Rzeczywistość rynku motoryzacyjnego potrafi mocno zweryfikować wielkie obietnice o taniej i ekologicznej eksploatacji pojazdów. Kierowcy, którzy zdecydowali się na zakup samochodów elektrycznych, stają dziś w obliczu poważnego kryzysu cenowego. W prywatnych stacjach ładowania oraz w publicznych punktach ładowania uzupełnianie energii w akumulatorach stało się wydatkiem przewyższającym tradycyjne tankowanie benzyny czy oleju napędowego.
Ten dotkliwy zwrot akcji nastąpił po drugiej w krótkim czasie, znacznej podwyżce stawek wprowadzonej przez firmę ESB, będącą największym dostawcą usług ładowania w kraju. Kolejne korekty cenników, sięgające od kilkunastu do kilkudziesięciu procent, sprawiają, że czysty dotąd bilans zysków i strat, zaczyna przechylać się na korzyść klasycznych silników spalinowych.
Najnowsze decyzje taryfowe oznaczają, że pojedyncze naładowanie przeciętnego samochodu elektrycznego kosztuje obecnie od kilkunastu euro więcej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Podwyżki rzędu od 15% do 18% nakładają się na wcześniejsze lipcowe wzrosty cen, co w kumulacji daje obraz drastycznego skoku kosztów. Osoby skazane na korzystanie z publicznej infrastruktury płacą dziś za uzupełnienie energii nawet o jedną trzecią więcej niż na początku roku. Problem ten stanie się jeszcze bardziej odczuwalny wraz ze zbliżającymi się chłodami. Niskie temperatury wydatnie obniżają wydajność ogniw, a dynamiczna jazda autostradowa, drastycznie skraca realny zasięg na jednym ładowaniu. W efekcie częstotliwość wizyt na stacjach wzrośnie, a wraz z nią roczny rachunek za podróżowanie.
Skutki nowej polityki cenowej najmocniej dotykają konkretną grupę społeczną, tworząc wyraźny podział wśród użytkowników aut elektrycznych. Najbardziej pokrzywdzeni są mieszkańcy bloków oraz budynków wielorodzinnych, dla których brak własnego podjazdu i możliwości zainstalowania domowego punktu ładowania staje się ogromną barierą finansową. Zamiast obiecanych oszczędności, kierowcy zmuszeni do korzystania wyłącznie ze stacji publicznych muszą liczyć się ze wzrostem rocznych wydatków na eksploatację pojazdu rzędu nawet półtora tysiąca euro.
Modelowy elektryczny hatchback z baterią o pojemności blisko 80 kilowatogodzin, użytkowany na dystansie piętnastu tysięcy kilometrów rocznie, generuje potężne obciążenie budżetu przy rozliczaniu w systemie natychmiastowym. Nawet wybór płatnego abonamentu u poszczególnych operatorów nie rozwiązuje problemu, redukując tę nadwyżkę jedynie nieznacznie. Tymczasem rządowe wsparcie dla tworzenia przydomowej infrastruktury ładowania przy budynkach mieszkalnych pozostaje znikome i nie przynosi oczekiwanych rezultatów.
Prowadząca największą sieć obejmującą tysiące punktów firma ESB tłumaczy swoje posunięcia nieuniknionymi zmianami na hurtowym rynku energii. W oficjalnych komunikatach kierowanych do odbiorców dostawca podkreśla, że zmiana stawek ma na celu pokrycie rosnących wydatków operacyjnych oraz umożliwienie dalszych inwestycji w rozbudowę infrastruktury szybkiego ładowania o dużej mocy. Operator przekonuje, że wyższe przychody pozwolą zagwarantować niezawodność systemu i większą dostępność urządzeń na terenie całego kraju. Częściową ulgę dla portfeli klientów, stanowić mają opłaty subskrypcyjne, jednak w ogólnym rozrachunku firma stała się najdroższym podmiotem w branży.
Na rynku wciąż istnieją co prawda alternatywy w postaci mniejszych sieci czy stacji przy marketach, które oferują niższe stawki, lecz dotyczy to głównie urządzeń wolniejszych, gdzie proces ładowania wydłuża się do kilku godzin.
Podstawą rozliczeń na stacjach pozostaje kilowatogodzina, a w zależności od wybranego standardu i mocy urządzenia, koszty drastycznie różnią się od siebie. Ostatnie podwyżki wyśrubowały stawki za płatności zbliżeniowe do poziomów, które jeszcze niedawno wydawały się nierealne. Za korzystanie z wolnych ładowarek trzeba obecnie zapłacić odczuwalnie więcej, natomiast w przypadku infrastruktury szybkiej, pozwalającej na naładowanie znacznej części baterii w zaledwie kilkanaście minut, skok cenowy od początku lata sięga niemal jednej czwartej. W praktyce oznacza to, że pokonanie dystansu kilkuset kilometrów samochodem elektrycznym, po naładowaniu go na szybkiej stacji generuje koszt porównywalny, a często nawet wyższy, niż przejechanie tej samej trasy pojazdem z tradycyjnym silnikiem benzynowym lub wysokoprężnym.
Jedyną opłacalną formą eksploatacji pozostaje ładowanie w warunkach domowych. Kierowcy posiadający własne garaże lub podjazdy i korzystający z domowych gniazd lub dedykowanych ładowarek ściennych, płacą za pełne naładowanie akumulatora wielokrotnie mniej. To właśnie ta grupa w pełni odczuwa korzyści płynące z elektromobilności, płacąc za przejechanie stu kilometrów zaledwie ułamek kwoty, jaką na stacji publicznej zostawić musi właściciel takiego samego auta. Sytuacja ta pogłębia nierówności i stawia pod znakiem zapytania powszechność ekologicznej transformacji.
Wszystkie te zawirowania cenowe dzieją się w momencie absolutnego boomu na rynku samochodów z napędem alternatywnym. Statystyki pokazują jednoznacznie, że nowo zarejestrowane pojazdy elektryczne biją rekordy popularności, stanowiąc pokaźny odsetek wszystkich kupowanych aut i wyprzedzając pod względem dynamiki sprzedaży modele spalinowe oraz hybrydowe.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by smart-me AG on Unsplash


