja idzie w cakiem nieprzewidywalną stronę, czyli po prostu się zmienia. Pozorna stabilność sielankowych okresów dobrej koniunktury, maskuje głębokie ryzyka strukturalne, które ujawniają się z pełną mocą przy pierwszym poważniejszym wstrząsie makroekonomicznym.

Budżet się kurczy, a szef resortu finansów chciałby, żeby wpływy do państwowej kasy utrzymywały się na dotychczasowym poziomie, o ile nie rosły. Wówczas podejmuje kroki, które zapewnić mają stabilność dochodów i daje korporacjom sygnał, że albo zmieni wysokość opodatkowania, albo wprowadzi dla nich nową daninę. Co się wtedy dzieje? Otóż taki właściciel fabryki mówi otwarcie, że minister może to oczywiście zrobić, jednak powinien wziąć pod uwagę, iż zaraz po tym ruchu, fabryka zacznie wygaszać produkcję. Z tym związana jest redukcja etatów, czyli odbieranie rynkowi wewnętrznemu siły napędowej, a i pojawi się wzrost wydatków na ochronę socjalną. Zagraniczne korporacje, a nawet niezależnie od postępowania władz kraju trzeciego, w którym prowadzą swoje interesy, nie są również zainteresowane, aby ratować państwo, na którego obszarze prowadzą produkcję, więc w chwilach kryzysu, wracają na łono ojczyzny, by wspierać własną gospodarkę i tam utrzymać miejsca pracy. To nic innego, jak bezwzględny szantaż kapitałowy, przed którym bezbronny decydent musi ugiąć kark, ponieważ przez lata zaniedbał budowę alternatywnych, rodzimych filarów wzrostu.

Inaczej wygląda sprawa, gdy kraj, w tym przypadku Polska, może pochwalić się PKB wytwarzanym przez rdzenne firmy, bo wówczas sytuacja wygląda dużo lepiej z punktu widzenia finansów własnych. Państwo może porozumieć się z właścicielami fabryk, wspierać ich działalność na rzecz utrzymania miejsc pracy, a nawet w wyjątkowych sytuacjach wspierać ich rozwój. Co ciekawe, polskie firmy, a działające w Polsce, nie za bardzo mają gdzie wracać, ergo, zostają w kraju i nie wyprowadzają z niego pieniędzy, jakie do tej pory zainwestowały. Patriotyzm gospodarczy nie jest w tym przypadku pustosłowiem oraz ideologicznym rekwizytem, lecz czystą pragmatyką przetrwania. Suwerenność finansowa opiera się natomiast na podmiotach, których ośrodek decyzyjny i majątkowy jest nierozerwalnie związany z terytorium państwa.

Spoglądając na kraj położony nad Wisłą, zastanówmy się też, czy fabryki są nasze, czy banki są nasze, zakłady produkujące jedzenie są nasze i czy te wszystkie inwestycje w infrastrukturę lokalowo-drogową, także należą do nas. W znakomitej większości to wszystko jest dziełem korporacji pochodzących spoza naszych granic, więc jak przyjdzie im ochota wyprowadzić się z Polski, bo znajdą inny rynek do dojenia, zrobią to bez mrugnięcia okiem. Wychodzi więc na to, że gdyby np. jutro, te wszystkie fabryki opuściły nasz kraj, jakby to nazwać…

Ta przerażająca systemowa zależność obnaża kompletny brak kontroli nad fundamentalnymi sektorami rynkowymi. Zostaną nam wówczas jedynie puste mury, z których zysk i wartość dodana, ekstradytowane zostały za granicę. Polska okaże się wówczas gospodarczą i ekonomiczną pustynią.

Spójrzmy kolejny raz na marki obecne na polskim rynku. Czy one są nasze? Niewiele, co zresztą coraz bardziej mnie denerwuje. Przyglądam się przecież budowaniu pozycji naszych przedsiębiorstw, a kiedy te stają się już potentatami rynku, ten lub ów prezes dochodzi do przekonania, że teraz to on ma już to wszystko w du*ie i sprzedaje swoje „dziecko” wraz z pracownikami zachodnim korporacjom. Oznacza to, że wyprzedawanie lokalnego kapitału i brak perspektywicznego myślenia o budowie wielopokoleniowych symboli, to nic innego, jak w chwili ich tworzenia, wyrok na polską podmiotowość. To wyzbywanie się rodowych sreber za ułamek ich realnej wartości, choć w kontekście przetrwania przyszłych pokoleń, rujnowanie wolności strategicznej kraju i oddawanie suwerenności ekonomicznej ojczyzny obcemu kapitałowi.

Czy tak się dzieje na świecie? Czy tak robią ekonomiczne potęgi? Czy to jest sytuacja, której nie można nazwać wyzbywaniem się majątku narodowego? Pytania te, choć retoryczne, uderzają w samą istotę polskiej polityki gospodarczej ostatnich dekad. Żadne dojrzałe państwo nie wyprzedaje kluczowych aktywów rynkowych, tworząc z własnych obywateli wyłącznie wykwalifikowaną, ale tanią siłę roboczą dla obcego kapitału.

Idźmy dalej, bo media w Polsce, a nie są przecież polskie, próbują utrzymać nas w przekonaniu, że jesteśmy, jako Polacy, bogaci, a nawet dalej się bogacimy i zaczynamy doganiać najbogatsze kraje europejskie. Tak? To spójrzmy na dane z 2025 roku, kiedy statystyczny majątek pracującego Polaka wynosił 56 000 €, co wynika z informacji przygotowanych przez UBS Global Wealth Report. Politycy i media mówią cały jednak czas, że jesteśmy unijnymi krezusami, a pomijam fakt, że wciąż kuszą nas zarobkowo inne państwa na całym świecie. To teraz spójrzmy na kraje, z naszego regionu, więc na Litwę, Łotwę i Estonię, a te w omawianym wskaźniku mają odpowiednio 63 000, 92 000 i 72 000 euro na głowę mieszkańca, ale to my jesteśmy dwudziestą gospodarką świata. Dalej, bo będzie jeszcze ciekawiej, a niejednokrotnie słyszymy, że do 2030 roku zrównamy się lub nawet przekroczymy bogactwem statystycznego Brytyjczyka. Ile więc ma ten mieszkaniec Albionu, że tak nam do niego blisko, że w zaledwie trzy i pół roku będziemy bogatsi od niego? Otóż bogactwo Brytyjczyka oceniano w ubiegłym roku na 314 000 €… Twarde dane, jeżeli zestawić je z publikacjami na temat naszego bogactwa, brutalnie weryfikują bajki o powszechnym dobrobycie. Zasłona dymna z makroekonomicznych majaków, ukryć ma fakt, że w wymiarze mikro, czyli majątku netto gospodarstw domowych, jesteśmy praktycznie na szarym końcu europejskiej strefy.

Nie, nawet gdyby ktoś próbował mnie powstrzymać, nie zatrzymam się w tym momencie i spójrzmy na hegemonów polskiego rynku, czyli Niemców. Germanin również jest bogatszy od naszego krajana, choć ich gospodarka mocno dołuje od kilku lat, co przełożyło się na jego bogactwo w kwocie 237 000 €. Bogatsi są od nas nawet Czesi i Słowacy, których bogactwo określono odpowiednio na 87 i 59 tysięcy euro. W Irlandii, a już po dawno przebrzmiałym okresie Celtyckiego Tygrysa, majątek liczy się na poziomie 239 000 euro. Przepaść, jaka dzieli nas od krajów dojrzałych, jest bezlitosna i pokazuje prawdziwy wymiar opóźnienia monetarnego. Mówienie w tym kontekście o rychłym prześcignięciu Zachodu, stanowi przejaw skrajnego zakłamania lub przynajmniej kompletnej niekompetencji, o ile nie głupoty.

Żeby jednak zadać cios ostateczny, spójrzmy na Grecję i Białoruś, gdzie, jak mawiają polskojęzyczne media w Polsce, gospodarki obu krajów prezentują obraz nędzy i rozpaczy. Czy aby na pewno? Rodowity mieszkaniec, co chwilę bankrutującej Grecji, również jest od nas bogatszy, bo w jego przypadku średni majątek to 104 000 €. I na koniec tej wyliczanki Białoruś, bo przecież stawia się ją za przykład państwa zbankrutowanego, jednak średni majątek wycenia się tam na 35 000 €. Czy to więc aż taka duża różnica pomiędzy nami, którzy jesteśmy we „wspierającej” nas od 2004 roku Unii Europejskiej i od jakiegoś czasu dwudziestą gospodarką na świecie? To zderzenie z rzeczywistością jest porażające. Okazuje się, że po ponad dwóch dekadach rzekomego skoku cywilizacyjnego w strukturach europejskich, skumulowany majątek polskich obywateli nie odbiega drastycznie od wskaźników państwa objętego sankcjami i zarządzanego autorytarnie.

Jak więc to wszystko ocenić? Czy jesteśmy tylko oszukiwani przez rządzących? Czy karmi się nas statystykami, które nie odzwierciedlają prawdziwego stanu naszej gospodarki? Czy zamiast mówić, że jesteśmy majętni, nie powinno się zacząć działać i faktycznie zacząć się bogacić, jako kraj i ludzie? Czy może nadszedł czas na weryfikację przyjętych dla politycznej wygody wzorców i porzucenie zmanipulowanych wskaźników, które służą wyłącznie usprawiedliwianiu istniejącego status quo?

Na te pytania odpowiedź jest jedna i zamyka się jednym, krótkim słowem, które brzmi „TAK”. Jednak, żeby to się stało, musimy mieć klasę polityczną, niezależnie od prezentowanych barw klubowych, która będzie myśleć o Polsce, a nie o tym, jak zaledwie nie dać umrzeć z głodu jej mieszkańcom. Wymagany jest bezwzględny zwrot w polityce gospodarczej i odejście od roli prawie darmowej montowni, zatrzymanie wyprzedaży aktywów strategicznych i stworzenie twardych ram wsparcia dla rodzimego kapitału. Bez tych decyzji i redefiniowania naszych celów ekonomicznych, pozostaniemy jedynie europejskim rezerwuarem taniej siły roboczej, żyjącym złudzeniem bogactwa, choć obserwowanym z naszych okien, ale w cudzym domu.

Bogdan Feręc

Graf. Wygenerowana przez AI

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version