Nie mogłem się oprzeć. Naprawdę nie mogłem, bo przecież może to, co wyprawia nasza tak zwana placówka dyplomatyczna, nie jest już nawet zabawne. Chociaż przyznam uczciwie, że wybuchnąłem śmiechem, kiedy zobaczyłem wpis na stronie, która z dumą posługuje się szumną nazwą Polskiej Ambasady w Dublinie.
Otóż przeczytałem:
„W rezydencji ambasadora, w gronie przedstawicieli mediów polonijnych i polskich 🎙️🎥📺📻📰 rozmawialiśmy o wartości bliskiej współpracy dla rzetelnego informowania o życiu Polonii w 🇮🇪, budowania mostów ze społeczeństwem irlandzkim, kreowania inicjatyw środowisk polonijnych i ambasady.
Polacy światu”.
Te dwa ostatnie słowa zabrzmiały, jak „Naród Wodzowi”, ale nie o to chodzi.
Ogólnie brzmi pięknie, naprawdę pięknie – można się wzruszyć. Tylko że po przeczytaniu tego komunikatu człowiekowi, który od lat obserwuje środowisko polonijne w Irlandii i ma jako takie pojęcie o tym, kto tutaj rzeczywiście zajmuje się mediami, nasuwa się dość podstawowe pytanie: gdzie oni wszyscy są? Potoczyłem wzrokiem po zdjęciu i, Bóg mi świadkiem, zacząłem się zastanawiać, skąd wzięto tylu przedstawicieli mediów polonijnych i polskich w Irlandii.
Żeby nie było, że jestem tak do końca podłym człowiekiem i nic mi się nie podoba, to za przedstawiciela mediów można bez większych wątpliwości uznać Sławka Kazka. Ale co robi tam reszta? To nie jest złośliwość. To jest zwyczajne pytanie. Jeżeli bowiem polska placówka dyplomatyczna publikuje informację o spotkaniu z „przedstawicielami mediów polonijnych i polskich”, to chyba nie jest wygórowanym oczekiwaniem, aby można było ustalić, jakie konkretnie media były reprezentowane.
Nie pytam o to dlatego, że komuś zazdroszczę filiżanki kawy w rezydencji ambasadora. Pytam dlatego, że ambasada nie jest prywatnym salonem towarzyskim. To jest przedstawicielstwo państwa polskiego, a skoro tak, obowiązują tam pewne standardy. Także standardy przejrzystości.
Dlatego chciałbym wiedzieć kilka rzeczy i niebawem zamierzam zapytać o nie oficjalnie.
– Ile osób uczestniczyło w spotkaniu?
– Jakie media polonijne i polskie w Irlandii reprezentowali uczestnicy?
– Według jakiego klucza zostali zaproszeni?
– Kto organizował spotkanie?
– Kto je finansował i z jakich środków?
To naprawdę nie są pytania z gatunku „czepiam się, bo nie mam nic lepszego do roboty”, bo jeżeli w grę wchodzą pieniądze publiczne, takie pytania są absolutnie naturalne.
I właśnie tutaj dochodzimy do rzeczy najważniejszej. Zapewne zaraz znajdzie się ktoś, kto powie: „Feręc znowu się czepia”, a ktoś inny stwierdzi, że pewnie chciałem być na spotkaniu, nie zostałem zaproszony, więc teraz wylewam żale. Może jeszcze ktoś uzna, że zazdroszczę innym tego, że mogli wejść do rezydencji ambasadora, zrobić sobie zdjęcie i przez chwilę poczuć się jak przedstawiciele wielkiego świata.
Otóż nie, a to tutaj jest najlepsza część tej historii. Dostałem zaproszenie. Tak. Dostałem. I odmówiłem uczestnictwa.
Nie dlatego, że nie interesuje mnie Polonia. Wręcz przeciwnie. Jeżeli rozmowa dotyczy Polaków mieszkających w Irlandii, ich problemów, przyszłości, relacji z irlandzkim społeczeństwem czy działalności środowisk polonijnych, zawsze jestem gotowy rozmawiać. Ale tym razem uznałem, że moja obecność w ambasadzie nie jest wskazana.
Dlaczego? Powód był prosty.
Jakiś czas temu otrzymałem wiadomość e-mail z zaproszeniem na to właśnie spotkanie. Zaproszenie wystosowała osoba, której nazwiska, przyznaję, dzisiaj już nie pamiętam. Pamiętam natomiast coś znacznie ważniejszego: nie była to osoba reprezentująca polskie przedstawicielstwo dyplomatyczne w Dublinie.
I tutaj, być może, wychodzi ze mnie staroświecki człowiek, ale trudno, może i jestem przeżytkiem, a może należę do pokolenia, które uważało, że pewne rzeczy mają znaczenie. Jeżeli spotkanie odbywa się w Ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej, a już szczególnie w rezydencji ambasadora, to uważam, że zaproszenie powinno mieć odpowiednią rangę i pochodzić od osoby umocowanej do reprezentowania placówki.
W normalnych warunkach powiedziałbym: od ambasadora, ale w obecnej sytuacji – od osoby kierującej placówką, czyli charge d’affaires.
To nie jest kwestia próżności. To kwestia rangi instytucji. Ambasada państwa, każdego państwa, nie jest zwykłym biurem, do którego można wejść z ulicy. Rezydencja ambasadora tym bardziej nie jest salą konferencyjną wynajmowaną na przypadkowe spotkania. Dyplomacja od zawsze opierała się także na symbolice, formie i szacunku dla funkcji. Można oczywiście powiedzieć, że czasy się zmieniły. Zgoda, tylko że jeżeli zmieniamy standardy, dobrze byłoby wiedzieć, na jakie.
Jeżeli ktoś zaprasza dziennikarza na spotkanie odbywające się w oficjalnej rezydencji przedstawiciela Rzeczypospolitej Polskiej, a sam nie reprezentuje tej placówki, to pytanie o to, kto właściwie organizuje i firmuje takie wydarzenie, jest jak najbardziej zasadne.
Właśnie tego pytania nie zamierzam unikać i zapytam – Kto właściwie zarządza placówką przy 5 Ailesbury Road w Dublinie?
Nie chodzi mi o atak personalny, to mogę zrobić w całkiem inny sposób, ale idzie o odpowiedzialność. Jeżeli ambasada publikuje komunikat, jeżeli spotkanie odbywa się w trzewiach rezydencji ambasadora, jeżeli zapraszani są przedstawiciele mediów, jeżeli rozmowa dotyczy współpracy z Polonią i jeżeli wydarzenie finansowane jest pośrednio lub bezpośrednio ze środków publicznych, to ktoś za to wszystko odpowiada.
Tak na marginesie, sfinansowane być musiało, bo winne grona to w ogrodach rezydencji raczej nie rosną, jak i kwiecie wonne, w wazonach prezentowane.
I dobrze byłoby wiedzieć kto, bo inaczej zaczynamy poruszać się w przestrzeni, w której wszystko jest oficjalne, ale odpowiedzialność za nic nie jest do końca określona. A to jest już problem.
Nie mam nic przeciwko spotkaniom ambasady z mediami. Uważam nawet, że polska placówka dyplomatyczna powinna rozmawiać z dziennikarzami. Powinna słuchać środowisk polonijnych. Powinna wiedzieć, czym żyją Polacy w Irlandii. Powinna znać problemy przedsiębiorców, pracowników, rodzin, młodzieży, organizacji społecznych i ludzi, którzy przez lata budowali tutaj polską obecność, ale właśnie dlatego dobór rozmówców ma znaczenie.
Jeżeli ambasada chce rozmawiać z mediami, powinna rozmawiać z mediami, nie zaś z osobami, które akurat dobrze wyglądają na fotografii. Nie z grupą ludzi dobranych według niejasnego klucza. Nie z tymi, którzy są jej wygodni lub mówią to, co akurat ambasada chce słyszeć. Tylko z możliwie szerokim przekrojem rzeczywiście działających środowisk polonijny i medialnych, takie spotkania mają sens.
Media polonijne są różne. Jedne są większe, inne mniejsze. Jedne działają od lat, inne dopiero zaczynają. Jedne mają charakter informacyjny, inne publicystyczny. Jedne funkcjonują internetowo, inne radiowo, telewizyjnie czy prasowo, ale właśnie dlatego trzeba umieć je rozróżnić. Jeżeli natomiast spotkanie ma charakter zamknięty, a potem przedstawia się je publicznie jako rozmowę z „przedstawicielami mediów polonijnych i polskich”, to naturalnie rodzi się pytanie: czy rzeczywiście była to reprezentatywna rozmowa ze środowiskiem medialnym, czy raczej spotkanie wybranej grupy osób? Ergo, są to dwie zupełnie różne rzeczy.
I jeszcze jedno. To zdjęcie. Patrzę na nie i nie potrafię pozbyć się wrażenia, że uczestnicy otrzymali instrukcję: „Proszę się uśmiechnąć, teraz robimy zdjęcie”. To oczywiście żart. Jednak fotografia przedstawiająca grupę ludzi ustawionych w oficjalnej przestrzeni, z uśmiechami przypominającymi momentami miny osób, które właśnie dowiedziały się, że fotograf ma jeszcze pięć ujęć do zrobienia, niespecjalnie pomaga w budowaniu obrazu wielkiego dialogu.
Ale zdjęcie jest tylko dodatkiem i sedno jest gdzie indziej. Jeżeli państwowa instytucja, najwyższe przedstawicielstwo naszej ojczyzny mówi o „rzetelnym informowaniu o życiu Polonii”, to sama powinna działać według zasad, które z tą rzetelnością mają coś wspólnego. Rzetelność działa w obie strony.
Media powinny być rzetelne wobec ambasady, ta zaś wobec nich. I przede wszystkim obie strony powinny być rzetelne wobec Polaków, których interesy i wizerunek, przynajmniej według deklaracji, mają reprezentować.
Dlatego nie zamierzam robić z tego historii o tym, kto siedział przy stole, kto stał pod ścianą, a kto znalazł się na fotografii. Interesują mnie fakty. Liczba uczestników. Lista reprezentowanych redakcji i działaczy. Sposób wyboru zaproszonych. Organizator. Źródło finansowania. Odpowiedzialność za organizację. To wszystko można przecież bardzo łatwo wyjaśnić i wystarczy odpowiedzieć na pytania.
Jeśli wszystko odbyło się prawidłowo – świetnie. Sprawa jest zamknięta. Jeżeli natomiast pojawią się wymijające odpowiedzi, niepełne albo próba przekonania opinii publicznej, że pytania są niestosowne, wtedy dopiero zacznie się robić naprawdę interesująco.
Bo pytania o publiczne pieniądze nie są niestosowne, pytania o standardy funkcjonowania placówki dyplomatycznej też nie są niestosowne. Pytania o przejrzystość nie są niestosowne.
A dziennikarz, który ich nie zadaje tylko dlatego, że wydarzenie odbyło się w eleganckich wnętrzach, przy przedstawicielach państwa i pod oficjalnym szyldem, przestaje być dziennikarzem, a zaczyna być elementem dekoracji.
I właśnie dlatego odmówiłem. Nie chciałem być dekoracją. Nie chciałem również przychodzić tylko po to, żeby zrobić zdjęcie w rezydencji ambasadora i później udawać, że uczestniczyłem w czymś przełomowym dla polskiej społeczności w Irlandii. Jeżeli mamy rzeczywiście budować mosty między Polonią a Irlandią, zacznijmy od czegoś znacznie prostszego. Od normalnej rozmowy, od otwartości, od szacunku, od traktowania dziennikarzy jak partnerów, a nie jak publiczności do wypełnienia kadru.
I przede wszystkim od elementarnej zasady: instytucja publiczna musi być gotowa odpowiedzieć na pytania dotyczące własnego działania. Nawet wtedy, kiedy pytania są niewygodne, a może zwłaszcza wtedy, bo ambasada Rzeczypospolitej Polskiej to nie jest prywatny folwark żadnej ekipy, środowiska czy grupy znajomych. To jest fragment państwa polskiego postawiony na irlandzkiej ziemi i właśnie dlatego mam prawo oczekiwać od niego więcej. Znacznie więcej.
A jeżeli przy okazji ktoś poczuje się urażony moimi pytaniami? Trudno. Dziennikarz nie jest od tego, żeby wszystkim było miło. Od tego są spotkania w rezydencji.
Dziennikarz jest od tego, żeby po takim spotkaniu zapytać: co właściwie się wydarzyło, kto tam był, dlaczego został zaproszony i kto za to zapłacił?
Reszta to już tylko fotografia.
Właściwie tekst miał zostać opublikowany wczoraj, już wszystko było przygotowane, ale całość zaczęła się zmieniać o poranku. Zadzwonił telefon, a w słuchawce usłyszałem znajomy, radiowy głos. To był dziennikarz mieszkający w Irlandii, który zobaczył mój komentarz pod postem ambasady i stwierdził, że i jego niezwykle rozbawił, choć może bardziej wzburzył. Wtedy padło pierwszy raz to pytanie, kto jest na tym zdjęciu, bo ludzi mediów tam nie zauważył. Zamieniliśmy kilka zdań, zadumaliśmy nad naszą placówką dyplomatyczną i pożegnaliśmy. Nie był to jednak ostatni z telefonów, bo tych przez cały dzień było kilka, a wszystkie, tu może organizatorów i samą ambasadę zaskoczę – od dziennikarek i dziennikarzy. Zdarzył się nawet jeden bezpośrednio z Polski, bo i tam dostrzeżono ów wpis, więc koleżanka z mediów głównego nurtu zapytała, dlaczego mnie tam nie było? Odpowiedziałem, jaka była przyczyna, a wówczas usłyszałem, że na Ailesbury Road zrobiło się jeszcze „ciekawej”, niż było w czasach, kiedy mieszkała na Zielonej Wyspie. I właściwie nie wiem, czy cała sytuacja bardziej mnie rozbawiła, czy późniejsze telefony od koleżanek i kolegów dziennikarzy zasmuciły, a nawet pokazały, że stan naszej dyplomacji jest na zatrważającym poziomie.
Tak na koniec. Samochodzik już się sprzedał? Bo może oferta jest jeszcze aktualna, kasy brakuje i dlatego były tylko winogrona. Jako człowiek pomocny informuję, że auto z fabryki Bayerische Motoren Werke jest do nabycia drogą kupna od naszej ambasady. Jakby ktoś miał życzenie wozić się dygnitarską furą, to zawsze może sprawdzić na Facebooku ambasady.
Bogdan Feręc
Fot. CC Siliesiac
Poniżej pismo, które skierowałem do Ambasady RP w Dublinie:

