Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Ameryka odwraca wzrok od Europy. Czy Stany Zjednoczone właśnie kończą swoją europejską epokę?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Europa przez dziesięciolecia żyła w przekonaniu, że amerykańska obecność na Starym Kontynencie jest czymś równie trwałym jak Atlantyk oddzielający oba brzegi. Była wojna, był Związek Radziecki, była żelazna kurtyna, był upadek komunizmu, rozszerzenie NATO, Unia Europejska, wojny na Bałkanach, Afganistan, Irak i wreszcie rosyjska inwazja na Ukrainę. W każdym z tych momentów Waszyngton pozostawał obecny.

Dzisiaj coraz wyraźniej pojawia się jednak pytanie, czy nie kończy się pewna epoka. Nie oznacza to jeszcze wycofania Stanów Zjednoczonych z Europy. Nie oznacza rozpadu NATO ani tego, że amerykańscy żołnierze, opuszczą jutro europejskie bazy. Wskazuje na coś subtelniejszego, ale z punktu widzenia Europy być może znacznie ważniejszego, bo na zmianę hierarchii amerykańskich interesów. Europa przestaje być dla Waszyngtonu strategicznym centrum świata i właśnie to powinno niepokoić europejskie stolice znacznie bardziej niż kolejne ostre wypowiedzi Donalda Trumpa.

Europa nie jest już pierwszym telefonem Waszyngtonu

W ostatnich dniach sierpnia 2026 roku ambasador USA przy NATO Matthew Whitaker mówił o hierarchii amerykańskich priorytetów bezpieczeństwa. Jak wynika z wywiadu dla Newsmax z 27 sierpnia, obrona amerykańskiego terytorium znajduje się na pierwszym miejscu, bezpieczeństwo zachodniej półkuli jest kolejnym zasadniczym priorytetem, następnie pojawia się Pacyfik, a dopiero później Europa. Sam podział można oczywiście poddać krytyce. Geografia nie jest przecież księgowością, w której można bez problemu ustawić kontynenty w czterech rubrykach. Wielka Brytania, Irlandia, Portugalia czy Islandia mają związki z przestrzenią północnego Atlantyku i zachodniej półkuli, natomiast Stany Zjednoczone są jednocześnie państwem atlantyckim, jak i pacyficznym.

Ale nie o geografię tutaj chodzi, bo bardziej o mentalną mapę świata w Waszyngtonie, a ta zmienia się na naszych oczach. Jeszcze kilkanaście lat temu można było przyjąć, że głównym strategicznym problemem USA jest utrzymanie przewagi w świecie zachodnim, a Europa jest jednym z jego filarów. Dzisiaj coraz więcej wskazuje na to, że amerykańska polityka przesuwa się w kierunku podejścia bardziej selektywnego, czyli chronimy to, co bezpośrednio służy Stanom Zjednoczonym, ograniczamy koszty tam, gdzie odpowiedzialność mogą przejąć inni.

W takim przypadku nie jest to romantyczna polityka sojuszy, a zwykłego interesu.

Trump nie wymyślił tego zwrotu

Łatwo całą zmianę przypisać Donaldowi Trumpowi, byłoby to jednak zbyt proste. Trump tylko przyspieszył cały proces, który rozpoczął się znacznie wcześniej. Już administracja Baracka Obamy mówiła o „pivot to Asia”, czyli strategicznym zwrocie Stanów Zjednoczonych w kierunku Azji i Pacyfiku. Donald Trump w pierwszej kadencji zaczął mocniej domagać się od Europejczyków zwiększenia wydatków obronnych. Joe Biden powrócił do języka bardziej tradycyjnego, sojuszniczego, ale jednocześnie jego administracja kontynuowała koncentrowanie się na Chinach.

Wojna na Ukrainie częściowo zmieniła tę dynamikę, ponieważ Europa ponownie stała się bezpośrednim problemem bezpieczeństwa USA. Nie należy jednak mylić zaangażowania z priorytetem strategicznym. Ameryka może pomagać Ukrainie, wzmacniać NATO i rozmieszczać wojska w Europie, jednocześnie uznając, że najważniejszym długoterminowym wyzwaniem jest Azja. To właśnie Chiny są przeciwnikiem, który posiada potencjał do podważenia amerykańskiej przewagi gospodarczej, technologicznej i wojskowej na skalę globalną.

Jeżeli natomiast spojrzeć szerzej na globalne myślenie USA, to Europa się nie liczy, Rosję należy kategoryzować jako groźną, ale to Chiny są wyzwaniem systemowym, a to już zasadnicza różnica.

Pacyfik jest miejscem, w którym rozstrzygnie się przyszłość Ameryki

Waszyngton patrzy dzisiaj przede wszystkim na Indo-Pacyfik. Powód jest prosty, bo tam znajduje się państwo, które może w przyszłości realnie zagrozić amerykańskiej światowej pozycji. Chiny posiadają ogromną gospodarkę, przemysł, technologie, broń rakietową, marynarkę wojenną i rosnące możliwości projekcji siły. Do tego dochodzi kwestia Tajwanu, a dla Waszyngtonu konflikt wokół tej wyspy nie byłby odległą wojną gdzieś na końcu świata. Mógłby oznaczać kryzys bezpośrednio dotykający amerykańskich interesów, światowej gospodarki, łańcuchów dostaw oraz amerykańskiej obecności wojskowej na Pacyfiku.

Do tego dochodzi Korea Północna, Japonia, Korea Południowa, Australia, Filipiny oraz rosyjski Daleki Wschód. Pacyfik jest więc nie tylko oceanem, on jest frontem przyszłości. Europa natomiast pozostaje frontem, który Waszyngton chciałby coraz bardziej przekazać samym Europejczykom i tutaj zaczyna się prawdziwy problem.

Ameryka patrzy również na północ

Jest jeszcze jeden element tej układanki, którego Europa często nie dostrzega. To północ, więc Arktyka staje się przestrzenią strategicznej rywalizacji. Rosja rozwija swoją obecność na Dalekiej Północy, Chiny próbują uzyskać dostęp do arktycznych szlaków i zasobów, ale rośnie też znaczenie przejść morskich oraz surowców znajdujących się w regionach polarnych. W tym kontekście Grenlandia przestaje być egzotyczną wyspą na mapie i staje się aktywem strategicznym.

Dla Stanów Zjednoczonych Arktyka łączy kwestie obrony kontynentalnej, kontroli szlaków morskich, surowców, bezpieczeństwa Ameryki Północnej i rywalizacji z Rosją oraz Chinami. To kolejny powód, dla którego Waszyngton coraz częściej patrzy na wschód nie przez Atlantyk, lecz spogląda na północ i zachód. Kanada, Grenlandia, Arktyka, Alaska, Pacyfik, zachodnia półkula, to właśnie ta geograficzna układanka mówi wiele o przyszłej strategii USA. Europa znajduje się po drugiej stronie Atlantyku i dlatego jej znaczenie może relatywnie maleć.

Doktryna – „najpierw Ameryka” ma swoją logikę

Można krytykować Trumpa za styl, język i sposób prowadzenia polityki. Można uważać jego podejście do NATO za brutalne, transakcyjne albo krótkowzroczne, ale trzeba uczciwie przyznać jedno, że jego argument dotyczący kosztów europejskiego bezpieczeństwa nie pojawił się znikąd. Stany Zjednoczone przez dziesięciolecia utrzymywały ogromny potencjał wojskowy w Europie. Europejczycy natomiast przez długi czas korzystali z amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, jednocześnie przeznaczając relatywnie niewielką część swoich budżetów na obronność.

Owszem, nie wszyscy, nie zawsze i nie można sprowadzać europejskiej polityki obronnej do stereotypu „Europa nic nie płaciła”, jednak wyraźna różnica potencjałów była realna. Trump wyciągnął tylko z tego bardzo prosty wniosek: jeżeli Europa jest bogatym kontynentem, powinna sama płacić za znaczną część własnej obrony. Dla europejskich elit zabrzmiało to nieprzyjemnie, jednak dla amerykańskiego podatnika całkiem logicznie.

Koniec darmowego parasola

Najważniejsze zdanie Whitakera nie dotyczy nawet czwartego miejsca Europy na liście amerykańskich priorytetów. Najważniejsze jest to, że Europejczycy mają przejąć konwencjonalną obronę własnego kontynentu. To z kolei oznacza fundamentalną zmianę. Przez 77 lat, a licząc od utworzenia NATO, Europa budowała bezpieczeństwo w oparciu o założenie, że w sytuacji skrajnej przyjdą Amerykanie. Teraz Waszyngton mówi – najpierw wy idźcie sami.

Nie oznacza to końca NATO, choć duża część europejskich polityków używa publicznie takich słów, jednak może oznaczać koniec NATO rozumianego w sposób, do którego przyzwyczaiła się Europa. Czyli NATO jako organizacji, w której Stany Zjednoczone są automatycznym gwarantem bezpieczeństwa kontynentu, podczas gdy europejscy sojusznicy pozostają przede wszystkim beneficjentami amerykańskiej potęgi.

To już się zmienia i Europa zaczyna zwiększać wydatki obronne, rozwijać przemysł zbrojeniowy i mówić o strategicznej autonomii, ale i tu należy wyjaśnić, bo i ta narracja wysuwana jest na plan pierwszy, iż nie chodzi o Ukrainę i domniemany atak ze strony Federacji Rosyjskiej. Trump powiedział, że nie będzie chronił Europy, więc ta musi mieć się czym bronić. Proste.

Co więcej, zanim przejdę do następnego akapitu, pewne wyjaśnienie, bo tego nie umieją zrobić tuzy europejskiej polityki. Dlatego w Unii Europejskiej kładzie się nacisk na utworzenie swojej armii, aby kontynent bez potężnego wsparcia USA, miał zdolności obronne. Do tego musi mieć czas, aż Stany przyjdą jej z pomocą, kiedy Europa zostanie potencjalnie zaatakowana i uruchomiony zostanie natowski artykuł piąty. Tego akurat politycy w UE nie mówią, przynajmniej nie otwarcie, bo albo się czegoś boją, albo po prostu nie umieją tego wytłumaczyć. Ja skłaniam się do tej drugiej wersji, bo przecież od dawna mówię, że z rozumem dawno się rozminęli.

Wracamy na właściwe tory, więc Francja, choć bardziej w zaciszu Pałacu Elizejskiego, od dawna używała tego języka i mówiła, że musi mieć silną armię, ale taką samą budować powinna Europa. Niemcy także zaczynają rozumieć, że potęga gospodarcza bez odpowiednich zdolności wojskowych nie daje pełnej niezależności. Wielka Brytania, mimo szczególnej więzi z USA, również musi kalkulować własne możliwości. Polska natomiast od lat znajduje się w zupełnie innym położeniu, ponieważ dla Warszawy amerykańska obecność wojskowa jest jednym z najważniejszych filarów bezpieczeństwa. I tutaj pojawia się paradoks.

Polska może zostać między dwiema epokami

Europa Środkowo-Wschodnia ma poważny problem, bo jeżeli Stany Zjednoczone rzeczywiście będą stopniowo ograniczać swoją rolę w Europie, państwa położone na wschodniej flance NATO znajdą się w znacznie trudniejszym położeniu niż kraje zachodnie. Dla Portugalii czy Hiszpanii Rosja jest problemem geopolitycznym, ale dla Polski – staje się geograficznym. Dlatego Warszawa nie może sobie pozwolić na luksus strategicznej iluzji.

Ergo, Europa musi się dozbroić, a jednocześnie nie powinna popełniać drugiego błędu i uznać, że europejska autonomia oznacza zerwanie więzi z Ameryką. Wręcz przeciwnie. Najbardziej rozsądny scenariusz to Europa silniejsza militarnie, ale nadal związana ze Stanami Zjednoczonymi. Problem polega natomiast na tym, że nie wiadomo, czy Europa potrafi taką konstrukcję stworzyć.

Europa ma pieniądze, ale nie ma czasu

Tutaj właśnie dochodzimy do największej słabości europejskich planów. Armii nie buduje się uchwałą Parlamentu Europejskiego i nie wystarczy powiedzieć, że na obronność przeznaczymy 3, 4 czy 5 procent PKB. Trzeba mieć fabryki, amunicję, czołgi, rakiety, samoloty, drony, systemy rozpoznania, satelity, transport, obronę przeciwrakietową, przemysł zdolny do produkcji tego wszystkiego w odpowiedniej skali i przede wszystkim – wyszkolonych ludzi.

Europa przez dziesięciolecia ograniczała potencjał militarny, zmniejszała armie i przenosiła środki do innych sektorów. Teraz próbuje odtworzyć zdolności, które buduje się przez pokolenia. To trochę tak, jakby człowiek po czterdziestu latach bez ćwiczeń zapisał się na maraton i uznał, że skoro kupił dobre buty, to problem został rozwiązany. Nie został.

Europa musi zrozumieć jedną rzecz

Największym błędem europejskiej polityki byłoby uznanie, że Ameryka nas „zdradziła”. Państwa nie mają przyjaciół w takim znaczeniu, w jakim mają ich ludzie, one mają interesy. Sojusze są trwałe tak długo, jak długo interesy stron pozostają wystarczająco zbieżne. Amerykanie nie są zobowiązani do poświęcania swojej pozycji na rzecz Europy bardziej, niż Europejczycy są zobowiązani do poświęcania własnej gospodarki na rzecz interesów USA. To stwierdzenie jest brutalne, ale jest też prawdziwe.

Europa przez lata zachowywała się tak, jakby amerykańska potęga była zasobem niewyczerpalnym. Nie jest, ponieważ Ameryka ma własne problemy: zadłużenie, konkurencję z Chinami, bezpieczeństwo granic, przemysł, energetykę, technologie, Arktykę, Indo-Pacyfik i przyszłość swojej światowej pozycji. Waszyngton zaczyna więc zadawać pytanie, które europejscy politycy długo odsuwali: dlaczego Stany Zjednoczone mają być głównym gwarantem bezpieczeństwa kontynentu, skoro ich najważniejsze problemy znajdują się gdzie indziej?

Ameryka nie opuszcza Europy. Ameryka przestaje ją traktować jak centrum świata

To najważniejsze rozróżnienie, więc twierdzenie, że Stany „opuściły Europę”, byłoby dzisiaj przedwczesne. Amerykańskie wojska nadal są w Europie. USA pozostają najpotężniejszym państwem NATO. Amerykańskie technologie, wywiad, lotnictwo, marynarka i logistyka nadal mają dla europejskiego bezpieczeństwa znaczenie ogromne, chociaż zmieniło się coś ważniejszego. Europa przestała być oczywistym centrum amerykańskiej strategii obronnej.

Waszyngton patrzy dzisiaj na własne terytorium, czyli na zachodnią półkulę, na Arktykę, na Grenlandię, na Kanadę, na Pacyfik, na Chiny, na Tajwan, na Koreę, na Japonię, na Australię, na własną granicę i własny przemysł, a dopiero później na europejskie problemy. To teraz zderzmy to z Europą, która bardziej patrzy na siebie, niż gra na taką skalę i to w ujęciu globalnym, wówczas mamy widoczną różnicę, która może rozjaśnić trochę cały obraz tej zagmatwanej sytuacji.

Oczywiście to dla Europejczyków moment historyczny, bo ta cała zmiana nie następuje dlatego, że jutro zgasną światła w amerykańskich bazach. Dlatego, że skończyła się pewność, iż zawsze będą zapalone. Przez trzy czwarte wieku Europa przyzwyczaiła się do niezwykłego luksusu, mogła więc rozwijać gospodarkę, budować państwo socjalne, ograniczać armie i jednocześnie żyć pod parasolem potęgi wojskowej największego mocarstwa świata. Ta historia jednak się kończy i nie gwarantuje już abonamentu na bezpieczeństwo.

Dzisiejszy Waszyngton coraz wyraźniej mówi Europejczykom, że czas zacząć płacić własną składkę. Nie tylko pieniędzmi, bo również odpowiedzialnością za swój kontynent. Jeżeli Europa tego nie zrozumie, może pewnego dnia obudzić się w świecie, w którym Amerykanie formalnie nadal będą jej sojusznikami, ale strategicznie będą już patrzeć gdzie indziej.

Być może właśnie to jest najważniejsza zmiana, której jeszcze nie chcemy nazwać, bo przecież nie chodzi o to, że Ameryka wypowiedziała wojnę Europie, nie chodzi nawet o to, że ją porzuciła, idzie o coś znacznie bardziej niepokojącego dla europejskich elit. Ameryka zaczęła odzwyczajać się od Europy. A kiedy wielkie mocarstwo odzwyczaja się od regionu, który przez dziesięciolecia uważało za strategicznie najważniejszy, nie dzieje się to z dnia na dzień. Najpierw zmieniają się priorytety. Potem budżety. Następnie rozmieszczenie wojsk, technologie, łańcuchy dostaw i sojusze. Wreszcie zmienia się sposób patrzenia na mapę.

Europa powinna więc patrzeć dzisiaj nie na to, czy Ameryka jeszcze jest w Europie, a bardziej, jak długo jeszcze Europa będzie dla Ameryki wystarczająco ważna, aby Stany Zjednoczone były gotowe ponosić za nią koszty, których sami Europejczycy przez lata nie chcieli wziąć na siebie?

Odpowiedź na to pytanie może zdecydować o kształcie europejskiego bezpieczeństwa na całe następne pokolenie. A historia ma w takich sprawach wyjątkowo niewdzięczny zwyczaj, że wysyła sygnały, ostrzega długo, by następnie przejść do działania, czyli w przypadku USA, odwróci się od nas plecami. I taki będzie finał.

Nawet nie chcę się domyślać, że ponad głowami Europejczyków, doszło jednocześnie do porozumienia Waszyngton-Moskwa, gdzie ustalono, że Stary Kontynent dostaje się pod rosyjską strefę wpływów, aby USA miały otwarte pole do Indo-Pacyfiku. Przecież nikt nam nie da gwarancji, że ustalenia pomiędzy Rosją a Stanami Zjednoczonymi nie poszły w kierunku wzajemnych gwarancji o nieagresji, choć nie było tam słowa o krajach, które leżą w zainteresowaniu obu potęg.

Bogdan Feręc

Photo by Fernando Strabuli on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version