„Byliśmy zdani sami na siebie” – mówią podróżni, którzy podczas powrotu z Wietnamu utknęli w Dubaju. Największe oburzenie wywołał brak realnej pomocy ze strony polskich służb dyplomatycznych.
Podczas powrotu z wycieczki do Wietnamu Polacy utknęli w Dubaju. Przeżyli kilka dni chaosu i strachu. Okazuje się też, że nie mieli żadnego wsparcia ze strony polskich służb dyplomatycznych. O ich sytuacji na antenie Radia Wnet mówił redaktor naczelny portalu Odpowiedzialny Poznań Bartosz Garczyński. Jak podkreślał, „to była wycieczka z Wietnamu, tak naprawdę. Oni mieli międzylądowanie w Dubaju”, a gdy wylądowali, „okazało się, że ze względów bezpieczeństwa ewakuowano wieżę kontroli lotów i obsługę lotniska”.
Alarm na lotnisku i chwile grozy
Garczyński zaznaczał, że dla pasażerów była to „naprawdę chwila grozy”. Jak mówił, „wyobraźcie sobie państwo, że ląduje pani na lotnisku, a tu jest ewakuacja ze względu na możliwy atak rakietowy”.
Relacje samych podróżnych pokazują, jak napięta była sytuacja. Jedna z pasażerek wspominała:
„Na lotnisku wszystkim się załączały alarmy, bo treść tych alarmów [była taka], że ataki rakietowe. Ustawiono nas pod ścianami, daleko od okien”. Jak dodała, „my nic nie słyszeliśmy”, ale same komunikaty wystarczyły, by wywołać niepokój.
„Masakra. Nic, nic, nic”
Największa złość pasażerów nie dotyczyła jednak wyłącznie alarmów i kolejnych opóźnień, lecz braku realnej pomocy ze strony polskich służb. Garczyński mówił wprost, że „podróżni nie zostawiają suchej nitki na służbach konsularnych”.
Jeden z podróżnych relacjonował to bardzo dosadnie:
„Wszędzie. Ludzie dzwonili – po co? Żeby usłyszeć, że mają odejść od okien. I to wszystko?”.
Pytany, czy to był cały komunikat, odpowiadał krótko: „Tak”. Opisywał też koszty i bezskuteczność prób kontaktu:
„Muszę zarejestrować kartę, zapłacić 500 zł za połączenie, żeby dowiedzieć się, żeby odejść od okien”.
W jego relacji najmocniej wybrzmiewała bezradność wobec braku odpowiedzi ze strony polskich instytucji.
„Wszyscy próbowaliśmy. To nie, że ktoś – wszyscy. Wszyscy próbowaliśmy z konsulatem, z izbami, wszędzie. Masakra. Nic, nic, nic. Naprawdę Sikorski rezygnować pomiędzy z roboty!”
– mówił.
Podobnie sytuację opisywała inna podróżna. „Gdziekolwiek chciał uzyskać jakichkolwiek informacji – proszę czekać. Do konsulatu dzwoniła bratowa, dostała: jeszcze czekać na informacje, czytać na stronach ogólnych” – relacjonowała.
Ratunkiem była grupa na WhatsAppie
Jak podkreślał Bartosz Garczyński, pasażerowie poradzili sobie głównie dzięki własnej organizacji. „Założyli sobie grupę na WhatsAppie” – mówił, dodając, że „wszyscy podkreślają, że tak naprawdę dzięki tej grupie na WhatsAppie byli na bieżąco i wymieniali się informacjami”.
Jego zdaniem „tylko i wyłącznie solidarność pomiędzy tymi podróżnymi, pomiędzy tymi turystami, spowodowała, że oni wszyscy szczęśliwie dotarli do kraju”.
Powrót opóźniony o kilka dni
Powrót do Polski przeciągał się przez kilka dni. Jak mówił Garczyński, samolot „miał wystartować kilkukrotnie”, a pasażerowie „dowiedzieli się tak naprawdę 40 minut przed terminem stawiennictwa na lotnisku, że mają się stawić”. Ostatecznie, choć „mieli dolecieć o 6.30 dzisiaj rano, a dolecieli dopiero o 9.25”.
Załoga: pasażerowie zachowali spokój
W tej trudnej sytuacji pozytywnie oceniana była postawa załogi. Jeden z członków obsługi podkreślał:
„Pasażerowie byli bardzo wyrozumiali, oczywiście rozumieli sytuację polityczną. Nie wszystko jest zależne od nas”. Jak dodawał, „dla nich też to było bardzo stresujące”, ale „staraliśmy się jak najbardziej opanowywać sytuację”.
Pracownik obsługi przyznał również, że stres towarzyszył także załodze.
„Nam też było ciężko, bo sami musieliśmy się trochę uspokajać nawzajem”
– mówił. I dodawał:
„W takich warunkach to naprawdę nie są częste warunki, żeby latać, ale aczkolwiek udało się”.
Druga z osób z obsługi nie kryła wdzięczności wobec wszystkich uczestników tej podróży.
„Ja bardzo chciałam w ogóle podziękować załodze i właśnie kapitanowi, i pasażerom tak również”
– mówiła. Podkreślała przy tym, że „pasażerowie [byli] bardzo, bardzo wyrozumiali”.
Najmocniej wybrzmiewała jednak jej ocena współpracy między ludźmi w kryzysowej sytuacji.
„Wszyscy współpracowali, nie było żadnych problemów. Wiadomo, jest to sytuacja bardzo niecodzienna, bardzo ciężka”
– zaznaczała.
To nie była podróż na Bliski Wschód
Garczyński zwracał też uwagę, że w przestrzeni publicznej pojawiają się komentarze sugerujące, iż podróżni sami są sobie winni. Tymczasem, jak przypominał, „ci ludzie wracali z Wietnamu, więc oni nie byli na wycieczce na Bliskim Wschodzie”.
Dubaj był jedynie przystankiem w drodze do domu, a to, co ich tam spotkało, zamieniło zwykły powrót z urlopu w kilka dni niepewności, strachu i narastającej złości.
/ad
Radio Wnet
Fot. x.com/@sikorskiradek

