Na zachodnim wybrzeżu Irlandii wodorosty przestały być tylko częścią krajobrazu, a stały się symbolem. Sporem o prawo, własność i przyszłość lokalnych społeczności. Mieszkańcy Connemary zapowiadają walkę o ochronę swoich tradycyjnych praw do zbiorów przed tym, co określają jako próbę „przejęcia źródeł utrzymania przez korporacje”.
Kanadyjska firma Arramara, dawniej związana z Údarás na Gaeltachta, odnowiła wniosek o nabycie praw do zbiorów na rozległych obszarach wybrzeża, a spółka została w 2014 roku przejęta przez międzynarodowy koncern Acadian Seaplants. W przeszłości planowano przemysłowy zbiór wodorostów od północnego Mayo po północne Clare, jednak kontrowersje doprowadziły do odłożenia tych planów. Teraz Arramara wraca z poprawionym wnioskiem. Obejmuje on kilka zatok w Galway oraz obszary międzypływowe. Firma złożyła pięć wniosków o prawa do wycinki w zatokach od Ros a Mhíl do Cloch na Rón wzdłuż wybrzeża Conamary. Chodzi m.in. o zbiory gatunków Ascophyllum nodosum i Fucus vesiculosus z Cuan Chasla, Cuan Chill Chiaráin, Cuan an Fhir Mhóir, Cuan na Beirtrí Buí i Ceann Mhasa.
Problem polega na tym, że to nie są „puste” wody, a miejsca, gdzie lokalni mieszkańcy mają tradycyjne prawa do zbiorów i przekazywane są one z pokolenia na pokolenie.
Rodzina Maidhc Ó Curraoina zbiera wodorosty od ponad stu lat. Patrząc na zatokę Cuan Inbhir Mhóir, mówi wprost, że dla poprzednich pokoleń wodorosty były „pokarmem w czasach głodu”. Dziś to surowiec poszukiwany w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym oraz wartościowa pasza dla zwierząt. „To nowe złoto albo nowa ropa naftowa” – podkreśla i dodaje: „Mam prawo do własnego miejsca. Nie zamierzam tego odpuścić”.
W Ros Muc odbyło się niedawno publiczne spotkanie, na którym wyrażano obawy, że Arramara stara się o licencje w miejscach objętych tradycyjnymi prawami. Niektórzy zbieracze wskazywali, że ich prawa do folio mogły nie zostać prawidłowo zarejestrowane. Sprzeciw budzi także ustawodawstwo wymagające, by osoby z pokoleniowymi prawami występowały o licencję. Éamonn Mylotte z Carna mówił o natomiast „tytule własności do ziemi i brzegu morskiego”, a nie o licencji na wycinkę. Ostrzegał, że jeśli prawa trafią do Arramary, a firma zmieni właściciela lub strategię, społeczność może zostać z niczym.
Sprawa trafiła do parlamentu za sprawą Mairead Farrell z Sinn Féin, która zapytała premiera Micheála Martina o ochronę praw tradycyjnych zbieraczy i właścicieli praw folio. Taoiseach przyznał, że rozumie obawy i zapewnił, że rząd chce chronić prawa mieszkańców w możliwie najszerszym zakresie.
Urząd Regulacji Obszarów Morskich (MARA) podkreśla, że posiadacze praw do folio muszą uzyskać licencję, ale proces ma szanować istniejące prawa formalne i nieformalne. Obecnie trwają konsultacje publiczne w tej sprawie, a urząd zaznaczył, że nie komentuje poszczególnych wniosków.
Arramara argumentuje jednocześnie, że jej działalność generuje co najmniej 4 mln euro rocznie dla lokalnej gospodarki oraz zapewnia ponad 20 miejsc pracy w zakładzie przetwórczym w Cuan Chill Chiaráin. Firma twierdzi, że chce współpracować ze społecznością i, że zabezpieczenie dostaw surowca jest warunkiem utrzymania efektywności oraz zatrudnienia.
Co istotne, mieszkańcy nie domagają się zamknięcia Arramary i przyznają, że firma przez dekady odbierała od nich wodorosty, więc dawała utrzymanie. Jednak na Connemarze działają także inne podmioty zbierające wodorosty z linii brzegowej, a te też zapewniają pracę lokalnym mieszkańcom. Spór nie dotyczy więc samej obecności przemysłu, lecz kontroli i zasad.
Maidhc Ó Curraoina mówi: „Nie mam nic przeciwko licencji, jeśli jest potrzebna, ale jeśli już, to niech zbieracze będą traktowani uczciwie i niech prawa nie wpadną w ręce międzynarodowych korporacji”.
*
Ten konflikt nie jest jedynie sporem o morskie wodorosty, ale o tradycyjne prawa i lokalne dziedzictwo, które mogą współistnieć z globalnym kapitałem. Wodorosty, które kiedyś ratowały przed głodem, dziś stały się surowcem strategicznym, a tam, gdzie pojawia się wartość, pojawia się też walka o kontrolę. Na skalistym brzegu Atlantyku ścierają się więc dwie logiki – wspólnoty i rynku, a żadna z nich nie zamierza ustąpić bez walki.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Kadr z nagrania RTE

