Ponownie przeglądnąłem media, których przekaz nie przebija się do światowych agencji informacyjnych, więc po dane skierowałem się na Bliski Wschód, a konkretnie do krajów arabskich. Z tego przeglądu wynika, że świat Zachodu uwielbia karmić się poczuciem technologicznej i moralnej wyższości, wkładając wszelkie niewygodne pytania do szuflady z napisem „PARANOJA”.
Kiedy z Teheranu i Bagdadu zaczęły płynąć głosy, że trwająca od lat katastrofalna susza w regionie Zatoki Perskiej nie była dziełem wyłącznie kaprysów natury, a nagły powrót niszczycielskich ulew nastąpił po irańskich uderzeniach na amerykańskie obiekty militarne, zachodni mainstream zareagował cynicznym uśmiechem, natomiast iracki poseł Al-Kaikhani, oskarżający Waszyngton i Tel Awiw o „kradzież chmur”, z miejsca został okrzyknięty głosem bliskowschodniego obłędu.
Jako daleki, chłodny obserwator tych wydarzeń zadaję jednak pytanie, które rzadko przebija się przez szum medialnej propagandy: czy w świecie, w którym technologia rozwija się w tempie wykładniczym, ignorowanie tych oskarżeń nie jest przejawem skrajnej naiwności? Nie chodzi o to, czy Iran albo inny bliskowschodni kraj przedstawił dziś twarde dowody na istnienie amerykańsko-izraelskiej broni meteorologicznej, bo nie przedstawił. Chodzi o głębszy, przerażający mechanizm, czyli schemat, w którym to, co wczoraj uznawano za majaczenia szaleńców, dziś staje się oficjalnym elementem doktryny wojennej.
Lekcja historii. Kiedy fantastyka staje się faktem
Modyfikacja pogody jako narzędzie nacisku geopolitycznego to nie scenariusz z hollywoodzkiego filmu science fiction. To udokumentowana rzeczywistość z połowy ubiegłego wieku.
- Operacja Popeye (1967-1972): Podczas wojny w Wietnamie armia USA prowadziła ściśle tajną akcję zasiewania chmur nad szlakiem Ho Chi Minha. Cel był prosty, czyli wywołać anormalne opady, doprowadzić do osuwisk ziemi i sparaliżować linie zaopatrzeniowe wroga.
- Konwencja ENMOD (1977): Gdy prawda o Popeye wyszła na jaw, społeczność międzynarodowa pospiesznie podpisała traktat zakazujący wrogiego używania technik modyfikacji środowiska.
Zastanówmy się więc i weźmy to logicznie: czy światowi liderzy w latach 70. traciliby czas na negocjowanie i ratyfikowanie globalnego traktatu zakazującego technologii, która nie istnieje lub jest niemożliwa do wdrożenia? Oczywiście, że nie. Zakazano tego, co realnie działało i niosło za sobą potężne zagrożenie. Dziś, niemal pół wieku później, nikt już nie ukrywa programów modyfikacji pogody. Chiny zarządzają gigantyczną flotą dronów i samolotów sterujących opadami nad swoimi polami uprawnymi. Sam Iran pod koniec 2025 roku zintensyfikował własne operacje zasiewania chmur. Globalne instytucje i think tanki otwarcie debatują nad geoinżynierią, zarządzaniem promieniowaniem słonecznym czy rozjaśnianiem chmur morskich. Oficjalnie – dla ratowania klimatu. Kulisy? Te pozostają w cieniu.
Anatomia zachodniego kłamstwa: „To nielegalne, więc tego nie robimy”
Głównym kontrargumentem zachodnich analityków odpierających zarzuty Iranu jest powoływanie się na prawo międzynarodowe. „Nie możemy manipulować pogodą nad Bliskim Wschodem, ponieważ zakazuje tego konwencja ENMOD” – słyszymy, ale to jest szczyt hipokryzji.
Historia nowożytna to kronika potęg łamiących własne zobowiązania, gdy tylko wymaga tego interes narodowy. Przykłady? Proszę bardzo:
- Amerykańskie programy celowych zabójstw za pomocą dronów w państwach trzecich, omijające szerokim łukiem procedury prawne.
- Użycie toksycznego Agent Orange w Wietnamie, niszczącego ekosystemy i ludzkie życia na pokolenia.
- Współczesne działania Izraela w Strefie Gazy, otwarcie piętnowane przez ekspertów ONZ i Amnesty International pod zarzutem ludobójstwa.
Mówienie, że wojna pogodowa nie ma miejsca, ponieważ jest nielegalna, jest więc logicznym absurdem. Nielegalność procederu nigdy nie była dowodem na jego techniczną niemożliwość.
Klątwa wyśmianych proroków
Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, bo systematycznie przechodzimy przez ten sam cykl wypierania rzeczywistości. Granica między „teorią spiskową” a „aktem oskarżenia” jest płynna i zależy wyłącznie od czasu oraz otwarcia tajnych archiwów.
Podobnie rzecz miała się z technologią wojskową. Przed 1945 rokiem wizja, że jedna bomba zmiecie z powierzchni ziemi metropolię, była domeną pisarzy w brukowcach. Projekt Manhattan zrealizowano w absolutnej i totalnej ciszy, ale gdy nad poligonami w Strefie 51 oblatywano maszyny szpiegowskie U-2 czy później bombowce z technologii stealth F-117, ekspertom mówiącym o dziwnych obiektach na niebie zamykano usta, twierdząc, że takie pułapy i prawa aerodynamiki są barierą nie do przebicia. Prawda okazała się bardziej prozaiczna, to była tajna broń militarnego giganta.
Nowy teatr wojny hybrydowej
Profesor Nayef Al-Rodhan z Genewskiego Centrum Polityki Bezpieczeństwa celnie zauważył, że technologie geoinżynieryjne mają niezaprzeczalny charakter podwójnego zastosowania. To systemy mające rzekomo chłodzić planetę, jednak w rękach bezwzględnych strategów stają się idealnym narzędziem przymusu ekonomicznego, geopolitycznego szantażu i wywoływania sztucznych kryzysów humanitarnych. Nie wiemy i prawdopodobnie szybko się nie dowiemy, czy anomalie pogodowe nad Zatoką Perską były efektem ubocznym uderzenia w niewidzialną, technologiczną infrastrukturę USA i Izraela. Klimat to układ skomplikowany, podatny na naturalne cykle, ale czasowa koincydencja tych zdarzeń oraz nagłe przełamanie wieloletniej suszy po eskalacji militarnej muszą budzić niepokój.
Nadchodzi era, w której wojna informacyjna, cyberataki i operacje w kosmosie zyskują nowego, potężnego brata. Nie musisz już zrzucać bomb na wrogie państwo, by doprowadzić je do upadku. Wystarczy pozbawić je deszczu na dekadę, niszcząc rolnictwo, wywołując bunty głodowe i destabilizując rządy od wewnątrz. W dobie wojny hybrydowej niebo nad naszymi głowami przestało być przestrzenią neutralną. Stało się kolejną, być może nawet najgroźniejszą linią frontu.
Bogdan Feręc
Photo by Carmine Savarese on Unsplash

