1 maja w życie wejść ma umowa, o której brukselskie salony mówią językiem „wzrostu” i „odporności”, a irlandzki rolnik, jeśli jeszcze nie krzyczy, to już zaciska zęby. Po ponad 25 latach negocjacji Unia Europejska otwiera szeroko drzwi dla krajów Mercosur, czyli Brazylii, Argentyny, Paragwaju i Urugwaju. Ponad 700 milionów ludzi, jedna czwarta światowego PKB – liczby robią wrażenie. Tyle że za tymi cyframi czai się coś znacznie bardziej przyziemnego, więc cena litra mleka i kilograma wołowiny, a te mogą spaść tak nisko, że irlandzka wieś usłyszy głuchy trzask, jakby pękała pod własnym ciężarem.
Bruksela mówi, że to dywersyfikacja, mniej zależności od Chin i Stanów Zjednoczonych, nowe rynki i nowe szanse. Natomiast komisarz ds. handlu Maroš Šefčovič przekonuje, że to platforma dla europejskich eksporterów, trampolina do rozwoju. Słowa płyną gładko jak zawsze, ale problem w tym, że irlandzki rolnik nie sprzedaje „platformy”, on sprzedaje bydło, mleko i sprzedaje pracę kilku pokoleń. Teraz jednak stanie do konkurencji z gigantami z Ameryki Południowej, gdzie skala produkcji przypomina przemysł, a nie gospodarstwo. Tam hektary liczy się w tysiącach, a standardy znane w Europie, powiedzmy to uczciwie, nie zawsze tym dorównują. Tania wołowina z Brazylii czy Argentyny nie jest tania dlatego, że ktoś tam odkrył magiczny sposób hodowli. Jest tania, bo koszt środowiskowy i społeczny bywa przerzucany poza rachunek.
Irlandia już powiedziała „nie”, podobnie Francja, a Emmanuel Macron nazwał działania Komisji „niemiłą niespodzianką” i trudno się dziwić, bo gdy Parlament Europejski próbował zatrzymać umowę, skierowano ją do oceny sądów, a Komisja postanowiła wdrożyć ją tymczasowo. Handel ruszy w maju, a jeśli Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej kiedyś powie „stop”, wtedy się zobaczy. Logika faktów dokonanych i model dyktatorski, więc najpierw otwieramy bramy, potem zastanawiamy się, czy mur był potrzebny.
Na czele tej ofensywy stoi Ursula von der Leyen, która mówi o „przetrwaniu Europy w zdezorganizowanym świecie”. Wielkie słowa, niemal epickie, ale gdzieś między tymi zdaniami ginie cichy bohater tej opowieści: rolnik z Cork, farmer z Galway, hodowca z Tipperary, czyli ludzie, którzy nie prowadzą geopolityki, tylko gospodarstwa. Prawda jest w tym przypadku prosta i niewygodna, więc ta umowa może przynieść zyski wielkim eksporterom, ale kosztem tych, którzy nie mają gdzie uciec. Irlandzkie rolnictwo nie przeniesie się do Brazylii. Nie zmieni klimatu, nie zwiększy nagle skali dziesięciokrotnie, ono jest zakorzenione na tej wyspie, dosłownie i metaforycznie.
Zwolennicy powiedzą, że rynek się dostosuje, zawsze się dostosowuje, tylko że „dostosowanie” w praktyce oznacza często bankructwa, konsolidację i znikanie małych gospodarstw. Wraz z nimi znikać będą małe irlandzkie światy, lokalne społeczności, tradycje, krajobraz, a irlandzka wieś to nie tylko produkcja, to tożsamość tego kraju.
Nie bez powodu rolnicy i ekolodzy przez lata blokowali tę umowę, im nie chodziło o protekcjonizm dla samej zasady. Chodziło o elementarną sprawiedliwość, bo jeśli europejski rolnik ma spełniać surowe normy środowiskowe i sanitarne, to dlaczego ma konkurować z produktami, które tych norm nie muszą w pełni respektować? Dziś odpowiedź z Brukseli brzmi, bo świat się zmienił. Wojny handlowe, cła, walka o surowce, trzeba działać szybko, odważnie, globalnie. Tylko że w tej wielkiej grze ktoś zawsze płaci rachunek i wygląda na to, że tym razem rachunek może trafić na kuchenny stół irlandzkiego rolnika.
Można oczywiście wierzyć, że wszystko się ułoży, że nowe rynki zrekompensują straty, że Bruksela wprowadzi mechanizmy ochronne, ale historia uczy jednego, gdy politycy mówią o „historycznych szansach”, ktoś inny szykuje się na historyczne straty. A gdy kurz opadnie, może się okazać, że zamiast zielonych pastwisk zostanie cisza i pytanie, które zawsze przychodzi w takich przypadkach za późno: czy naprawdę musiało tak być?
Bogdan Feręc
Źr. Associated Press
Photo by Geronimo Giqueaux on Unsplash

