Zwolennicy postępu i tolerancji tropią trumpistów energiczniej niż czerezwyczajka / Rafał Brzeski, „Kurier WNET” 81/2021

Trwa czystka personalna. Nawet lubiane programy radiowe i telewizyjne są zdejmowane z anteny, jeśli ich twórcy i prowadzący nie poddają się ideologicznej presji i nie chcą odciąć się od Trumpa.

Rafał Brzeski

US-bolszewicy

Senat Stanów Zjednoczonych odrzucił wprawdzie kuriozalny wniosek demokratycznych kongresmenów o usunięcie Donalda Trumpa z prezydenckiego urzędu, chociaż oskarżony był już osobą prywatną, ale wrogość postępowej lewicy i pragnienie zemsty nie wygasa.

Były prezydent może optymistycznie uważać, że „polowanie na czarownice się zakończyło”, ale radykalna frakcja Partii Demokratycznej nadal zarzuca Trumpowi i jego zwolennikom organizowanie zbrojnej insurekcji oraz inspirowanie i udział w terrorystycznym szturmie na siedzibę Kongresu, który doprowadził do ofiar śmiertelnych.

Ziejąca nienawiścią, przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, która swego czasu rwała na kawałki za plecami Trumpa tekst jego przemówienia wygłaszanego w Kongresie, powołuje teraz specjalną komisję dla ustalenia, czy były prezydent jest, czy nie jest odpowiedzialny za „terrorystyczny atak na kompleks budynków Kapitolu”. Znacznie dalej poszedł ciemnoskóry demokratyczny kongresmen Bennie G. Thompson, który złożył w waszyngtońskim sądzie pozew zarzucający Trumpowi zawiązanie spisku ze skrajnie prawicowymi organizacjami Oath Keepers i Proud Boys, celem przerwania przemocą procesu przekazania władzy nowemu prezydentowi.

Pozew taki można byłoby uznać za przejaw swoistego folkloru politycznego, gdyby nie fakt, że kongresmen Thompson jest przewodniczącym komisji bezpieczeństwa wewnętrznego Izby Reprezentantów. Nadzorowani przez niego zagorzali zwolennicy postępu i tolerancji tropią „trumpistów” energiczniej niż bolszewicka „czerezwyczajka” Feliksa Dzierżyńskiego ścigała wrogów proletariackiej rewolucji.

Tydzień po zaprzysiężeniu Joego Bidena Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) wydał ocenę sytuacji w kraju, w której podkreśla niebezpieczeństwo „mobilizacji do podżegania do aktów przemocy lub popełniania takich aktów” ze strony „motywowanych ideologicznie brutalnych ekstremistów, przeciwnych władzy aktualnej administracji i zmianie prezydenta”.

Urzędnicy DHS ostrzegają, że ludzie, zmamieni fałszywymi narracjami, „mogą nadal mobilizować do podżegania lub popełniania aktów przemocy”, a zatem obywatelska czujność jest konieczna.

Ogłoszone pogotowie obowiązuje do końca kwietnia i zawiera długą listę aktów terroru, jakich mogą (choć nie muszą) dopuścić się Skłonni do Przemocy Wewnętrzni Ekstremiści (Domestic Violent Extremists), ośmieleni atakiem na Kapitol i podjudzeni tweetami Donalda Trumpa. Na szczęście dla Stanów Zjednoczonych zarząd Twittera zamknął dożywotnio konto byłego prezydenta i nie będzie mógł on już dłużej podburzać milionów swoich zwolenników i prać mózgów 88 milionom śledzących jego wpisy. Inaczej mogłoby dojść do tragedii, twierdzi DHS, ponieważ w 2020 roku jak z worka sypały się groźby ataków przeciwko „krytycznej infrastrukturze państwa, w tym sektorom energetyki, telekomunikacji i służby zdrowia”, ze strony osobników „powołujących się na dezinformacje i teorie spiskowe”. Dlatego należy być czujnym i niezwłocznie zawiadamiać lokalne placówki FBI o każdej „podejrzanej działalności” zarówno w sieci, jak w życiu codziennym.

Równolegle z tropieniem zakamuflowanych „trumpistów” i propagowaniem donosicielstwa trwa czystka personalna. Przede wszystkim w mediach, gdzie nawet lubiane programy radiowe i telewizyjne są zdejmowane z anteny, jeśli ich twórcy i prowadzący nie poddają się ideologicznej presji i nie chcą odciąć się od Donalda Trumpa. W redakcjach pozostają zaciężni oportuniści oraz żurnaliści z awangardy postępu. Pełni płomiennych sloganów, jak bolszewiccy agitatorzy gotowi są reedukować „trumpistów” i wyrwać z nich „trumpizm” z korzeniami.

Eugene Robinson, opiniotwórczy komentator dziennika „Washington Post”, otwarcie stwierdził, że miliony Amerykanów „są zwolennikami trumpistycznego kultu i muszą zostać przeprogramowani”.

Jeszcze dalej poszła Alexandria Ocasio-Cortez, zasiadająca w Kongresie z ramienia Partii Demokratycznej. Radykalna aktywistka ugrupowania Demokratyczni Socjaliści Ameryki oświadczyła, że rząd federalny musi teraz „podwoić, potroić lub zwiększyć czterokrotnie ilość funduszy na programy naprawcze”, czyli „deradykalizację” ludzi, którzy głosowali na Donalda Trumpa i podważali uczciwość elekcji Joego Bidena. Fakt, że jest ich około 74 milionów, nie gra większej roli. Potrzebna jest tylko federalna strategia „przeprogramowania” ich przez liberalne elity demokratyczne.

Amerykańscy neobolszewicy nie wysunęli jeszcze projektu tworzenia obozów reedukacyjnych, ale wpływowy publicysta dziennika „New York Times”, Nicholas Kristof, zaapelował już do reklamodawców, aby bojkotowali sympatyzującą z Trumpem konserwatywną telewizję kablową i jej portal Newsmax. Bardziej radykalni komentatorzy telewizji CNN domagali się z ekranu cenzurowania, a jeszcze lepiej zamknięcia Newsmaxa, bo ich zdaniem zasłużył na usunięcie z sieci internetu oraz platform kablowych i satelitarnych, ponieważ w swoich programach powątpiewa w rzetelność wyborów prezydenckich. Takie argumenty wygłaszano przed kamerami, ale poza nimi kryje się inna przesłanka – notowania oglądalności CNN spadają, a Newsmax w ciągu kilku tygodni awansował na 4 miejsce w kablowych telewizjach informacyjnych. W rekordowym dniu przeszły do niego z innych kanałów ponad 4 miliony odbiorców i w połowie lutego Newsmax docierał już do ponad 70 milionów gospodarstw domowych w USA.

Wołanie o cenzurę, zwłaszcza mediów społecznościowych, nie ogranicza się do konkurujących ze sobą kanałów telewizyjnych. Zwolennicy postępu w swoisty bowiem sposób rozumieją wolność słowa, która dla nich oznacza wolność dla lewicy, a cenzurę dla prawicy. Common Cause, uważająca się za umiarkowanie liberalną organizację politycznego centrum, wystąpiła do komisji mędrców z całego świata nadzorujących decyzje administracji Facebooka, aby nie przywracano konta Donalda Trumpa. Na razie jego konto jest zamknięte bezterminowo, ale do końca marca komisja powinna zadecydować, czy decyzja ta była słuszna. Common Cause apeluje więc w sieci o podpisywanie petycji o odcięcie byłego prezydenta raz na zawsze, bowiem „mając szeroki dostęp do użytkowników mediów społecznościowych”, rozpowszechniał bezpodstawne kłamstwa o wyborach i „nie można dopuszczać go do Facebooka”.

Jak się wydaje, polityka nacisków na dziennikarzy i redakcje przynosi wyniki, gdyż wedle szanowanej za wiarygodność sondażowni Rasmussen, 55 procent potencjalnych wyborców uważa, że media stały się teraz mniej agresywne i traktują Joego Bidena oraz jego administrację ze znacznie większą sympatią niż kiedyś traktowały Donalda Trumpa i jego ekipę.

Niedobitki myślących inaczej niż radykalnie postępowa elita eliminowane są nie tylko z mediów, ale również z życia akademickiego, aby nie zatruwały prawdą mózgów młodzieży i nie wytykały jako aberracji pomysłów w rodzaju obsadzenia czarnoskórą aktorką roli Anny Boleyn, drugiej żony króla Anglii Henryka VIII. Troska o politycznie poprawną czystość programów szkolnych motywowała też demokratycznych kongresmenów, którzy usunęli z komisji edukacji Izby Reprezentantów republikańską koleżankę Marjorie Taylor Greene pod zarzutem dawania wiary i rozpowszechniania teorii spiskowych tworzonych w środowisku QAanon, anonimowej, ale wpływowej grupy głoszącej, że Donald Trump patronuje tajnej wojnie pomiędzy sprzysiężeniem patriotycznych wojskowych a ogólnoświatową grupą przestępczą przekrętników i dewiantów seksualnych korumpującą i podporządkowującą sobie urzędników państwowych w USA oraz innych państwach świata.

W opinii wielu komentatorów zajadłość, z jaką postępowi demokraci pod wodzą rozhisteryzowanej Nancy Pelosi chcą wdeptać Donalda Trumpa w błoto i zohydzić go szeregowym obywatelom, zwłaszcza na prowincji, rodzi się ze strachu przed jego powrotem do aktywnego życia politycznego. Strach ten nie jest pozbawiony podstaw. Zaraz po odrzuceniu przez Senat wniosku o impeachment, 45 prezydent Stanów Zjednoczonych wydał płomienne oświadczenie, w którym wezwał swoich sympatyków do zwarcia szeregów i działania na rzecz uczynienia Ameryki wielką. Zdaniem Trumpa „historyczny, patriotyczny i piękny ruch” pod hasłem MAGA dopiero rozpoczyna się na dobre. „Nie ma takiej rzeczy, której wspólnie nie damy rady zrobić” – zapewnił, kreśląc perspektywę wielkości Ameryki i pomyślności jej mieszkańców.

Natomiast dla opozycji Donald Trump miał tylko jedno zdanie:

„To smutne, że w naszych czasach jest w Ameryce taka partia, która pozwala sobie na poniżanie rządów prawa, oczernianie sił porządku, wychwalanie tłuszczy, wybielanie awanturników, przekształcanie wymiaru sprawiedliwości w narzędzie politycznej zemsty oraz na prześladowanie, wpisywanie na czarne listy, wykluczanie oraz tłumienie ludzi i poglądów, z którymi się nie zgadza”.

Oświadczenie byłego prezydenta wyraźnie zelektryzowało konserwatywną część społeczeństwa, a w mediach pojawiły się liczne wypowiedzi polityków, które można podsumować cytatem z wywiadu republikańskiego senatora Lindseya Grahama: „potrzebujemy ruchu Trump-plus”. W Partii Republikańskiej ruch ten kiełkuje oddolnym potępianiem senatorów, którzy razem z demokratami głosowali za impeachmentem Trumpa. Po takim oficjalnym potępieniu przez członków i lokalnych działaczy partii szanse senatora na reelekcję są bliskie zeru, a więc republikański aparat partyjny desperacko wzywa do jedności, usuwania podziałów i zasypywania rowów, bojąc się, że Donald Trump zmobilizuje swoich sympatyków i zacznie drenować „bagno”, czyli eliminować zawodowych polityków, lobbystów i prawników krążących po Waszyngtonie od dziesięcioleci i powiązanych ze sobą na wszelkie sposoby sekretne i jawne. Lider republikanów w Senacie, Mitch McConnell, to dla Trumpa „aparatczyk” i „ponury smutas”. Tym republikanom, co zamiast prawdy wybrali bolszewicką narrację o wyniku prezydenckich wyborów, zapowiedział, że „własnych wyborów ponownie nie wygrają”. Zaniepokojeni taką retoryką senatorowie nie kryją, że „trzeba dotrzeć” do zwolenników byłego prezydenta, bo to zgroza, żeby jeden człowiek „definiował naszą przyszłość”, zwłaszcza że wybory do 1/3 Senatu odbędą się w listopadzie 2022 roku i nieprzewidywalny Trump może zacząć realizować obietnicę wprowadzenia nowych ludzi na szczyty amerykańskiej polityki.

Wizja powrotu Trumpa na czele własnej ekipy konserwatystów prześladuje demokratów, którzy mają wprawdzie pełnię władzy, ale o ich nastrojach oraz mandacie ich społecznego poparcia świadczy najlepiej otaczające Kapitol ponad dwumetrowe ogrodzenie zwieńczone koncentriną ze specjalnego drutu kolczastego o ostrzach jak żyletki.

Postawione „tymczasowo”, zaraz po osławionym „szturmie”, stoi nadal i Policja Kapitolu wystąpiła, aby utrzymać je co najmniej do końca września z uwagi na niesprecyzowane „groźby pod adresem kongresmenów”. Kapitolu strzegą też nadal oddziały Gwardii Narodowej ściągnięte alarmowo na początku stycznia i wciąż nie wycofane.

Tymczasem na prowincji… Amerykanie zbroją się w rekordowym tempie. W styczniu sprzedano ponad 2 miliony sztuk broni. Najwięcej w stanach Michigan i New Jersey. Dziennik „Washington Post” wyliczył, że w styczniu sprzedaż broni i amunicji wzrosła o 80 procent w stosunku do stycznia ubiegłego roku, a był to rok wyjątkowy, w którym sprzedano przeszło 23 miliony sztuk broni długiej i krótkiej. Kupujący broń po raz pierwszy w życiu tłumaczą, że nie mają ochoty mieszkać w proklamowanych przez skrajną lewicę i zarządzanych kolektywnie anarcho-socjalistycznych komunach CHAZ (Autonomiczna Strefa Wzgórze Kapitolu) i przestali wierzyć w ochronę władz, widząc wandalizm i rabunki dziczy Antify na spółkę z Black Lives Matter, rozpasanej decyzjami postępowych burmistrzów oraz samorządów ograniczających finansowanie „rasistowskiej” ponoć policji.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „US-bolszewicy” znajduje się na s. 6 marcowego „Kuriera WNET” nr 81/2021.

Polska-IE: Udostępnij
EnglishIrishPolishRussian
EnglishIrishPolishRussian