Irlandia lubi opowiadać o sobie jako o kraju rolników, czyli zielone pastwiska, krowy na horyzoncie i eksport żywności, który trafia na stoły całego niemal świata i od dawna buduje narodową narrację o sile irlandzkiego rolnictwa. Wystarczy jednak przyjrzeć się bliżej temu obrazowi, by dostrzec pewną nieścisłość, bo wyspa, która produkuje ogromne ilości żywności, w wielu podstawowych kategoriach jest dziś silnie uzależniona od importu.
O tym problemie coraz głośniej mówią eksperci, w tym założyciel inicjatywy Grow It Yourself i znany komentator spraw rolnych Mick Kelly, który ostrzega, że ostatnie wydarzenia geopolityczne, jak wojna w Iranie i napięcia wokół Zatoki Perskiej, obnażyły „szokująco niepewną” sytuację Irlandii w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego. Zależność kraju od międzynarodowych rynków energii jest dobrze znana i szeroko dyskutowana. Znacznie rzadziej mówi się jednak o tym, że podobny mechanizm działa w przypadku żywności. Tymczasem w irlandzkich supermarketach ogromna część produktów spożywczych pochodzi z zagranicy.
Irlandzkie rolnictwo jest bowiem zbudowane wokół bardzo wąskiej specjalizacji i dominują tu hodowcy bydła, zarówno w sektorze mięsnym, jak i mleczarskim. Ten model produkcji przez lata przynosił świetne wyniki eksportowe, ale jednocześnie sprawił, że inne gałęzie rolnictwa stopniowo zaczęły zanikać.
Przypomina o tym często powtarzana przez byłego premiera Leo Varadkara statystyka, według której Irlandia produkuje wystarczająco dużo żywności, aby wyżywić 35 milionów ludzi. Problem polega na tym, że w ogromnej części jest to żywność jednego rodzaju, bo przede wszystkim wołowina i produkty mleczne. Około 90 procent żywności produkowanej w Irlandii trafia na eksport. Jednocześnie kraj importuje niemal 80 procent warzyw i owoców dostępnych na rynku. W praktyce oznacza to, że irlandzka gospodarka rolna działa jak wyspecjalizowana fabryka jednego typu produktów, podczas gdy podstawowe elementy codziennej diety sprowadzane są z innych państw.
Sytuację dodatkowo komplikuje kurczący się sektor krajowej produkcji warzyw. Na początku XXI wieku w Irlandii działało około 600 komercyjnych producentów warzyw. Dziś jest ich zaledwie 73, więc dla wielu obserwatorów jest to sygnał głębokiego strukturalnego problemu, który przez lata pozostawał na marginesie debaty publicznej.
Najnowszym symbolem tej tendencji są problemy firmy Hughes Agriculture & Farming Limited, jednego z największych producentów marchwi w kraju, której grozi likwidacja. Zdaniem Kelly’ego to nie jest odosobniony przypadek, lecz element szerszego procesu stopniowego zanikania krajowej produkcji warzyw. Problem polega na tym, że Irlandia posiada bardzo dobre warunki do uprawy roślin. Klimat jest stabilny, gleby sprzyjające, a doświadczenie rolników ogromne. W teorii można tu uprawiać niemal wszystkie warzywa potrzebne rynkowi krajowemu, jednak w praktyce rolnicy zmagają się jednak z rosnącymi kosztami produkcji. Wzrost cen energii, nawozów i pracy, szczególnie po wybuchu wojny w Ukrainie, znacząco podniósł koszty prowadzenia gospodarstw. W przypadku wielu producentów sprawia to, że uprawa warzyw staje się coraz mniej opłacalna.
Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik, który w ostatnich dekadach zmienił strukturę rynku. Warzywa w supermarketach stały się produktem wyjątkowo tanim, a już około dwadzieścia lat temu sieci handlowe zaczęły agresywnie wykorzystywać promocje cenowe, szczególnie w okresie świątecznym. Brukselka, marchew czy kapusta sprzedawane za kilkadziesiąt centów miały przyciągać klientów do sklepów. Z czasem taka polityka cenowa przestała być promocją sezonową i stała się stałym elementem handlu detalicznego. W efekcie wiele warzyw jest dziś, po uwzględnieniu inflacji, tańszych niż dwie dekady temu. Dla konsumentów to dobra wiadomość, dla producentów często oznacza jednak brak ekonomicznej opłacalności.
Napięcia polityczne na świecie pokazują natomiast, jak ryzykowny może być taki model. Jedna trzecia światowej produkcji nawozów przechodzi przez Cieśninę Ormuz, kluczowy szlak transportowy w regionie Zatoki Perskiej. Konflikty w tym regionie mogą więc bardzo szybko wpłynąć na ceny i dostępność podstawowych środków produkcji rolnej.
Ostatnie lata już dostarczyły wielu ostrzeżeń. Pandemia COVID-19 zakłóciła łańcuchy dostaw na całym świecie. Europa doświadcza coraz częstszych susz i powodzi, a wojna w Ukrainie pokazała, jak silnie polityka i konflikty mogą wpływać na globalny handel surowcami i żywnością.
Dla Irlandii oznacza to jedno, czyli konieczność poważnej refleksji nad własnym modelem rolnictwa. Samowystarczalność w sensie absolutnym nie jest możliwa w świecie zglobalizowanej gospodarki. Jednak większa dywersyfikacja produkcji i odbudowa krajowego sektora warzywnego mogłyby znacząco zwiększyć odporność kraju na globalne wstrząsy. Wyspa położona na skraju Europy zawsze była zależna od morskich szlaków handlowych i zagranicznych dostaw. W czasach spokojnej globalizacji nie stanowiło to większego problemu, ale w epoce napięć geopolitycznych i niestabilnych łańcuchów dostaw taka zależność zaczyna jednak wyglądać jak strategiczna słabość, której coraz trudniej nie zauważyć.
Bogdan Feręc
Źr. News Talk
Photo by Semiha Weber on Unsplash

