Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Amerykański klin. Jak Waszyngton rozmontowuje unijny układ od środka

Reklama
Reklama

President Donald Trump greets Polish President Karol Nawrocki, Wednesday, September 3, 2025, on the South Portico of the White House. (Official White House Photo By Molly Riley)

Reklama
Reklama

Zaproszenie Karola Nawrockiego do amerykańskiej Rady Pokoju nie było gestem kurtuazji ani dyplomatycznym folklorem. W polityce mocarstw takie zaproszenia są jak przypisy w długim tekście strategii: krótkie, ale zdradzające sens całości. Gdy Donald Trump – polityk-instynkt, a nie polityk-procedura, sięga po postacie z Europy Środkowej, nie robi tego z sentymentu ani z sympatii do lokalnych biografii. Robi to dlatego, że ten region stał się kluczowy w nowym, twardym projekcie geopolitycznym Stanów Zjednoczonych. Projekcie, który zakłada jednoczesne wzmocnienie amerykańskiej flanki obronnej w Europie oraz systematyczne osłabienie Unii Europejskiej jako samodzielnego podmiotu polityczno-gospodarczego.

Teza, że USA budują w Europie Środkowej nową architekturę bezpieczeństwa, nie jest kontrowersyjna. Kontrowersyjne jest raczej to, jak jawnie ten proces zaczyna dziś kolidować z interesami Berlina i Paryża. Jeszcze dekadę temu Waszyngton traktował Unię jako niedoskonałego, ale użytecznego partnera. Dziś coraz wyraźniej widzi w niej konkurenta gospodarczego, regulacyjnego i w dłuższej perspektywie strategicznego. Zaproszenie Nawrockiego do Rady Pokoju należy czytać właśnie w tym kontekście, jako element układanki, w której Trójmorze przestaje być regionalnym forum współpracy, a zaczyna pełnić funkcję politycznego klina wbitego w sam środek europejskiego projektu integracyjnego.

Europa Środkowa zawsze była strefą zgniotu. Przez wieki przesuwały się nad nią imperia, ideologie i armie. Dla Waszyngtonu to dziś atut, a nie wada, więc region od Bałtyku po Adriatyk i Morze Czarne jest wystarczająco duży, by budować realną siłę militarną i infrastrukturalną, a jednocześnie wystarczająco podzielony historycznie, by nie stworzyć jednego, spójnego centrum decyzyjnego zdolnego rzucić wyzwanie amerykańskiej hegemonii. Trójmorze w tej logice nie jest alternatywą dla Unii. Jest jej konkurencyjną matrycą, luźniejszą, zależną od USA i znacznie łatwiejszą do sterowania.

Trump wbrew pozorom rozumie Europę lepiej, niż chcieliby to przyznać jego krytycy. Rozumie ją nie jako wspólnotę wartości, lecz jako przestrzeń interesów. A interesy Niemiec i Francji od lat idą w kierunku budowy autonomii strategicznej Unii Europejskiej i jej własnej polityki obronnej, własnych mechanizmów finansowych oraz własnej suwerenności energetycznej. Dla Stanów Zjednoczonych to scenariusz niebezpieczny, ponieważ silna, zintegrowana Europa Zachodnia to nie tylko konkurencja gospodarcza, ale także potencjalny mediator między USA a np. Chinami. To podmiot, który może powiedzieć „nie”, a w globalnej polityce „nie” bywa groźniejsze niż wrogość.

Dlatego amerykańska odpowiedź jest prosta i stara jak świat – dziel i wiąż. Dziel Unię wewnętrznie, a wiąż poszczególne państwa bezpośrednio z Waszyngtonem. Europa Środkowa idealnie nadaje się do tej roli. Państwa regionu mają świeże doświadczenie zależności, silne poczucie zagrożenia ze Wschodu i głęboki sceptycyzm wobec dominacji Berlina w unijnych strukturach. USA oferują im to, czego Unia często nie potrafiła dać w sposób przekonujący, a to np. twarde gwarancje bezpieczeństwa, obecność wojskową i jasny przekaz polityczny. Cena jest wysoka, ale rozłożona w czasie i stopniowe wycofywanie się ze wspólnej, europejskiej polityki na rzecz relacji bilateralnych z Ameryką.

W tym sensie Rada Pokoju staje się narzędziem symbolicznej legitymizacji nowej elity regionu – elity, która myśli kategoriami suwerenności narodowej, a nie o integracjach ponadnarodowych. Zaproszenie Nawrockiego nie dotyczy wyłącznie jego osoby. Dotyczy sygnału wysłanego do Warszawy, Budapesztu, Bukaresztu czy Zagrzebia, że wasza przyszłość jest po naszej stronie, nie na brukselskich korytarzach. To miękka forma nacisku, ubrana w język dialogu i bezpieczeństwa, ale prowadząca do bardzo twardych konsekwencji politycznych.

Proces już widać i chodzi o inicjatywy infrastrukturalne Trójmorza, bo choć na papierze, coraz częściej mijają się z mechanizmami unijnymi, a projekty energetyczne konsultowane są w Waszyngtonie szybciej niż w Brukseli. Retoryka polityczna w regionie przesuwa się z „więcej Europy” na „więcej suwerenności”, co w praktyce oznacza więcej Ameryki. To nie jest przypadek. To efekt konsekwentnej strategii, w której USA wykorzystują naturalne napięcia wewnątrz Unii Europejskiej, by osłabić jej zdolność do wspólnego działania.

Największym przegranym tego procesu mogą okazać się Niemcy i Francja. Nie dlatego, że stracą wpływy z dnia na dzień, lecz dlatego, że fundament ich europejskiej pozycji, czyli jedność rynku, wspólna polityka i przewidywalność, zacznie się kruszyć. Unia pozbawiona spójnej Europy Środkowej stanie się projektem zachodnioeuropejskim, a więc mniejszym, słabszym i bardziej podatnym na zewnętrzną presję. Dla USA to idealny układ, bo Europa pozostaje ważnym rynkiem i sojusznikiem militarnym, ale traci ambicje bycia globalnym graczem.

Czy to oznacza, że państwa Trójmorza są jedynie pionkami w tej grze? Nie. One mają własne interesy i realne powody, by szukać wsparcia w Waszyngtonie. Problem polega na tym, że krótkoterminowe bezpieczeństwo może zostać okupione długoterminową peryferyzacją. Wycofywanie się ze współpracy politycznej w ramach Unii nie osłabi tylko Berlina i Paryża. Osłabi także zdolność regionu do współdecydowania o przyszłości kontynentu, natomiast amerykańska flanka obronna nie zastąpi europejskiego stołu negocjacyjnego.

Zaproszenie Nawrockiego do Rady Pokoju jest więc znakiem czasu. Czasu, w którym Stany Zjednoczone przestają udawać, że zależy im na silnej, zjednoczonej Europie. Zamiast tego proponują Europę funkcjonalną, podzieloną na strefy wpływu, lojalną militarnie i niesamodzielną politycznie. To strategia skuteczna, ale krótkowzroczna. Historia Europy Środkowej już kiedyś pokazała, że bycie czyjąś flanką zawsze kończy się tym samym pytaniem – czyje interesy naprawdę są tu bronione?

Jeśli Unia Europejska nie zrozumie skali tego procesu, obudzi się w rzeczywistości, w której jej instytucje będą istnieć, ale decyzje zapadać będą gdzie indziej. A jeśli państwa regionu Trójmorza nie zrozumieją ceny, jaką przyjdzie im zapłacić za amerykańskie gwarancje, mogą odkryć, że wymieniły jedną zależność na inną – tylko lepiej opakowaną. W polityce międzynarodowej opakowanie zmienia się często, a mechanizm rzadko.

Właściwie stanąłem na rozdrożu, bo z jednej strony Unia Europejska zdąża w złym kierunku i bardziej niż życzliwie patrzę w stronę projektu Trójmorza, ale ta Ameryka… Czyli można powiedzieć, że „zamienił stryjek siekierkę na kijek”?

Bogdan Feręc

Fot. Public domain The White House

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version