Zużywają powietrze. Tak, właśnie tak. Brutalnie? Być może, ale świat od dawna cierpi na nadmiar ludzi, którzy istnieją wyłącznie biologicznie, natomiast społecznie są odpowiednikami plastikowej reklamówki miotanej wiatrem na parkingu pod dyskontem spożywczym. Człowiek kiedyś budował mosty, orał ziemię, prowadził wojny, pisał książki, wynajdywał maszyny, ryzykował życiem dla czegoś większego niż liczba serduszek pod relacją na Instagramie. Dzisiaj połowa populacji wykonuje heroiczny wysiłek polegający na zamówieniu latte z mlekiem owsianym i nagraniu „morning routine”, w której największym dramatem okazuje się brak idealnego światła do selfie.
I naprawdę trudno się dziwić, że pojawiają się idee depopulacji. Nie dlatego, że ktoś potajemnie planuje eksterminację ludzkości rodem z kiepskiego filmu klasy „B”, bo bardziej dlatego, że coraz więcej ludzi zwyczajnie nie wnosi do tego świata niczego poza hałasem. Cywilizacja zaczyna przypominać statek pełen pasażerów, gdzie garstka ludzi wiosłuje, łata dziury i pilnuje kursu, a reszta leży na pokładzie, popijając kolorowe drinki i krzycząc, że należy im się większa kabina. Internet wyłącznie obnażył skalę problemu, gdyż dawniej człowiek nieprzydatny był lokalnym folklorem. Siedział pod sklepem, opowiadał głupoty i najwyżej denerwował sąsiadów. Dziś dostał konto na TikToku, ring lighta i sześćdziesiąt tysięcy obserwujących. Można więc codziennie transmitować światu własną pustkę, a tłum do tego bije brawo.
Przykład? Proszę bardzo, czyli seria „Dzień z życia”. Gatunek, który powinien być traktowany jak cyfrowe skażenie środowiska. Oglądasz taki film i widzisz człowieka, którego największym osiągnięciem dnia było przejechanie z jednej knajpy do drugiej. Śniadanie na mieście. Potem zakupy. Potem kawa. Potem „czas dla siebie”. Potem obiad z przyjaciółmi. Potem zachód słońca. Potem serial. Potem wrzutka o self-care. Wszystko nagrane tak, jakby autor właśnie wrócił z misji ratunkowej na Marsie lub wyprowadził dzieci ze strefy wojny.
Nie, on po prostu konsumował powietrze, prąd, paliwo, jedzenie i cierpliwość widzów. Najbardziej śmieszne i straszne jednocześnie jest jednak to, że ci ludzie naprawdę wierzą, iż są na jakiś sposób inspirujący. Wyobrażają sobie, że ich życie jest aspiracyjne, a tymczasem patrzy się na to jak na reportaż z hodowli homo sapiens, ale pozbawionych instynktu sensu. Dawniej młody człowiek chciał być pilotem, lekarzem, architektem albo chociaż hydraulikiem, a dzisiaj marzy, żeby „żyć z contentu”. Czyli dokładnie z czego? Z pokazywania światu tostów z awokado i własnej twarzy w siedmiu filtrach?
To jest właśnie największy dramat współczesności, że kultura pasożytnictwa, bo trzeba to nazywać po imieniu, przebrana została w szaty sukcesu. Człowiek niczego nie tworzy, niczego nie buduje, niczego nie ryzykuje, ale ma followersów, więc społecznie uznaje się go za kogoś wartościowego. Dawniej darmozjad był powodem do wstydu, a teraz ten sam ma współprace reklamowe. I jeszcze ta obsesja wygody. Pokolenie ludzi, którzy dostają ataku paniki po ośmiogodzinnym dniu pracy, ale bez problemu potrafią spędzić dwanaście godzin dziennie na telefonie. Wszystko ich męczy. Wszystko jest „toksyczne”, czyli szef toksyczny, pogoda toksyczna, rodzina toksyczna, wysiłek toksyczny, a i najdrobniejsza forma dyscypliny, także jest toksyczna. Najlepiej byłoby żyć w kapsule sensorycznej, popijać matchę i wrzucać motywacyjne cytaty o dbaniu o siebie.
A potem taki internetowy filozof z niepełnym średnim opowiada, że „każdy zasługuje na przestrzeń”. Nie, nie każdy. Świat nie jest hostelowym salonikiem dla wiecznych dzieci. Cywilizacja istnieje dzięki ludziom, którzy robią rzeczy trudne i potrzebne. Dzięki kierowcy śmieciarki, który wstaje o trzeciej rano. Dzięki spawaczowi. Dzięki pielęgniarce na nocnym dyżurze. Dzięki facetowi, który zimą naprawia linię energetyczną po przejściu wichury i wykładowcy na uczelni, który przygotowuje elity narodu. To oni podtrzymują świat przy życiu, a nie influencer nagrywający trzynasty film o „produktywności”, choć jedyną produkcją w jego życiu jest produkcja własnego ego.
Oczywiście zaraz pojawi się święte oburzenie i stwierdzenie, że „każdy ma prawo żyć po swojemu”. Owszem, ale nie każdy styl życia zasługuje na podziw. Nie każda obecność wnosi jakąkolwiek wartość. Prawda jest taka, że ogromna część współczesnego społeczeństwa funkcjonuje jak ludzki styropian, zajmuje miejsce, więc trudno się tego pozbyć i jeszcze szkodzi środowisku.
Najbardziej przerażające jest jednak to, że ci ludzie zaczynają dominować kulturowo. Przestajemy promować kompetencję, charakter i odpowiedzialność, bo te zastępuje je autoprezentacja. Kiedyś człowiek zdobywał szacunek czynami, a dzisiaj zdobywa zasięgi miną i dobrze ustawioną kamerą. Bo cywilizacja, która bardziej ceni influencera od inżyniera czy profesora sama prosi się o katastrofę.
Depopulacja? Natura już kiedyś rozwiązywała podobne problemy bez debat ekspertów i paneli w telewizji śniadaniowej. Każda cywilizacja, która ugrzęzła w dekadencji, wcześniej czy później wpadała pod własny ciężar. Rzym też miał swoje elity zajęte rozrywką i próżnością, podczas gdy fundamenty zaczynały pękać. A historia? Ta nie lubi miękkich społeczeństw, ona miele je na pył z lodowatą obojętnością.
Nie chodzi nawet o fizyczne zniknięcie tych ludzi, a bardziej o odcedzenie wartościowych od kompletnie zbędnych. Kryzysy zawsze to robią i gdy przychodzi wojna, katastrofa albo gospodarcze tąpnięcie, nagle okazuje się, że świat potrzebuje rolnika bardziej niż coacha od manifestacji energii sukcesu. Że więcej wart jest hydraulik niż ekspert od budowania marki osobistej na LinkedInie, więc to rzeczywistość ma paskudny zwyczaj weryfikowania ludzkiej użyteczności. Może właśnie dlatego tyle osób panicznie ucieka w świat ekranów, bo gdzieś pod warstwą filtrów, afirmacji i sztucznego uśmiechu, siedzi właśnie świadomość własnej miałkości. Człowiek wie, kiedy jest pusty. Może zagłuszać to muzyką, serialami i mediami społecznościowymi, ale prawdy nie oszuka. Jeśli całe twoje życie można streścić do listy restauracji odwiedzonych w weekend, to nie jesteś już wolnym duchem. Jesteś klientem, produktem i konsumentem dryfującym między reklamami.
Ironiczne jest też to, że ci wszyscy głosiciele luzu i wiecznej przyjemności są śmiertelnie nudni. Identyczne fryzury. Identyczne mieszkania. Identyczne poglądy wygłaszane tonem odkrywcy nowego kontynentu. Ta sama kawa, ten sam pies, ten sam nagłówek o „łapaniu chwili”. Masowa produkcja ludzi przekonanych o własnej wyjątkowości. Fabryka klonów z kompleksem gwiazdy. A świat? Świat coraz bardziej przypomina wielką poczekalnię pełną ludzi, którzy chcą być obsługiwani, ale nikt nie chce obsługiwać. Każdy chce być widziany, choć nikt nie chce być potrzebny.
Dlatego nie szokuje mnie, że coraz częściej padają pytania o sens niekontrolowanego namnażania populacji. Skoro produkujemy miliony ludzi, którzy nie tworzą nic poza cyfrowym śmieciem, to trudno oczekiwać, że wszyscy będą klaskać z zachwytu nad triumfem ludzkiego gatunku. Ilość nigdy nie zastąpi jakości. Tysiąc bezużytecznych krzykaczy nie dorówna jednemu człowiekowi, który naprawdę potrafi coś zrobić. Co oznaczać może, że największym problemem współczesności nie jest liczba ludzi, ale że jest nim ilość ludzi kompletnie zbędnych.
Bogdan Feręc
Photo by Szabo Viktor on Unsplash

