Wybran w koniczynie Ernest Bryll i święta

Ernest Bryll to postać bardziej niż fenomenalna. Ów fenomen kryje w sobie misję i talent poety, pisarza, znakomitego autora tekstów piosenek, dziennikarza, tłumacza i krytyka filmowego oraz dyplomaty! To człowiek niezwykły i jeden z ostatnich wielkich ludzi pióra i metafor. Co prawda wielki Julian Przyboś oświadczył, że nigdy poetą nie będzie, to … już dwa lata od wypowiedzenia tych słów przyznał, że się pomylił.

Postać Ernesta Brylla jest mi bliższa jeszcze bardziej z powodu Jego wielkiej miłości do Irlandii. Dla polskiej dyplomacji Ernest Bryll to postać historyczna!

Był pierwszym ambasadorem Rzeczpospolitej Polskiej w Republice Irlandii w latach 1991-1995. Zanim pojawił się na Szmaragdowej Wyspie był tam już znany jako wybitny tłumacz z języka irlandzkiego – Gaeilge.

Ernest Bryll – tłumacz i autor piosenek

Ernest Bryll tłumaczy także z czeskiego oraz jidysz. Nie każdy to wie, ale autor „Na szkle malowanego” jest także autorem tekstów piosenek, między innymi dla Czesława Niemena („Jakże człowiek jest piękny” ze spektaklu „Srebrne dzwony”), Maryli Rodowicz („Ziemio, nasza ziemio”), grupy 2 + 1, Jerzego Grunwalda czy brawurowego tłumaczenia „Peggy Brown” dla formacji Myslovitz.

Piosenkę w oryginalnej wersji napisał TurloughO’Carolan, irlandzki kompozytor i bard. Słowa opowiadają o nieszczęśliwej miłości do Miss Margaret Brown, która w 1702 poślubiła Theobalda, szóstego hrabiego Mayo. Później, wraz z mężem, została mecenaską O’Carolana, którego miłość odrzuciła a on opowiedział o swoim uczuciu w tekście.

W czasie okupacji niemieckiej był Zawiszakiem, czyli członkiem najmłodszej drużyny Szarych Szeregów. Po II Wojnie Światowej konspirował w podziemnym skautingu a maturę zdał jako szesnastolatek. Po krótkim epizodzie robotniczym w gdyńskiej elektrowni w tamtejszym porcie dostał się na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim.

Ernest Bryll jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, polskiego i irlandzkiego PEN Clubu, jak również Society of EuropeanCulture.

Irlandzkie czasy, gdy budowano pierwszą polską ambasadę

Warto wiedzieć, że Ernest Bryll, po zmianie ustrojowej z roku 1989, był brany pod uwagę jako kandydat na fotel ministra kultury i sztuki, choć nie zgodził na to stanowczo. Zgodził się natomiast zorganizować pierwszą od czasów wojny ambasadę polską w Irlandii.

Oczywiście wiązało się to z jego wcześniejszymi zainteresowaniami kulturą Zielonej Wyspy, które zaowocowało oryginalną płytą „Irlandzki tancerz” (1979) nagraną przez zespół Dwa plus jeden z jego tłumaczeniami poezji irlandzkiej.

Tomasz Wybranowski: Panie Erneście, podczas któregoś z wywiadów, bo mieliśmy okazję kilkanaście razy rozmawiać i osobiście, i korespondencyjnie, powiedział pan, że kiedy zaczynał pełnić obowiązki ambasadora, to udało się wiele rzeczy załatwić przez pryzmat tego, że Ernest Bryll to poeta, znawca poezji irlandzkiej i tłumacz. W Irlandczykach wzbudzało to zachwyt, a nawet czasem zadziwienie.

Ernest Bryll:Ja panu powiem tak. W angielskim to mówię, ale nie aż tak znakomicie. Natomiast rzeczywiście ten irlandzki mnie i mojej żonie, bo oboje jesteśmy tłumaczami, jest nam znamy. Język irlandzki, ten galicki bardzo pomógł, choć nie wiem jak by to było dzisiaj.

Z tamtych czasów ja pamiętam moment, kiedy składałem listy uwierzytelniające i miałem przemówienie z tej okazji po irlandzku. Ale przedtem powiedziałem „wiecie co, to mi się to wszystko pomyli”, bo co ja tam wiem. Krok w lewo albo takie różne rzeczy ceremonialne.  Irlandczycy mnie powiedzieli „co się przejmujesz? Ty jesteś poeta, tłumacz poezji irlandzkiej. Teraz już to o wiele więcej niż dyplomata”.

Tomasz Wybranowski: Jak Pan ocenia ów czas? Bo wiem, że Irlandia na zawsze w Pana sercu już pozostanie. Ale ambasadorsko i urzędniczo, to co przetrwało we wspomnieniach?

Ernest Bryll: Ja może byłem dokładnie, akuratnie dobry na początek, kiedy nie było jeszcze ambasady, kiedy trzeba było ją zbudować. Kiedy trzeba było nawiązać kontakty, kiedy trzeba było sprowadzić banki irlandzkie do Polski, kiedy trzeba było dopiąć tego, żeby była wizyta pani prezydent Mary Robinson w Polsce. Ważna ta wizyta była nie tylko ceremonialnie. Tuż po niej w Irlandii zaczęli w ogóle inaczej pisać o Polsce.

Mało tego pani prezydent i Irlandczycy zobaczyli, że są ludzie w Polsce, szczególnie młodzi, którzy znakomicie zajmują się kulturą irlandzką, językiem. To wtedy było ważne, ale to był okres początkowy. Teraz jest normalna praca, pewno trochę biurokratyczna w ambasadzie. Na pewno jest olbrzymie obciążenie działalnością konsularną, która jest bardzo trudną sprawą, bo przecież Polaków jest pełno. Jak ja tam byłem, to tam niewielu rodaków wówczas było. Teraz jest pewno inaczej.

– Co czuje serce i poety, i pierwszego ambasadora po odzyskaniu niepodległości na wieść o tym, że podczas festiwalu kultury polsko-irlandzkiej odbywają się spotkania poetów irlandzkich i poetów polskich tworzących w Irlandii? Tych imprez było już wiele. 

– Cieszę się bardzo! Pan mnie podczas tej rozmowy traktuje jak ambasadora, którym tylko zdarzyło nim się być. Może nawet nie byłem najgorszym. Mam dobrą opinię, bo zrobiłem co mogłem organizując polską ambasadę. Ale wie pan, ja nie mam w sobie tej… duszy urzędnika, kogoś kto zarządza. I tak się bałem trochę, że o poezji zapomną. Ale jeżeli są spotkanie poetów, to bardzo dobrze. To bardzo dobrze. Za moich czasów były także i w prawdzie ja chodziłem do irlandzkiego penklubu, a z SeamusemHeney, zanim jeszcze był noblistą to pijaliśmy w JohnnieFox’s Pub. Cieszę się, że poeci się organizują i działają, bo zawsze Irlandia bardzo wyraźnie szuka identyfikacji swojej w kulturze. To bardzo specjalny i wspaniały kraj. Myślę, że lepiej pojmują niż my Polacy pewne aspekty. Być może dlatego, że utracili swój rodzimy język na rzecz obcego, ale w tym obcym języku stali się potęgą poetycką. Wyraźnie, bardzo wyraźnie można to odczytać. Czyta się poezję języka angielskiego, szeroką jak rzeka, wielką i nagle wiadomość, że to jest nurt irlandzki. Niby morze, a nurty płyną, wie Pan takie wyraźne w samym środku.

– Wiele nas łączy, ale i wiele nas różni, Polaków i Irlandczyków. Materia czasu i zakręty losu, ich postrzeganie.

– No wie pan (śmiech). To, że Irlandczycy prawie zawsze się spóźniają to fakt, ale z jakim wdziękiem to czynią. Naprawdę mnie się podoba jedna rzecz w nich, że oni swoje kłopoty przyjmują z o wiele większą lekkością, jakąś gracją niż my. My tak jakoś nie umiemy. Nie potrafimy jak oni trochę kpić z naszych kłopotów. Irlandczycy jednak mają lepszy stosunek do życia i tego się trzeba uczyć od nich.

– Z tego co wiem, pierwsze Wigilie i Święta Bożego Narodzenia w polskiej ambasadzie, którą Pan tworzył miały niezwykły, i co tu ukrywać, także poetycki charakter.

– Oj kochany, wspominam dobrze te czasy. Bo to było zaraz po moim przyjeździe, jak to trzeba wytłumaczyć, że ja byłem pierwszym ambasadorem w ogóle w historii stosunków dyplomatycznych między Polską i Irlandią. Przedtem były kontakty na poziomie konsula jeszcze za czasów Drugiej Rzeczpospolitej. Później był tylko radca handlowy no i nagle jak nowa Polska powstała, to Irlandia zdecydowała się otworzyć ambasadę w Polsce. No i wtedy trzeba było otworzyć w Dublinie. Wtedy okazało się, że ja jestem dopinany do tego projektu. Dlaczego? Bo tłumaczyłem z żoną z irlandzkiego i orientuję się w języku oryginalnym, czyli w Irlandzkim celtyckim. Zresztą to sami Irlandczycy trochę sugerowali i takie sygnały do Polski poszły. I stało się! Pojechałem.

– Panie Erneście, ale nie było to takie proste przecież. Nowa Polska wybuchła, Irlandia zainteresowana, ale ekonomia i niezwykła ciężkość bytu snują swoje opowieści.

– Tak było. Pojechałem, ale… Pojechałem na ambasadorską misję do ambasady, której nie było w zasadzie. Nie było ani domu, nie było rezydencji, w ogóle niczego nie było. Dopiero organizowałem w wielkich pośpiechu i rozgardiaszu małe biuro. A potem zaczęliśmy remontować taki budynek przy Ailesbury Road. Poza tym nawiązywałem rozliczne kontakty. A w ogóle to jest w ogóle skomplikowana historia tych nawiedzin w Irlandii. Musiałem mieć tak zwane credenceletters, czyli listy uwierzytelniające, które musiałem złożyć na ręce ówczesnej pani prezydent Robinson. To jest długa opowieść o tym jak…

– Ale nadszedł czas Bożego Narodzenia. Pierwsze święta z polską ambasadą w Dublinie w budowie.

– Ta ambasada powstawała, jak już mówiłem. Nie było właściwie niczego. A ja miałem plan, aby w na wpół wyremontowanym domu zrobić spotkanie Bożonarodzeniowe dla Polaków z Irlandii. Ale chciałem jednocześnie na to spotkanie zaprosić różnych ważnych oficjeli. Tych urzędniczo – państwowych i kościelnych Irlandii. Mnie chodziło wtedy o to, żeby nasza Polonia nawiązała różnego rodzaju znajomości. Po drugie chciałem, żeby rodacy na wyspie stali się dla tych oficjeli instytucją samą w sobie i już niejako sygnowaną, reklamowaną przez Polskę i przez ich ambasadora. No i po prostu zrobiłem te święta. Ale tu zmartwienie, bo ambasada była okropnie malutka. Ja miałem tam dosłownie paru ludzi, których zresztą pozbyłem się. Nie miałem właściwie formalnie ani żadnej ochrony. A szofer był jednocześnie gospodarzem i administratorem budynku, taką złotą rączką. Na mnie spadło urządzanie i meblowanie ambasady. Pamiętam, jak z radcą ambasady oprawialiśmy grafiki, które przywiozłem z Warszawy, żeby coś powiesić na ścianach. Choinkę organizowałem i przystrajałem z żoną i z moją garstką ludzi z ambasady.

I potem było to wigilijne spotkanie w tym na wpół jeszcze w wyremontowanym domu. Niezwykle, bardzo niezwykle i ciekawe to spotkanie było, bo ta Polonia przyszła dość chętnie i gromadnie. Nazywam ich Polonią, bo tak się mówi. Przyszli ci Polacy bardzo świetni zresztą. Przyszli ci którzy mieszkali w Irlandii od lat, ale i ci, co od niedawna tu byli. Bardzo to ich wszystko ciekawiło, bo po raz pierwszy mogli mieć spotkanie na tym poziomie powiedziałbym wysokości dyplomatycznej. Teraz może to dziwić z perspektywy lat, ale dla nich to miało wielkie znaczenie. Dopiąłem swego, bo poznawaliśmy rodaków z różnego rodzaju ludźmi z najprzeróżniejszych irlandzkich środowisk. Dla przykładu na spotkaniu wigilijnym pojawił się na nuncjusz apostolski arcybiskup Emanuele Gerada, który oryginalnie był Maltańczykiem. Pojawiło się też i trochę biskupów i duchowieństwa, ale i ludzi z rządu irlandzkiego, ale tak bardziej nieformalnie. Ale nagle okazało się, że ci oficjele nie bardzo się orientują w polskiej tradycji Bożonarodzeniowej.

– Ale rodacy wzięli sprawy w swoje ręce, panie Erneście?

– No tak. Nasi Polacy przecież w tej Irlandii dość długo mieszkali, przynajmniej niektórzy i zaczęli oficjelom opowiadać i opowiadać. I potem nagle irlandzcy goście, w znakomitej większości profesorowie, nauczyciele i też jacyś politycy, ale wcześniej związani dawniej z edukacją i nauczaniem…

– I co?

Ci Irlandczycy, którzy mówili dobrze po gaelicku w końcu powiedzieli, że w dawnym irlandzkim obyczaju irlandzkim było też coś w rodzaju wigilii. Powiedzieli też, że dawniej śpiewało się też i kolędy i, że oni zaśpiewają kolędy po Irlandzku. I niech pan sobie wyobrazi, łubu-du! Wstała czwórka tych Irlandczyków, stworzył się nagle taki kwartet i jak zaśpiewali te celtyckie kolędy w języku irlandzkim, ich prawdziwym no to wszyscy po prostu oniemieli. Ale nasi się poderwali i mówią tak: „to my też zaśpiewamy”.

– Jak mniemam było niezwykle panie Erneście?

Powiem panu, że dawno, dawno, bardzo dawno nikt tyle kolęd nie śpiewał co wtedy, podczas tej wigilii zorganizowanej pod dachem ambasady w budowie po raz pierwszy. Cudownie się to wspomina. A potem wie pan, taka biurokracja już musiała się wkraść w działania ambasady i powoli zaczęła się stawać praktyką. Była już i funkcjonowała, ale było w niej coś z atmosfery takiej naszej typowo polskiej. Ja wiem, że potem nie może być tak jak na początku. Jak się już wszystko zbuduje, to już potem musi działać instytucja. Ale te pierwsze chwile, wie pan, to były takie na medal, takie fajne i wzruszające z perspektywy lat.

Tomasz Wybranowski

© POLSKA-IE: MATERIAŁ CHRONIONY PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Słodycze w święta
Informacja prasowa:
EnglishGaeligePolskiУкраїнська
EnglishGaeligePolskiУкраїнська