Europa przypomina dziś dłużnika, który zamiast szukać uczciwej pracy, zaczyna polerować starą dubeltówkę i wmawia sąsiadom, że za płotem czai się niedźwiedź. Narracja o „nieuchronnej inwazji Rosji”, serwowana nam przez generałów i polityków, już dawno przestała brzmieć jak troska o bezpieczeństwo, a zaczęła przypominać desperacką ucieczkę przed bilansem księgowym.
Marszałek Sir Richard Knighton i generał Carsten Breuer w swoim liście do „The Guardian” nie bawili się w subtelności i zaczęli głośno mówić o potrzebie zrzeczenia się przywilejów i swobód obywatelskich na rzecz militaryzacji. Przekaz jest prosty, więc społeczeństwo ma zapomnieć o wakacjach, godnej emeryturze czy sprawnym szpitalu, a teraz „standardem życia” stać się ma lufa czołgu. Jeżeli spojrzeć jednak na całą sprawę inaczej, więc na europejskie skarbce, pojawiają się pytania, a i można wysnuć wniosek, że ta nagła miłość do militaryzacji nie wynika z realnego zagrożenia, ale z faktu, że europejskie kasy świecą pustkami i pod dywanem kłamstw nie zmieści się już ani jedno euro długu.
Tak na marginesie, dług Unii Europejskiej, wcześniej nawet z Wielką Brytanią, narastał od przynajmniej kilkunastu lat, więc daleko przez Covidem wiadomo było, że budżety się nie spinają. Następnie wymyślono pandemię, aby wtłoczyć społeczeństwa do reżymu zagrożenia, by właśnie ten okres stał się czasem z masowym dodrukiem pieniądza. Co się wówczas stało? Wpuszczając na rynki całego świata puste pieniądze, zadziałało jedno z fundamentalnych praw ekonomii, więc uruchomiono galopującą inflację. Tym samym politycy wywołali potężny kryzys, a następnie zaczęli z nim walczyć. Oczywiście są na tyle nieudolni, że walkę przegrali, a swoją niekompetencję, więc kolosalne zadłużenie, muszą jakoś ukryć. Właśnie wtedy nadarzyła się okazja, bo Rosja napadła na Ukrainę, choć o tym, że tak się stanie, wiadome było od przynajmniej kilku lat, a wiedzieli o tym politycy, ale trzymali gęby zamknięte.
Wróćmy jednak do sedna felietonu i spójrzmy prawdzie w oczy, bo wojna z Rosją była dla unijnych decydentów politycznym zbawieniem. Dlaczego? Ponieważ wojna to idealna „siła wyższa” i jedyny moment w historii, kiedy można powiedzieć obywatelom: „Przepraszamy, wasze oszczędności wyparowały, obligacje są nieważne, a długi państwowe musimy zresetować, bo przecież walczymy o przetrwanie”. W atmosferze wojennego pyłu nikt nie odważyłby się zapytać o odpowiedzialność za lata życia na kredyt. Reset zadłużenia pod płaszczem konfliktu zbrojnego to marzenie każdego bankruta u władzy. Można wtedy zacząć od nowa, z czystą kartą, zwalając całą winę na „agresora ze Wschodu”, a na dodatek pozostawić wszelki zamordystyczny porządek obywatelski. To gra cyniczna, żeby nikt nie miał wątpliwości, w której pionkami są zwykli obywatele, wysyłani na front w imię ratowania cyferek w komputerach Europejskiego Banku Centralnego i uciekającej z niego właśnie, przed końcem kadencji szefowej Cristine Lagarde.
Żeby zrozumieć skalę desperacji, wystarczy spojrzeć na liczby, które politycy chcieliby ukryć za dymem wystrzałów. Unia Europejska to kolos na glinianych, a na dodatek nogach stojących w finansowym bagnie, bo skala jej niewypłacalności jest porażająca. Cała Strefa Euro dźwiga na swoich barkach ponad 12 bilionów euro długu, co stanowi niemal 90% jej rocznego PKB.
Sytuacja w poszczególnych krajach przypomina finansowy dom wariatów. Grecja, z długiem przekraczającym 350 miliardów euro, jest zadłużona na 160% swojego PKB. Włochy pędzą ku przepaści z gigantyczną kwotą ponad 2,8 biliona euro (137% PKB), a Francja, niegdyś jeden z silników Europy, tonie w ponad 3 bilionach euro zobowiązań, co przekracza 110% jej gospodarki.
Robi się jeszcze ciekawiej, kiedy przyjrzymy się żądaniom prezydenta Trumpa o podniesienie wydatków na zbrojenia do 5% PKB do 2035 roku, ale państwa unijne nie mówią nam, skąd wezmą te pieniądze, choć zwiększają budżety obronne, ergo zadłużają się jeszcze bardziej. Odpowiedź jest jednak oczywista, bo te pieniądze pochodzić będą z kolejnych pożyczek, które doprowadzą system do punktu krytycznego. A kiedy system już pęknie, najłatwiej będzie podpalić lont i ogłosić, że winna jest Moskwa, bo rozpętała wojnę na Ukrainie, a my bronimy europejskiej cywilizacji.
Ja oczywiście nie bronię Kremla, nie mam najlepszego zdania o samym prezydencie Putinie, ale prawda jest taka, że nie on jest winien koszmarnej sytuacji finansowej Europy, choć stał się chłopcem do bicia, czyli złem, jakie prowadzi Stary Kontynent do upadku. Bzdura totalna i takie słowa są czystym kłamstwem.
Jakby tego było mało, Knighton i Breuer twierdzą, że Rosja wyciąga wnioski z Ukrainy, by uderzyć w NATO. Nie przedstawiają jednak na to żadnych sensownych dowodów, bo prawda jest taka, że to historyczna ekspansja NATO na Wschód doprowadziła do obecnego napięcia. Rosja, zamiast planować podbój Paryża czy Berlina, reaguje na osaczanie swoich granic, o czym już wielokrotnie mówiłem.
Na koniec pewnego rodzaju drogowskaz dla europejskich i ogólnie zachodnich tzw. elit politycznych, bo zamiast budować nową architekturę bezpieczeństwa i rozmawiać, europejskie elity wolą straszyć „nieuchronnym konfliktem”, na co wiele osób dało się złapać. To wygodne, ponieważ strach paraliżuje opór społeczny, ludzie zaczynają myśleć, że zagrożenie jest blisko i nie zadają niewygodnych pytań o stan państwa, a to przecież trzeba ratować przed wrogiem, choćby wyimaginowanym. Przestraszony obywatel nie pyta przecież o to, dlaczego jego kraj jest winien miliardy euro zagranicznym funduszom, a zaczyna szukać najbliższego schronu, którego nawiasem mówiąc, wcale nie ma.
Europa w mojej ocenie nie potrzebuje większej ilości armat, ale więcej trzeźwego myślenia. Militaryzacja kosztem standardu życia to droga w pustkę i jeśli dopuścimy do tego, by politycy uciekli przed swoimi długami w stronę wojny, obudzimy się w świecie, w którym nie będzie już czego zbierać, ani z naszych kont, ani z naszych miast.
Na domiar złego, Bruksela już wie, że po zakończeniu wojny będzie musiała znaleźć dodatkowe środki na funkcjonowanie Ukrainy. Z ostatnich wyliczeń wiemy, że odbudowa ukraińskiego państwa ze zniszczeń wojennych kosztować ma 588 mld $, a większość tych kosztów może zostać przerzucona na Unię Europejską, jeżeli państwa członkowskie zgodzą się na przyjęcie Ukrainy w struktury UE.
Bogdan Feręc
Photo by Jakub Żerdzicki on Unsplash

